Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka została rzekomo ukradziona >stąd<. Dlaczego piszę o tym dopiero dzisiaj? Ponieważ przez ostatnie kilka dni zajmowałam się zbieraniem różnorodnych opinii na temat tych dwóch tekstów. I już na wstępie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ŻADNEGO PLAGIATU NIE BYŁO!
Autorka, którą rzekomo okradłam, nie zachowała się tak, jak w takich sytuacjach zwyczajne jest się zachować. Zamiast w pierwszej kolejności porozmawiać o tym ze mną prywatnie, od razu informację o plagiacie rozsiała po sieci, na różnych portalach społecznościowych. Na swoim blogu opublikowała też specjalny post o plagiatowaniu, w którym to zostałam publicznie nazwana „złodziejem”. O całej sytuacji dowiedziałam się od osób postronnych. Z komentarzy i publicznych rozmów Pani Karoliny dowiedziałam się także, że „nie umiem samodzielnie myśleć” i pewnie nie jeden mój tekst powstał w taki sposób. I to nie wszystko. Po zapoznaniu się z tą całą awanturą postanowiłam sprawę rozwiązać, jak należy. Skontaktowałam się z Panią Karoliną prywatnie, prosząc o wskazanie mi przekopiowanych fragmentów. Niestety w odpowiedzi dostałam wiadomość, żebym się nie ośmieszała i usunęła recenzję z bloga. Tego robić nie zamierzałam. W ogóle nie zamierzałam z tym nic więcej robić, ale… 
Zacznę może od kilku słów wyjaśnienia. Bloga Pani Karoliny nie znałam, do czasu tej całej sytuacji. Jej recenzji tej książki również. Jest to nie do udowodnienia, ale tak było. Wszelkie podobieństwa do jej tekstu są całkowicie przypadkowe. Powoływanie się na te same dzieła innych autorów wynika z podobnego doświadczenia czytelniczego. To z kolei wynika z faktu, że obie studiowałyśmy filologię polską, a większość z nich, to nic innego, jak lektury. Ot, cała tajemnica. Nic odkrywczego. Żadnego zdania nie ma przekopiowanego na zasadzie „kopiuj-wklej”. A tym bardziej całych akapitów, choć o to też mnie oskarżano. Powtarzające się w obu tekstach stwierdzenie „nie powstydziłby się…”, nie oszukujmy się, jest wyświechtanym frazesem, którego używa się w celu porównania czegoś do czegoś. Wielokrotnie używałam go w swoich recenzjach, użyłam i w tej. Nie miałam pojęcia, że Pani Karolina zrobiła to pierwsza. 
Wszystko rozchodzi się jednak o rzecz najważniejszą, czyli o fakt, że zostałam  publicznie obrażona i znieważona. I na ten aspekt całej tej sytuacji ludzie zwrócili uwagę przede wszystkim.
Wojciech Klęczar (autor zbioru opowiadań Wielopole oraz powieści Flu Game) zapytał mnie: „Po co w ogóle byś miała robić plagiat? Przecież to bez sensu. A Pani Karolina powinna najpierw napisać do Ciebie. Takie są obyczaje.” To pierwsza kwestia, o tym już wspominałam. Po głębszych analizach obu tekstów Wojciech stwierdził m.in.: „Jaki znowu plagiat? Bo napisałaś tak samo, że są opowiadania realistyczne i nierealistyczne i że Poe? To są oczywistości. Sam tak znajomym mówiłem o tej książce”. 
Obie recenzje poddała analizie także Ania – redaktorka i korektorka w firmie, w której pracuję. „Oczywiście nie ma żadnego zdania słowo w słowo, każda z Was ma inny styl pisania. Osobom postronnym ciężko będzie jednak uwierzyć, że macie takie same doświadczenia czytelnicze, czytałyście te same książki”. Kwestię doświadczenia czytelniczego wyjaśniłam wyżej. „Odwoływanie się do tych samych autorów to nie plagiat. Oznacza jedynie tyle, że czytasz dużo, znasz klasyków. A to raczej zaleta niż wada” – dodała Ania. 
O analizę tekstów została także poproszona Agnieszka Jeżyk – doktorantka literatury na Uniwersytecie w Chicago. „Jeżeli nie wchodzimy w strefę kopiowania pomysłów na interpretację, to nie jest to plagiat. Poza tym plagiat jest wtedy, gdy są te same słowa, ale nie zacytowane. To są dwie inne recenzje. Co za bzdura!” – powiedziała Agnieszka. „Jedna i druga ma przezroczysty styl i żadna z tych recenzji nie jest odkrywcza. To są takie poprawnie napisane komunały. Konteksty może wymieniają podobne, ale Sylwia więcej. Te teksty nawet zbudowane są inaczej. To, że dwie osoby piszą o tym, że konstrukcja jest taka, to dobrze dla autora, bo dobrze to skonstruował i jest to jasne.” 
I jeszcze jedna kwestia. Korektą mojej recenzji zajął się Adrian Kyć (takimi rzeczami zajmuje się zawodowo w kilku wydawnictwach), który recenzję Pani Karoliny uważa za najlepszą recenzję Mamy…, jaka jest w Internecie. Kojarzy zatem ten tekst, ostatnimi czasy nawet go sobie „odświeżał”. Czytając moją recenzję, nie skojarzył tych tekstów. To chyba też o czymś świadczy, prawda? „Ja wiem, że Ty czasem używałaś np. podobnych sformułowań na temat jakichś książek, co ja, bo mieliśmy podobne spostrzeżenia, i nawet raz czy dwa o tym luźno rozmawialiśmy (…). Ale skoro jest to nieświadome, to posądzanie o kradzież jest BARDZO krzywdzące” – powiedział mi Adrian. 
Tak, Pani Karolino. Pani zachowanie i Pani słowa były krzywdzące. Już nie chodzi o blog, już nie chodzi o recenzję. Ale Pani insynuacje dotyczyły mnie, jako osoby. We mnie osobiście uderzyły. Jeszcze raz wspomnę o tym, że takich spraw nie załatwia się w ten sposób, że powinna Pani odezwać się do mnie, a nie „wybierać prowokację”, jak sama Pani napisała na Facebooku. Skonsultowałam sprawę również ze znajomą prawniczką, która nie ma wątpliwości co do tego, jak ta sprawa powinna się zakończyć. Zgodnie z artykułem 212 § 1 kodeksu karnego:
§ 1 
Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

§ 2
 Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Nie zamierzam jednak działać w ten sposób, wolę tysięczny raz budować synkowi tira z klocków… i na to spożytkować wolny czas.
Czekam jeszcze na opinię radcy prawnego specjalizującego się w prawie autorskim, ale nie sądzę, żeby opinia ta odbiegała od wszystkich, które do tej pory dostałam. Myślę, że ma Pani już świadomość tego, że żaden plagiat nie miał miejsca,a cała sprawa została wyolbrzymiona. Jeżeli jednak nadal upiera się Pani, że Panią „okradłam”, proszę o skierowanie sprawy na drogę sądową. Jeżeli nie, proszę o usunięcie wszystkich treści, które mnie obrażają oraz wystosowanie publicznych przeprosin. Bo skoro mogła Pani zmieszać mnie publicznie z błotem i bezpodstawnie pomawiać, to i na przeprosiny powinno się tutaj znaleźć miejsce.
I mam nadzieję, że to definitywnie zakończy tę absurdalną sprawę, a imię Białych Mebelków (a także moje nazwisko) zostanie oczyszczone. Nikomu nie życzę podobnych sytuacji. Gdyby jednak coś takiego się zdarzyło, warto zapoznać się z tym podcastem: https://malawielkafirma.pl/jak-nie-krasc-w-internecie/ i zawsze zasięgnąć opinii tych, którzy wiedzą lepiej.