Ayelet Gundar-Goshen – „Budząc lwy” – recenzja

Ayelet Gundar-Goshen – „Budząc lwy” – recenzja

Sięgając po Budząc lwy izraelskiej autorki Ayelet Gundar-Goshen, oczekiwałam książki na naprawdę nieprzeciętnym poziomie; thrillera psychologicznego nie tylko z nazwy; emocjonującej i trzymającej w napięciu przygody. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego i jego Seria z Żurawiem przyzwyczaiło mnie już do dobrej, orientalnej literatury. To, co w rzeczywistości otrzymałam, okazało się przerastać moje najśmielsze oczekiwania względem tej pozycji. Otrzymałam bowiem nie tyle „thriller psychologiczny z dylematem moralnym w tle”, ile dzieło pod wieloma względami wybitne i niepowtarzalne.

Ayelet Gundar-Goshen – Budząc Lwy

Wydawnictwo Uniwersystetu Jagiellońskiego
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 352
Kryminał, sensacja, thriller
Tytuł oryginału: Leahir arajot
Tłumaczenie: Marta Dudzik-Rudkowska

Budząc lwy – fabuła

Ejtan Grin to szanowany neurochirurg, wymarzony mąż i kochający ojciec. Wiedzie niemal idealne życie. Jednak pewnej nocy, gdy wraca do domu po kolejnym dyżurze, potrąca człowieka – afrykańskiego imigranta. Dość szybko ocenia, że mężczyzny nie da się już uratować. A na szali leży jego reputacja i idealna rodzina. Postanawia więc uciec z miejsca wypadku, wywołując tym samym lawinę konsekwencji.

I zapewne nikt nigdy by się nie dowiedział, że to właśnie on, Ejtan Grin, był sprawcą tego wypadku. Ofiarą był przecież jeden z wielu nielegalnych imigrantów… Jednak następnego dnia po wypadku u progu domu Ejtana staje nieznajoma kobieta z jego portfelem w dłoniach i twierdzi, że jest żoną zabitego Erytrejczyka.

Sirkit nie chce jednak pieniędzy za swoje milczenie; chce czegoś dużo bardziej cennego, co zaburzy idealne życie lekarza. Ejtan rozpoczyna więc walkę o swoją reputację i rodzinę. Kłamstwa gonią kłamstwa, nawarstwiają się i z dnia na dzień stają się coraz bardziej nie do zniesienia. Sytuacji nie poprawia fakt, że to właśnie żona Ejtana prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Erytrejczyka.

Ejtan natomiast z dnia na dzień zachowuje się coraz dziwniej – okłamuje swoją żonę, znika na całe noce, co rusz bierze wolne w pracy. I nikt nie wie, że w tym czasie zajmuje się nielegalnymi imigrantami w prowizorycznym szpitalu utworzonym w starym warsztacie. I z dnia na dzień coraz bardziej zbliża się do Sirkit…

Budząc lwy – recenzja

Choć Budząc lwy to psychologiczny thriller, nie odnajdziemy w nim fabuły klasycznego thrillera. Decyzja Ejtana o pozostawieniu konającego Erytrejczyka na drodze nie przewróciła jednej kostki domina. Ona sprawiła, że runęło ich kilka. I nie będziemy tutaj z zapartym tchem obserwować postępów śledztwa, porywających zwrotów akcji i nieudolnych prób ukrycia prawdy, którą sprawiedliwość wyciągnie na światło dzienne. Ta książka to raczej sieć emocjonalnych zależności; konsekwencje, z którymi muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie, podejmując takie, a nie inne decyzje. Autorka zmusza nas do obserwowania rzeczywistości taką, jaka ona jest dla bohaterów, jak każde wydarzenie wpływa na inne, zmieniając tę rzeczywistość, a co za tym idzie – zmieniając bohaterów i powodując podejmowanie decyzji, które prowadzą do powstawania kolejnych konsekwencji.

Tutaj to nie fabuła zagra pierwsze skrzypce, a samo słowo. I choć o wydarzeniach opisanych nie jestem w stanie powiedzieć nic złego, to nie one zrobiły na mnie największe wrażenie. W powieści na pierwszy plan wysuwa się nietuzinkowa, niecodzienna i niezwykle poetycka narracja, naszpikowana strumieniami świadomości bohaterów, ich przemyśleniami i refleksjami.

I Liat wiedziała: sen jest niebezpieczny. Jest coś niemal obraźliwego w pomyśle, że na siedem godzin dziennie zmuszony jesteś rozstać z tymi, których kochasz. Każdy idzie w swoją stronę. Nikt nic nie wie. Pojęła to, gdy była jeszcze dzieckiem. Jeszcze zanim jej ojciec wyprowadził się do Ronit, nienawidziła pory zasypiania. Wszystkie te kołysanki, głaskania po główce, lalki leżące obok niej pod kołdrą nie zdołały osłodzić jej upokorzenia snu. Dzisiaj zasypia z większą łatwością, ale nadal z mglistym uczuciem porażki.

s. 108

Ayelet Gundar-Goshen nie ułatwia sobie zadania i narrację prowadzi z perspektywy obiektywnego obserwatora, który ma wgląd do wnętrza bohaterów. Zabieg ten sprawia, że konstrukcja powieści jest całkiem wyjątkowa i niełatwa w odbiorze. Budząc lwy to książka momentami „przegadana”. Niewiele się tu dzieje, a jednocześnie dzieje się bardzo dużo. Bardzo długie i poetyckie zdania mieszają się z tymi wyjątkowo krótkimi. Przyznam, że na początku lektura mnie męczyła, chciałam ją odłożyć, twierdząc, że jest za trudna. Ale w pewnym momencie mnie wciągnęła. W pewnym momencie przepadłam i czułam, jak z każdym kolejnym zdaniem rozbudza się moja ciekawość. Miałam wrażenie, że książka lada moment stanie w płomieniach, a ja razem z nią.

Budząc lwy to powieść uboga w dialogi, których miejsce zajmują refleksyjne i naszpikowane emocjami relacje wydarzeń. To właśnie ta zaskakująca i odważna konstrukcja oraz ładny lecz prosty język sprawiają, że nie jest to książka, o której będziemy rozmawiać w szerokich kręgach, o której rozpisze się polska blogosfera książkowa. Teraz albo już się w ten sposób nie pisze, albo pisze się bardzo rzadko i do wąskiego grona odbiorców. Bez wątpienia jednak Budząc lwy to książka warta uwagi. To małe arcydzieło współczesnej literatury, które na długo pozostawi Was z hybrydowym uczuciem pewnego obrzydzenia i zachwytu, sprawi, że zaczniecie myśleć o wszystkim, o czym wcale myśleć nie chcieliście, wyciągnie na światło dzienne to, co na co dzień tak skrzętnie staracie się schować, ukryć nawet przed Wami samymi, uświadomi, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…


Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wojciech Klęczar – „Wielopole” – recenzja

Wojciech Klęczar – „Wielopole” – recenzja

Wojciech Klęczar należy do pisarzy raczej melancholijnych i refleksyjnych, leniwych nawet. W jego książkach nie uświadczymy wartkiej akcji trzymającej w napięciu, intryg i zagadek czy pościgów i rozlewu krwi. I absolutnie nie jest to wada, bo Klęczar świetnie sprawdza się w innych rzeczach – w obserwowaniu, analizowaniu, wnioskowaniu i pointowaniu otaczającego świata. Te swoje spostrzeżenia przelewa na papier, a czytając, ma się wrażenie, że przelał je dosłownie i teraz my w tym słowotoku zmuszeni jesteśmy się zanurzyć – powoli i spokojnie unosić się na jego falach, od czasu do czasu tylko napotykając na jakąś przeszkodę w postaci gorzkiej prawdy, która wyziera do nas spomiędzy słów. I takie własnie jest Wielopole – debiutancka książka Wojciecha Klęczara.

Wojciech Klęczar – Wielopole

Wydawnictwo FORMA
Data wydania: marzec 2016
Liczba stron: 94
Literatura piękna
Język oryginału: polski

Wielopole – fabuła

Ciężko jest mówić o fabule w Wielopolu. Ta książka to zbiór krótkich opowiadań i szortów, które łączy postać narratora – barmana z Prokrastynacji. To on przedstawia nam świat widziany zza barowej lady; przedstawia nam swoich klientów. Każdy szort poświęcony jest innej osobie, każda z tych osób również jest inna. Wszystkie postaci, które poznamy, mają jednak ze sobą coś wspólnego – wszystkie nie żyją naprawdę, istnieją gdzieś na pograniczu rzeczywistości i nigdy niespełnionych marzeń i planów. Chcą być kimś, kogo sobie wyimaginowali, żyją tym wyimaginowanym życiem i na ten wymyślony twór starają się kreować siebie. Ile w tym wszystkim jest gorzkiej prawdy o współczesnych ludziach, szczególnie tych młodych, pragnących wiele, niewiele robiąc i wierzących w to, że należy im się wszystko i z tego tytułu już wszystko osiągnęli. A resztę przecież mogą osiągnąć na wyciągnięcie ręki. A jeżeli im się nie udaje, zawsze mogą obarczyć winą wszystkich dookoła, użalając się nad sobą i nienawidząc świata. Większość z nich w rzeczywistości nie osiąga nic, żyjąc wciąż w zawieszeniu, nie żyjąc tak naprawdę wcale. Współczesne pokolenie podsumowane na kilkudziesięciu stronach.

Ostatnie, tytułowe opowiadanie to już krótka (choć objętościowo najdłuższa ze wszystkich innych) historia samego narratora, człowieka, który –podobnie jak wszyscy jego barowi klienci – również prokrastynuje. I streszczać jego historii nie będę, bo nie ma to najmniejszego sensu. Warto natomiast wspomnieć, że choć Wielopole to zbiór opowiadań, to jest ono tak skonstruowane, że można je śmiało traktować jak powieść szkatułkową, której pełny obraz uzyskujemy, poznając historię barmana.

Wielopole – recenzja

W Wielopolu Wojciech Klęczar zabiera nas na wycieczkę po Krakowie nocą, po krakowskich barach i pubach, po miejscach, które wciąż istnieją. Zabiera nas także w sentymentalną podróż po knajpach, po których zostały tylko wspomnienia. I wspomnienia te są o tyle gorzkie, że przecież są całkiem świeże; całkiem niedawno stały się tylko wspomnieniami.

Podążając za Klęczarem po krakowskich uliczkach, możemy odczuć ten tłok, ten zaduch, ten klimat zadymionych i gwarnych pomieszczeń. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że autor dość dokładnie wtajemnicza czytelnika w topografię Krakowa. Jest to przede wszystkim zasługa języka, jakim opisuje rzeczywistość – języka niezwykle plastycznego, ale nie przesiąkniętego patetycznością i wymuszonym artyzmem. Zdania są długie, czasem bardzo długie, wielokrotnie złożone, a przy tym zwyczajnie proste. Choć muszę przyznać, że miejscami pojawiają się w Wielopolu słowa niezbyt popularne, które pośród słownictwa poniekąd potocznego mocno się wyróżniają. Myślę jednak, że tutaj nieco lepsza mogłaby ten problem zniwelować. Podobnie jak konstrukcje niektórych zdań, które będąc nieco topornymi, wprowadzały dysonans.

Wielopole to książka przegadana. Taka, jak lubię. W ogóle ten leniwy styl opisywania świata, który preferuje Klęczar, mocno do mnie trafia. Bo wszystko, o czym pisze, my, czytelnicy, niespiesznie możemy obserwować w wygodnej pozycji. Tylko miejscami ukłuje nas prawda o nas samych – a to wypowiedziana wprost, bez ogródek, a to przemycana między wierszami, ale równie cierpka.

Co ciekawe, w Wielopolu, choć jest to proza realistyczna, pojawia się pewien oniryczny element, który de facto stanowi klucz do interpretacji. Klęczar na chwilę odrywa nas od krakowskiego barowego zgiełku i zabiera tam, gdzie wszystko może stać się jasne. Albo wręcz przeciwnie, jak to było w moim przypadku. Jest to jedna z ostatnich scen opowieści głównego bohatera. I zaskakuje. Dokładnie tak, jak zaskakiwać powinno zakończenie.


Moja ocena: 9,5/10


Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Gdy byłam małą dziewczynką, z uwielbieniem zaczytywałam się w powieściach z serii „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”. Nasza mała biblioteka była pełna tych młodzieżowych romansów, które umilały mi jesienne, deszczowe popołudnia. Gdy przeczytałam wszystkie tytuły, moja przygoda z romansami dobiegła końca. Dość wcześnie odkryłam bowiem Stephena Kinga, thrillery i kryminały. Przepadłam. Dopiero od niedawna wychodzę poza swoją strefę literackiego komfortu, z ciekawością sięgając po inne gatunki. Romanse jednak do nich nie należą. Zwykle. W tym roku przeczytałam jednak całe dwa, z czego pierwszy – Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler – okazał się kompletną klapą, potwierdzającą moje uprzedzenia. Drugi natomiast, czyli Czekałam na Ciebie Magdaleny Krauze zupełnie mnie zaskoczył.

Magdalena Krauze – Czekałam na Ciebie

Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 21 lipca 2019
Liczba stron: 340
Literatura obyczajowa, romans
Język oryginału: polski

Czekałam na Ciebie – fabuła

Tutaj nie będzie nic odkrywczego, ani zaskakującego. Mamy bowiem dwudziestoośmioletnią kobietę. Jest singielką. Oczywiście na własne życzenie i, oczywiście, jest z tego powodu bardzo zadowolona. Ma pracę w redakcji kobiecego pisma, którą kocha i najlepszą przyjaciółkę, którą kocha jeszcze bardziej. Kocha jeszcze swoich rodziców, którzy wciąż ją rozpieszczają, koleżanki z redakcji i swojego szefa. Nic więcej do szczęścia jej nie potrzeba.

Paulinę poznajemy w momencie, gdy dostaje awans na zastępcę redaktora naczelnego „Afrodyty”, a jej ukochany szef odchodzi na emeryturę. Ma go zastąpić nieznajomy przybywający prosto ze stolicy. Wiadomo już, jak to się skończy, prawda? Prawda!

Paulina wpada na Igora w drzwiach i od razu rozpoznaje w nim swoją licealną miłość. Nogi jej miękną, serce „fika kozły”, a cały zdrowy rozsądek cofa się w czasie o 10 lat. Ale to dopiero początek. Bo przecież to właśnie Igor okazuje się nowym naczelnym „Afrodyty”. Co ciekawe, nie rozpoznał w nowej znajomej z pracy otyłej koleżanki z klasy. A sama Paulina także nie zamierza mu się przypominać.

I choć twardo upiera się przy tym, że Igor jest zwykłym palantem, a jej wielka miłość minęła już dawno temu, w towarzystwie nowego szefa jakość nie umie się opanować. Ale to przecież też nic zaskakującego. Co więc tak bardzo mnie zaskoczyło?

Czekałam na Ciebie – recenzja

Czekałam na Ciebie to typowe romansidło, pełne schematów i utartych motywów. Bohaterowie też wydają się być zupełnie tacy sami, jak w innych książkach z tego gatunku. Wiadomo – jej dłoń tonie w jego dłoni, ona tonie w jego ramionach. Bohaterka do znudzenia powtarza, że „jej serce fika kozły” i bez ustanku wspomina o zapachu swojego ukochanego oraz bijącym od niego, niemal nieludzkim cieple.

On za to jest tak szarmancki, romantyczny i niesamowity, że aż się ulewa. No, ideał! Wad pozbawiony, bo przecież wyrósł z bycia zidiociałym licealistą przepełnionym buzującymi hormonami i teraz jest mężczyzną prawdziwym, z krwi i kości. Kocha dzieci, kocha przyrodę, kocha pościelowe piosenki i kocha ją. Od pierwszego wejrzenia, wiadomo. Ja osobiście z taką ciepłą kluchą bym nie mogła, ale to przecież nie mój wybór.

Jest słodko, romantycznie i patetycznie momentami. Następnie mamy wielkie bum! – zupełnie niespodziewaną bombę zrzuconą przez los na niczego nieświadomych i zakochanych bohaterów. Jest trochę dramatu i łez, bo tak być musi, aby spektakularny powrót był bardziej efektowny. I teraz to już tylko „żyli długo i szczęśliwie”. Choć nie do końca, bo autorka postanowiła kilkoma ostatnimi zdaniami ten idylliczny obrazek potrzaskać, pozostawiając czytelniczki w niecierpliwym oczekiwaniu na ciąg.

I to nawet nie ten końcowy twist tak mnie zaskoczył. Można się ich bowiem spodziewać w romantycznych powieściach, które mają zaplanowaną kontynuację.

Zaskoczyło mnie to, że tak dobrze bawiłam się podczas lektury. Magdalena Krauze stworzyła książkę mimo wszystko autentyczną, lekką i radosną. I właśnie lekko i radośnie się ją czyta. Ja, wbrew wszelkim prawom mojej logiki, zwyczajnie nie mogłam się od tej historii oderwać. Bynajmniej nie za sprawą wciągającej fabuły i nietuzinkowych bohaterów. Nie. Nie chciałam się odrywać, bo prostu czułam się dobrze, czytając to; czytając romansidło!

Literatura kobieca ma to do siebie, że zwykle nie może poszczycić się naturalnymi dialogami czy zwyczajnie fajnym i niewymuszonym humorem. Czekałam na Ciebie może się tym poszczycić. Oczywiście, autorce zdarzają się niewielkie potknięcia na tym polu, jednak giną gdzieś między innymi rzeczami, które są po prostu dobre.

Jakieś to wszystko jest takie proste, autentyczne, konstrukcyjnie spójne. Bohaterzy, choć całkowicie szablonowi, nie wydają się być wydmuszkami powstałymi w wyniku zwykłej pisaniny. Mam nadzieję, że w kontynuacji ten trend się utrzyma.

Dzięki Czekałam na Ciebie chyba zrozumiałam, o co w tym całym czytaniu romansów chodzi. Bo przecież nie po to, żeby szukać intertekstualności, zachwycać się innowacyjną konstrukcją fabuły czy wnikliwymi portretami psychologicznymi postaci. Wydawało mi się, że literatura bez tego nie ma sensu. Ale co może być bez sensu w tym, że człowiek po prostu dobrze się bawi i dobrze się czuje? Czekałam na Ciebie to takie moje guilty pleasure.

Oby więcej takich perełek na polskim gruncie literatury kobiecej wykiełkowało. Autorce pozostaje mi pogratulować, że udało jej się przekonać mnie do swojej książki. Ale przecież nie tylko mnie, bo w Internecie już natknęłam się na pochwalne teksty i komentarze czytelniczek, które na co dzień również romansów nie czytają. Cóż, brawo!


Moja ocena: 7/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Horrory to jest coś co lubię. Ba! Ja kocham horrory, kocham się bać. Mam to od dziecka, więc po tylu latach strachu na życzenie, mało co jest w stanie naprawdę mnie przestraszyć. Od dłuższego czasu nawet książki Stephena Kinga nie robią na mnie wrażenia pod tym względem. Zabierając się za lekturę Ostatnich dni Jacka Sparksa, nawet nie podejrzewałam, że to właśnie ta książka obudzi we mnie uśpiony od wielu lat strach przed ciemnością. Ale tak się stało. Mało tego! Dwukrotnie obudziłam się z krzykiem w nocy! Nie polecam więc tej książki, jako rozluźniającej lektury przed snem. Jednakowoż, ogólnie, polecam ją całkowicie.

Jason Arnopp – Ostatnie dni Jacka Sparksa

Ostatnie dni Jacka Sparksa – fabuła

Kontrowersyjny dziennikarz, któremu znudziło się dziennikarstwo i zaczął parać się pisaniem niebezpiecznych książek, Jack Sparks, postanawia stworzyć dzieło „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych”. Książka ta ma w swoim zamyśle demaskować wszystkich oszustów, którzy mamią społeczeństwo nawiedzeniami, opętaniami, klątwami i innymi duchami. Jack zamierza po prostu zrównać z ziemią cały ten paranormalny biznes.

W tym celu udaje się do Włoch, gdzie uczestniczy w egzorcyzmach trzynastoletniej Marii Corvi. Te jednak nie robią na nim większego wrażenia. Stwierdza jedynie, że było to tylko bardzo dobrze zaaranżowane przedstawienie. Po jego obejrzeniu postanawia wrócić do domu. Na lotnisku jednak ktoś wrzuca na jego kanał na YouTube przerażający, tajemniczy film, który rozpoczyna serię niebezpiecznych wydarzeń. Próby dotarcia do źródła filmu i zdemaskowania jego autorów kończą się dla Jacka śmiercią. Bo „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” to właśnie zapis ostatnich dni Sparksa, a o jego śmierci dowiadujemy się już na pierwszej stronie (gdyby tytuł jednak był za mało sugestywny).

Ostatnie dni Jacka Sparksa – recenzja

Książka w książce. Nie jest to może jakaś świeża i odkrywcza pod względem konstrukcyjnym koncepcja, jednak ja ją bardzo lubię.

Ostatnie dni Jacka Sparksa to nic innego, jak książka „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” uzupełniona o przedmowę i posłowie Alistaira Sparksa (brata) oraz różnego rodzaju zapisy rozmów, e-maili czy SMSów. Dzięki temu książka ta nabiera niezwykłej autentyczności (z tego co wiem, niektórzy czytelnicy nie domyślili się, że jest to literacka fikcja).

Sama postać Jacka Sparksa jest nader irytująca i odpychająca. Dziennikarz jest egocentryczny, narcystyczny i arogancki. Niejednokrotnie miałam ochotę palnąć mu w ten zakuty łeb. Jego historia jasno pokazuje, że są to cechy złe i do niczego dobrego nie mogą zaprowadzić. Nawet w ostatnich minutach życia nie przestaje być zwykłym palantem. I choć w ciągu tych kilku dni w Jacku zachodzi dość spektakularna przemiana, wciąż pozostaje on Jackiem Sparksem. Sprawia to, że cała postać jest od początku do końca autentyczna; nie rozwarstwia się; nie odkleja od siebie.

Skupmy się jednak na tym, co w książce najistotniejsze, czyli na strachu, który wywołuje. Cóż takiego wymyślił Jason Arnopp, że bałam się zgasić światło, gdy w domu było zbyt cicho? Otóż, proszę Państwa, nic. Straszy nas dokładnie w taki sam sposób, w jaki straszyły nas klasyczne horrory – postaci w ciemnych pomieszczeniach, złowrogi krzyk, histeryczny śmiech, szepty, krew, śmierć i duchy. Autor wykorzystuje wszystkie motywy, które znane są fanom horroru. Na kanwie utartych schematów umiejętnie tworzy jednak coś takiego, co budzi wewnętrzny niepokój. Może dzieje się tak za sprawą konstrukcji zdań? Ale te przecież dalece odbiegają od budowy zdań w typowej powieści, tworząc raczej autentyczną relację. Czasem ma się wrażenie, że relację tę zdaje czytelnikowi jakiś obłąkany wariat. I może w tym tkwi sekret? Może to właśnie obłęd przeraża bardziej niż demony?

W Ostatnich dniach Jacka Sparksa znalazło się także miejsce typową krwawą jatkę niczym żywcem wyjętą z klasycznego slashera – pękające głowy, rozrywane ciała i wszystko to, co znamy z filmów Quentina Tarantino albo Dario Argento. W mojej wyobraźni właśnie tak wyglądała scena na ranczu Big Coyote – jak pomieszanie czarnej komedii z klasyką kina gore.

Przyznam się szczerze, że byłam pewna, iż masakra, która dokonała się na ranczu jest tym, co tę książkę zepsuje; że będzie jej przysłowiowym gwoździem do trumny. Tymczasem Arnopp postanawia nas zaskoczyć, tworząc twist, a nawet kilka twistów po kolei. Powstaje lynchowski, niepokojący suspens. Wszystko powoli zaczyna się wyjaśniać, ale jednocześnie niejasnych aspektów jest coraz więcej. Bum! Czułam jak z każdym zdaniem coraz szerzej otwierałam oczy (pewnie otwierałam też usta i wyglądałam całkiem komicznie w tym autobusie). Ja nawet nie wiedziałam, że umiem tak szeroko otworzyć oczy!

I choć zakończenie historii zaskoczyło mnie i zachwyciło naprawdę bardzo mocno, to same okoliczności śmierci Jacka Sparksa pozostawiły dość spory niedosyt. Czegoś mi tutaj zabrakło. Biorąc pod uwagę wydarzenia z całej książki, Jack Sparks powinien umrzeć w bardziej spektakularny sposób.


Przekład: Lesław Haliński

Wydawnictwo Vesper

Moja ocena: 8/10

Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Wakacje w pełni. Sezon urlopowy trwa. Niektórzy wakacyjne wyjazdy mają już za sobą, niektórzy wciąż nie zdecydowali się, gdzie pojechać. U mnie wybór jest zawsze taki sam – góry! I choć lubię także może, ciepłe plaże i leniwe wygrzewanie się na słońcu, gdy tylko mam chwilę czasu, wybieram jednak góry. Szczególnie ukochałam sobie nasze Bieszczady. Dlatego właśnie z miłą chęcią objęłam patronatem książkę „Z Czadem w Bieszczadach. Przewodnik dla dzieci (i rodziców)”.

Z Czadem w Bieszczadach – Magdalena Prekiel

Wakacje z dzieckiem potrafią być męczące, nieprawdaż? Zabierając dziecko na wakacje w góry, musimy pamiętać o tym, że piękne widoki nie wystarczą. Długie, bezcelowe z punktu widzenia dziecka wędrówki zwykle powodują jęczenie, marudzenie i ogromne zmęczenie. Dla dziecka bowiem wszytko powinno być atrakcją. A z przewodnikiem Z Czadem w Bieszczadach tak właśnie będzie!

Z Czadem w Bieszczadach – recenzja

Ten uroczy przewodnik podzielony został na strony dla rodziców i strony dla dziecka. Pomiędzy nimi znajdują się historyjki i legendy opowiadane przez uroczego Czada.

Strony dla rodziców zawierają praktyczne wskazówki, jak korzystać z przewodnika, aby wyprawa w góry była dla dziecka nie lada atrakcją! Strony dla dzieci natomiast pełne są łamigłówek, zabaw, kolorowanek itp.

Jak korzystać z przewodnika?

Przed każdą wyprawą w góry należy przeczytać dziecku historię związaną z miejscem, które będzie odwiedzać. Dzięki temu pobudzimy jego ciekawość i sprawimy, że dziecko będzie wiedziało, na co właściwie patrzy. W czasie wędrówki po górskich szlakach czy zwiedzania muzeum przypominajmy dziecku poznaną historię, zadawajmy pytania i sprawmy, że dziecko będzie świetnie się bawić, będąc małym zdobywcą! A jest co zdobywać. W książce znalazło się bowiem specjalne miejsce na pieczątki z najciekawszych miejsc, które możemy zwiedzić w Bieszczadach. Po zebraniu wszystkich dziecko otrzymuje Dyplom Zdobywcy Bieszczad, który znajduje się na końcu książki. Do wycięcia mamy tutaj także monety, puzzle czy quiz. Natomiast po każdej historii znajdziemy strony z zadaniami dla dziecka. Wypełniając je, maluch utrwali sobie to, czego się nauczył danego dnia.

Na szczególną uwagę zasługuje także graficzna oprawa przewodnika – przepiękne zdjęcia oraz urocze ilustracje Michała Motłocha. Dzięki nim książka zyskuje charakter swoistego albumu, który dziecko dodatkowo uzupełni swoją twórczością. A ja wprost uwielbiam takie zabawy i nie mogę się doczekać, aż Pokurcz dorośnie wystarczająco, żeby zabrać go w Bieszczady! Wspólne czytanie i rozwiązywanie zadań nie tylko rozwija dziecko, ale także umacnia więź z rodzicami. Bo to przecież nasz czas i nasza uwaga są dziecku najbardziej potrzebne. Dzięki takim pozycjom, jak Z Czadem w Bieszczadach, ten czas będzie jeszcze zabawniejszy!

Historie i legendy opowiadane przez Czada są interesujące i zabawne, co szczególnie widać w dialogach i figlarnych żarcikach.

Z Czadem w Bieszczadach

Z Czadem w Bieszczadach to pierwsza książka, którą objęłam swoim patronatem i bardzo się cieszę, że trafiło właśnie na nią! Magdalena Prekiel stworzyła przewodnik, który pobudza fascynację górami wśród dzieci, a dorosłym pomaga „przetrwać” górskie wakacje z dzieckiem.

Polecam wszystkim amatorom górskich wędrówek, którzy na kolejny wypad wybierają się ze swoimi pociechami!


Wydawnictwo STAPIS