Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Gdy byłam małą dziewczynką, z uwielbieniem zaczytywałam się w powieściach z serii „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”. Nasza mała biblioteka była pełna tych młodzieżowych romansów, które umilały mi jesienne, deszczowe popołudnia. Gdy przeczytałam wszystkie tytuły, moja przygoda z romansami dobiegła końca. Dość wcześnie odkryłam bowiem Stephena Kinga, thrillery i kryminały. Przepadłam. Dopiero od niedawna wychodzę poza swoją strefę literackiego komfortu, z ciekawością sięgając po inne gatunki. Romanse jednak do nich nie należą. Zwykle. W tym roku przeczytałam jednak całe dwa, z czego pierwszy – Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler – okazał się kompletną klapą, potwierdzającą moje uprzedzenia. Drugi natomiast, czyli Czekałam na Ciebie Magdaleny Krauze zupełnie mnie zaskoczył.

Magdalena Krauze – Czekałam na Ciebie

Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 21 lipca 2019
Liczba stron: 340
Literatura obyczajowa, romans
Język oryginału: polski

Czekałam na Ciebie – fabuła

Tutaj nie będzie nic odkrywczego, ani zaskakującego. Mamy bowiem dwudziestoośmioletnią kobietę. Jest singielką. Oczywiście na własne życzenie i, oczywiście, jest z tego powodu bardzo zadowolona. Ma pracę w redakcji kobiecego pisma, którą kocha i najlepszą przyjaciółkę, którą kocha jeszcze bardziej. Kocha jeszcze swoich rodziców, którzy wciąż ją rozpieszczają, koleżanki z redakcji i swojego szefa. Nic więcej do szczęścia jej nie potrzeba.

Paulinę poznajemy w momencie, gdy dostaje awans na zastępcę redaktora naczelnego „Afrodyty”, a jej ukochany szef odchodzi na emeryturę. Ma go zastąpić nieznajomy przybywający prosto ze stolicy. Wiadomo już, jak to się skończy, prawda? Prawda!

Paulina wpada na Igora w drzwiach i od razu rozpoznaje w nim swoją licealną miłość. Nogi jej miękną, serce „fika kozły”, a cały zdrowy rozsądek cofa się w czasie o 10 lat. Ale to dopiero początek. Bo przecież to właśnie Igor okazuje się nowym naczelnym „Afrodyty”. Co ciekawe, nie rozpoznał w nowej znajomej z pracy otyłej koleżanki z klasy. A sama Paulina także nie zamierza mu się przypominać.

I choć twardo upiera się przy tym, że Igor jest zwykłym palantem, a jej wielka miłość minęła już dawno temu, w towarzystwie nowego szefa jakość nie umie się opanować. Ale to przecież też nic zaskakującego. Co więc tak bardzo mnie zaskoczyło?

Czekałam na Ciebie – recenzja

Czekałam na Ciebie to typowe romansidło, pełne schematów i utartych motywów. Bohaterowie też wydają się być zupełnie tacy sami, jak w innych książkach z tego gatunku. Wiadomo – jej dłoń tonie w jego dłoni, ona tonie w jego ramionach. Bohaterka do znudzenia powtarza, że „jej serce fika kozły” i bez ustanku wspomina o zapachu swojego ukochanego oraz bijącym od niego, niemal nieludzkim cieple.

On za to jest tak szarmancki, romantyczny i niesamowity, że aż się ulewa. No, ideał! Wad pozbawiony, bo przecież wyrósł z bycia zidiociałym licealistą przepełnionym buzującymi hormonami i teraz jest mężczyzną prawdziwym, z krwi i kości. Kocha dzieci, kocha przyrodę, kocha pościelowe piosenki i kocha ją. Od pierwszego wejrzenia, wiadomo. Ja osobiście z taką ciepłą kluchą bym nie mogła, ale to przecież nie mój wybór.

Jest słodko, romantycznie i patetycznie momentami. Następnie mamy wielkie bum! – zupełnie niespodziewaną bombę zrzuconą przez los na niczego nieświadomych i zakochanych bohaterów. Jest trochę dramatu i łez, bo tak być musi, aby spektakularny powrót był bardziej efektowny. I teraz to już tylko „żyli długo i szczęśliwie”. Choć nie do końca, bo autorka postanowiła kilkoma ostatnimi zdaniami ten idylliczny obrazek potrzaskać, pozostawiając czytelniczki w niecierpliwym oczekiwaniu na ciąg.

I to nawet nie ten końcowy twist tak mnie zaskoczył. Można się ich bowiem spodziewać w romantycznych powieściach, które mają zaplanowaną kontynuację.

Zaskoczyło mnie to, że tak dobrze bawiłam się podczas lektury. Magdalena Krauze stworzyła książkę mimo wszystko autentyczną, lekką i radosną. I właśnie lekko i radośnie się ją czyta. Ja, wbrew wszelkim prawom mojej logiki, zwyczajnie nie mogłam się od tej historii oderwać. Bynajmniej nie za sprawą wciągającej fabuły i nietuzinkowych bohaterów. Nie. Nie chciałam się odrywać, bo prostu czułam się dobrze, czytając to; czytając romansidło!

Literatura kobieca ma to do siebie, że zwykle nie może poszczycić się naturalnymi dialogami czy zwyczajnie fajnym i niewymuszonym humorem. Czekałam na Ciebie może się tym poszczycić. Oczywiście, autorce zdarzają się niewielkie potknięcia na tym polu, jednak giną gdzieś między innymi rzeczami, które są po prostu dobre.

Jakieś to wszystko jest takie proste, autentyczne, konstrukcyjnie spójne. Bohaterzy, choć całkowicie szablonowi, nie wydają się być wydmuszkami powstałymi w wyniku zwykłej pisaniny. Mam nadzieję, że w kontynuacji ten trend się utrzyma.

Dzięki Czekałam na Ciebie chyba zrozumiałam, o co w tym całym czytaniu romansów chodzi. Bo przecież nie po to, żeby szukać intertekstualności, zachwycać się innowacyjną konstrukcją fabuły czy wnikliwymi portretami psychologicznymi postaci. Wydawało mi się, że literatura bez tego nie ma sensu. Ale co może być bez sensu w tym, że człowiek po prostu dobrze się bawi i dobrze się czuje? Czekałam na Ciebie to takie moje guilty pleasure.

Oby więcej takich perełek na polskim gruncie literatury kobiecej wykiełkowało. Autorce pozostaje mi pogratulować, że udało jej się przekonać mnie do swojej książki. Ale przecież nie tylko mnie, bo w Internecie już natknęłam się na pochwalne teksty i komentarze czytelniczek, które na co dzień również romansów nie czytają. Cóż, brawo!


Moja ocena: 7/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Horrory to jest coś co lubię. Ba! Ja kocham horrory, kocham się bać. Mam to od dziecka, więc po tylu latach strachu na życzenie, mało co jest w stanie naprawdę mnie przestraszyć. Od dłuższego czasu nawet książki Stephena Kinga nie robią na mnie wrażenia pod tym względem. Zabierając się za lekturę Ostatnich dni Jacka Sparksa, nawet nie podejrzewałam, że to właśnie ta książka obudzi we mnie uśpiony od wielu lat strach przed ciemnością. Ale tak się stało. Mało tego! Dwukrotnie obudziłam się z krzykiem w nocy! Nie polecam więc tej książki, jako rozluźniającej lektury przed snem. Jednakowoż, ogólnie, polecam ją całkowicie.

Jason Arnopp – Ostatnie dni Jacka Sparksa

Ostatnie dni Jacka Sparksa – fabuła

Kontrowersyjny dziennikarz, któremu znudziło się dziennikarstwo i zaczął parać się pisaniem niebezpiecznych książek, Jack Sparks, postanawia stworzyć dzieło „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych”. Książka ta ma w swoim zamyśle demaskować wszystkich oszustów, którzy mamią społeczeństwo nawiedzeniami, opętaniami, klątwami i innymi duchami. Jack zamierza po prostu zrównać z ziemią cały ten paranormalny biznes.

W tym celu udaje się do Włoch, gdzie uczestniczy w egzorcyzmach trzynastoletniej Marii Corvi. Te jednak nie robią na nim większego wrażenia. Stwierdza jedynie, że było to tylko bardzo dobrze zaaranżowane przedstawienie. Po jego obejrzeniu postanawia wrócić do domu. Na lotnisku jednak ktoś wrzuca na jego kanał na YouTube przerażający, tajemniczy film, który rozpoczyna serię niebezpiecznych wydarzeń. Próby dotarcia do źródła filmu i zdemaskowania jego autorów kończą się dla Jacka śmiercią. Bo „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” to właśnie zapis ostatnich dni Sparksa, a o jego śmierci dowiadujemy się już na pierwszej stronie (gdyby tytuł jednak był za mało sugestywny).

Ostatnie dni Jacka Sparksa – recenzja

Książka w książce. Nie jest to może jakaś świeża i odkrywcza pod względem konstrukcyjnym koncepcja, jednak ja ją bardzo lubię.

Ostatnie dni Jacka Sparksa to nic innego, jak książka „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” uzupełniona o przedmowę i posłowie Alistaira Sparksa (brata) oraz różnego rodzaju zapisy rozmów, e-maili czy SMSów. Dzięki temu książka ta nabiera niezwykłej autentyczności (z tego co wiem, niektórzy czytelnicy nie domyślili się, że jest to literacka fikcja).

Sama postać Jacka Sparksa jest nader irytująca i odpychająca. Dziennikarz jest egocentryczny, narcystyczny i arogancki. Niejednokrotnie miałam ochotę palnąć mu w ten zakuty łeb. Jego historia jasno pokazuje, że są to cechy złe i do niczego dobrego nie mogą zaprowadzić. Nawet w ostatnich minutach życia nie przestaje być zwykłym palantem. I choć w ciągu tych kilku dni w Jacku zachodzi dość spektakularna przemiana, wciąż pozostaje on Jackiem Sparksem. Sprawia to, że cała postać jest od początku do końca autentyczna; nie rozwarstwia się; nie odkleja od siebie.

Skupmy się jednak na tym, co w książce najistotniejsze, czyli na strachu, który wywołuje. Cóż takiego wymyślił Jason Arnopp, że bałam się zgasić światło, gdy w domu było zbyt cicho? Otóż, proszę Państwa, nic. Straszy nas dokładnie w taki sam sposób, w jaki straszyły nas klasyczne horrory – postaci w ciemnych pomieszczeniach, złowrogi krzyk, histeryczny śmiech, szepty, krew, śmierć i duchy. Autor wykorzystuje wszystkie motywy, które znane są fanom horroru. Na kanwie utartych schematów umiejętnie tworzy jednak coś takiego, co budzi wewnętrzny niepokój. Może dzieje się tak za sprawą konstrukcji zdań? Ale te przecież dalece odbiegają od budowy zdań w typowej powieści, tworząc raczej autentyczną relację. Czasem ma się wrażenie, że relację tę zdaje czytelnikowi jakiś obłąkany wariat. I może w tym tkwi sekret? Może to właśnie obłęd przeraża bardziej niż demony?

W Ostatnich dniach Jacka Sparksa znalazło się także miejsce typową krwawą jatkę niczym żywcem wyjętą z klasycznego slashera – pękające głowy, rozrywane ciała i wszystko to, co znamy z filmów Quentina Tarantino albo Dario Argento. W mojej wyobraźni właśnie tak wyglądała scena na ranczu Big Coyote – jak pomieszanie czarnej komedii z klasyką kina gore.

Przyznam się szczerze, że byłam pewna, iż masakra, która dokonała się na ranczu jest tym, co tę książkę zepsuje; że będzie jej przysłowiowym gwoździem do trumny. Tymczasem Arnopp postanawia nas zaskoczyć, tworząc twist, a nawet kilka twistów po kolei. Powstaje lynchowski, niepokojący suspens. Wszystko powoli zaczyna się wyjaśniać, ale jednocześnie niejasnych aspektów jest coraz więcej. Bum! Czułam jak z każdym zdaniem coraz szerzej otwierałam oczy (pewnie otwierałam też usta i wyglądałam całkiem komicznie w tym autobusie). Ja nawet nie wiedziałam, że umiem tak szeroko otworzyć oczy!

I choć zakończenie historii zaskoczyło mnie i zachwyciło naprawdę bardzo mocno, to same okoliczności śmierci Jacka Sparksa pozostawiły dość spory niedosyt. Czegoś mi tutaj zabrakło. Biorąc pod uwagę wydarzenia z całej książki, Jack Sparks powinien umrzeć w bardziej spektakularny sposób.


Przekład: Lesław Haliński

Wydawnictwo Vesper

Moja ocena: 8/10

Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Wakacje w pełni. Sezon urlopowy trwa. Niektórzy wakacyjne wyjazdy mają już za sobą, niektórzy wciąż nie zdecydowali się, gdzie pojechać. U mnie wybór jest zawsze taki sam – góry! I choć lubię także może, ciepłe plaże i leniwe wygrzewanie się na słońcu, gdy tylko mam chwilę czasu, wybieram jednak góry. Szczególnie ukochałam sobie nasze Bieszczady. Dlatego właśnie z miłą chęcią objęłam patronatem książkę „Z Czadem w Bieszczadach. Przewodnik dla dzieci (i rodziców)”.

Z Czadem w Bieszczadach – Magdalena Prekiel

Wakacje z dzieckiem potrafią być męczące, nieprawdaż? Zabierając dziecko na wakacje w góry, musimy pamiętać o tym, że piękne widoki nie wystarczą. Długie, bezcelowe z punktu widzenia dziecka wędrówki zwykle powodują jęczenie, marudzenie i ogromne zmęczenie. Dla dziecka bowiem wszytko powinno być atrakcją. A z przewodnikiem Z Czadem w Bieszczadach tak właśnie będzie!

Z Czadem w Bieszczadach – recenzja

Ten uroczy przewodnik podzielony został na strony dla rodziców i strony dla dziecka. Pomiędzy nimi znajdują się historyjki i legendy opowiadane przez uroczego Czada.

Strony dla rodziców zawierają praktyczne wskazówki, jak korzystać z przewodnika, aby wyprawa w góry była dla dziecka nie lada atrakcją! Strony dla dzieci natomiast pełne są łamigłówek, zabaw, kolorowanek itp.

Jak korzystać z przewodnika?

Przed każdą wyprawą w góry należy przeczytać dziecku historię związaną z miejscem, które będzie odwiedzać. Dzięki temu pobudzimy jego ciekawość i sprawimy, że dziecko będzie wiedziało, na co właściwie patrzy. W czasie wędrówki po górskich szlakach czy zwiedzania muzeum przypominajmy dziecku poznaną historię, zadawajmy pytania i sprawmy, że dziecko będzie świetnie się bawić, będąc małym zdobywcą! A jest co zdobywać. W książce znalazło się bowiem specjalne miejsce na pieczątki z najciekawszych miejsc, które możemy zwiedzić w Bieszczadach. Po zebraniu wszystkich dziecko otrzymuje Dyplom Zdobywcy Bieszczad, który znajduje się na końcu książki. Do wycięcia mamy tutaj także monety, puzzle czy quiz. Natomiast po każdej historii znajdziemy strony z zadaniami dla dziecka. Wypełniając je, maluch utrwali sobie to, czego się nauczył danego dnia.

Na szczególną uwagę zasługuje także graficzna oprawa przewodnika – przepiękne zdjęcia oraz urocze ilustracje Michała Motłocha. Dzięki nim książka zyskuje charakter swoistego albumu, który dziecko dodatkowo uzupełni swoją twórczością. A ja wprost uwielbiam takie zabawy i nie mogę się doczekać, aż Pokurcz dorośnie wystarczająco, żeby zabrać go w Bieszczady! Wspólne czytanie i rozwiązywanie zadań nie tylko rozwija dziecko, ale także umacnia więź z rodzicami. Bo to przecież nasz czas i nasza uwaga są dziecku najbardziej potrzebne. Dzięki takim pozycjom, jak Z Czadem w Bieszczadach, ten czas będzie jeszcze zabawniejszy!

Historie i legendy opowiadane przez Czada są interesujące i zabawne, co szczególnie widać w dialogach i figlarnych żarcikach.

Z Czadem w Bieszczadach

Z Czadem w Bieszczadach to pierwsza książka, którą objęłam swoim patronatem i bardzo się cieszę, że trafiło właśnie na nią! Magdalena Prekiel stworzyła przewodnik, który pobudza fascynację górami wśród dzieci, a dorosłym pomaga „przetrwać” górskie wakacje z dzieckiem.

Polecam wszystkim amatorom górskich wędrówek, którzy na kolejny wypad wybierają się ze swoimi pociechami!


Wydawnictwo STAPIS

Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Od czasu do czasu pojawiają się u mnie książki, które wprawiają mnie w osłupienie. Po przeczytaniu tak wielu historii z różnych gatunków, zapoznaniu się z literaturą klasyczną, rozrywkową, komercyjną, dobrą i złą czasem mam wrażenie, że na tym polu już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. I nie chodzi tutaj o jakieś niespodzianki fabularne. Jest to bardziej jakieś emocjonalne poruszenie wywołane całościowym odbiorem książki. Zdarza się to rzadko, przyznaję, ale się zdarza.

I zdarzyło się, właśnie teraz, za sprawą powieści Donala Ryana Dwadzieścia jeden uderzeń serca.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – fabuła

Małe irlandzkie miasteczko zostaje dotknięte przez gospodarczy krach. Upadają największe firmy, które zatrudniały miejscowych mieszkańców. Zamknięcie największej firmy budowlanej nie tylko doprowadza do finansowej ruiny jej pracowników, ale obnaża także nieuczciwość pracodawcy.

I to jest chyba wszystko, co można powiedzieć o fabule tej niewielkiej powieści. Nie o fabułę się tu bowiem rozchodzi.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – recenzja

Jest milion słów i nieskończona ilość sposobów ich łączenia, ale wszyscy dążymy do tej samej prawdy; wszyscy próbujemy się wytłumaczyć.

Tak w jednym z wywiadów powiedział Donal Ryan. Poprzez realizację swojej książki udowadnia tę tezę.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca to dwadzieścia jeden historii; dwadzieścia jeden osób; dwudziestu jeden mieszkańców niewielkiego miasteczka. Wśród nich robotnicy, ich żony, rodzice, dzieci… Bobby, Josie, Lily, Wasia, Realtin, Timmy, Brian, Trevor, Bridie, Jason, Hillary, Seanie, Kate, Lloyd, Rory, Millicenta, Denis, Mags, Jim, Frank i Triona – każde z nich ma swoją prawdę, którą chce nam opowiedzieć; każde próbuje się przed nami, czytelnikami, wytłumaczyć.

Dwadzieścia jeden historii upchniętych na zaledwie 161 stronach. Ta książka jest naprawdę ambitna i odważna pod względem konstrukcyjnym. Autor postanowił każdego z bohaterów uczynić na krótką chwilę narratorem. Wygląda to trochę tak, jakby ustawił ich wszystkich w szeregu i powiedział: każdy ma 3 minuty, mówicie! A oni mówią.

Co ciekawe, żadne z nich nie skupia się na kryzysie, na oszustwie, na braku pracy czy utracie finansowej płynności. Przez te kilka minut, starają się opowiedzieć siebie. Mamy więc mnóstwo dramatu, obłędu, szaleństwa, samotności, ogromnej miłości, rodzinnych tragedii, śmierci, zawiści, zła, dobroci, niezrozumienia, niewinności. Jest tutaj wszystko, co tak naprawdę znaleźć możemy w każdej społeczności.

Czytanie tej historii przypomina składanie wielowymiarowej mozaiki z niewielkich elementów. Każda z tych historii to także element, który składa się na fabułę. Nie będzie tu wielkiego zaskoczenia, trzymania w napięciu i kulminacyjnego momentu. Nie. Bo Dwadzieścia jeden uderzeń serca bardziej przypomina życie niż hollywoodzki dramat. Czy poznając te historie, poznajemy prawdę? Czym w istocie jest owa prawda? Czy jest tylko jedna?

Nie jest trudno stworzyć 21 postaci. Dużo trudniej jest je stworzyć i każdej dać prawo głosu. Wiąże się to z koniecznością stworzenia dwudziestu jeden charakterów, a co za tym idzie – dwudziestu jeden idiolektów. Nie chodzi przecież o to, żeby wszyscy mówili chórem. Dlatego każdy z tych głosów musi być wyrazisty. Tym bardziej, że każdy z nich ma naprawdę niewiele czasu na opowiedzenie swojej prawdy. Niemożliwe?

Donal Ryan pokazuje, że możliwe. I robi to bezbłędnie. Na tym właśnie polega konstrukcyjna ambicja tej powieści; w tym tkwi jej artyzm. Niektórzy nawet w wielu tomach nie są w stanie oddać tak wiele, ile Ryan oddał w tej niewielkiej powieści. Co więcej, to niekonwencjonalne podejście do struktury historii sprawia, że jest ona naszpikowana skrajnymi emocjami i takie samie wywołuje w czytelniku. Czy istnieje lepszy komplement dla literatury?


Tłumaczenie: Ewa Pater-Podgórna

Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Nie czekając na kolejny sezon…

Tak samo jak lubię seriale, lubię też książkowe serie. Nie lubię jednak czekać na kolejne sezony czy tomy. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że Pani Listonosz doręczyła mi paczkę z Vice Versa tego samego dnia, którego skończyłam czytać Post Scriptum. Mogłam więc od razu wziąć się za kontynuowanie przygody w pełnym absurdów świecie Mileny Wójtowicz, nie rozstając się z Piotrem i Sabiną nawet na chwilę.

Liczyłam się z tym, że drugi tom może nie sprostać moim oczekiwaniom, ponieważ pierwszy ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tymczasem Vice Versa tę poprzeczkę najpierw przeskoczyło, a następnie podniosło jeszcze wyżej, całkowicie moje oczekiwania przerastając.

Vice Versa – fabuła

Po niekonwencjonalnym rozprawieniu się z niedoszłą łowczynią nienormatywnych, życie Sabiny i Piotra powoli wraca do normy. Piotr stara się zaakceptować swoją nienormatywność, przepracowując pewne kwestie, a Sabina zatrudnia asystentkę i wciąż pochłania słodycze w ilościach hurtowych. Wspomniana asystentka nie spodziewała się, że podpisując umowę z PS Consulting, podpisuje cyrograf, który nieodwołalnie wprowadzi ją w świat nienormatywności. Żaneta Wawrzyniak sama bowiem do końca normatywna nie jest, co zupełnie jej się nie podoba. Dodatkowo ma na głowie uzależnioną od cukru szefową z piekła rodem, szefa na skraju emocjonalnego załamania lawendowego oraz studia ochrony środowiska. I jakby tego było mało, śledzi ją dziergająca na drutach staruszka…

Wkrótce pojawiają się także pogłoski o skażonym terenie, który ma negatywny wpływ na istoty nienormatywne. I to własnie jej, asystentce, Żanecie Wawrzyniak, przyjdzie się z tym wszystkim uporać. A przecież trzeba jeszcze uratować mitycznego Złotego Cusia, który ponad wszystko kocha piosenki Dawida Podsiadły. Żanetka prędko spokoju nie zazna…

Vice Versa – recenzja

Druga część opowieści ze świata Sabiny i Piotra to doskonały dowód na to, że nie jest potrzebna fabuła, jeżeli ma się tak charakterne i autentyczne postaci. To nie tak, że w Vice Versa fabuły w ogóle nie ma. Nie. Ona po prostu schodzi gdzieś na dalszy plan, ustępując miejsca bohaterom, którzy tutaj grają pierwsze skrzypce. A tutaj tych bohaterów mamy cały ogrom. Niektórych znamy już z pierwszej części, niektórzy są zupełnie nowi, jednak każdy z nich w tej historii jest niezbędny i każdy dostał zestaw niepowtarzalnych cech.

W Vice Versa ważne zadanie dostała matka Piotra – Marysia Strzelecka oraz jej partnerka – Ludmiła Marciniak, która okazała się być prawdziwym łowcą potworów. Obie kobiety został obdarzone tak wybuchową mieszanką cech, że ich duet okazał się bezbłędny.

Vice Versa to książka, której nie da się jednoznacznie zaszufladkować pod względem gatunkowym. Mamy tutaj urban fantasy, mamy komedię kryminalną, nieco dramatu i szczyptę parodii. Wszystko to Milena Wójtowicz wymieszała w idealnych proporcjach, tworząc książkę, która mnie ujęła i szczerze zauroczyła – swoją lekkością, plastycznością i nietuzinkowym poczuciem humoru.

Niezwykle ucieszyło mnie, że autorka postanowiła nieco więcej uwagi poświęcić głównym bohaterom i ich relacji. W pierwszej części przyjaźń Sabiny i Piotra była tylko zarysowana. Vice Versa zagłębia się w charakter tej skomplikowanej relacji i pokazuje ją z dwóch perspektyw, które topią serca. Z resztą nie tylko przyjaźń Piotra i Sabiny została mocno zaakcentowana. Książka w ogóle krąży blisko tematów międzyludzkich relacji. Obserwuje, analizuje, ale nie ocenia i nie stara się umoralniać. Co ciekawe, żadna z postaci nie jest ani zła, ani dobra. U Wójtowicz dużo jest szarości umotywowanej uczuciami, pragnieniami i dążeniami. Dlatego właśnie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, spójne i prawdziwe.

Moje stopione serce zdobył także absurdalny, acz niezwykle zabawny komizm sytuacyjny, którego wisienką na torcie okazał się pewien gnom. Nie mogłam nie śmiać się również na myśl o mitycznym stworzeniu, zakochanym w piosenkach Dawida Podsiadły i w ogóle w muzyce rozrywkowej. Żart zawarty w dialogach jest bezpretensjonalny i niewymuszony, a same dialogi – autentyczne. Sama autorka nie stara się na siłę być zabawna. Zabawny jest po prostu cały świat, który stworzyła i który ja bez zastrzeżeń kupuję całą sobą.


Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Jaguar.