Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Od czasu do czasu pojawiają się u mnie książki, które wprawiają mnie w osłupienie. Po przeczytaniu tak wielu historii z różnych gatunków, zapoznaniu się z literaturą klasyczną, rozrywkową, komercyjną, dobrą i złą czasem mam wrażenie, że na tym polu już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. I nie chodzi tutaj o jakieś niespodzianki fabularne. Jest to bardziej jakieś emocjonalne poruszenie wywołane całościowym odbiorem książki. Zdarza się to rzadko, przyznaję, ale się zdarza.

I zdarzyło się, właśnie teraz, za sprawą powieści Donala Ryana Dwadzieścia jeden uderzeń serca.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – fabuła

Małe irlandzkie miasteczko zostaje dotknięte przez gospodarczy krach. Upadają największe firmy, które zatrudniały miejscowych mieszkańców. Zamknięcie największej firmy budowlanej nie tylko doprowadza do finansowej ruiny jej pracowników, ale obnaża także nieuczciwość pracodawcy.

I to jest chyba wszystko, co można powiedzieć o fabule tej niewielkiej powieści. Nie o fabułę się tu bowiem rozchodzi.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – recenzja

Jest milion słów i nieskończona ilość sposobów ich łączenia, ale wszyscy dążymy do tej samej prawdy; wszyscy próbujemy się wytłumaczyć.

Tak w jednym z wywiadów powiedział Donal Ryan. Poprzez realizację swojej książki udowadnia tę tezę.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca to dwadzieścia jeden historii; dwadzieścia jeden osób; dwudziestu jeden mieszkańców niewielkiego miasteczka. Wśród nich robotnicy, ich żony, rodzice, dzieci… Bobby, Josie, Lily, Wasia, Realtin, Timmy, Brian, Trevor, Bridie, Jason, Hillary, Seanie, Kate, Lloyd, Rory, Millicenta, Denis, Mags, Jim, Frank i Triona – każde z nich ma swoją prawdę, którą chce nam opowiedzieć; każde próbuje się przed nami, czytelnikami, wytłumaczyć.

Dwadzieścia jeden historii upchniętych na zaledwie 161 stronach. Ta książka jest naprawdę ambitna i odważna pod względem konstrukcyjnym. Autor postanowił każdego z bohaterów uczynić na krótką chwilę narratorem. Wygląda to trochę tak, jakby ustawił ich wszystkich w szeregu i powiedział: każdy ma 3 minuty, mówicie! A oni mówią.

Co ciekawe, żadne z nich nie skupia się na kryzysie, na oszustwie, na braku pracy czy utracie finansowej płynności. Przez te kilka minut, starają się opowiedzieć siebie. Mamy więc mnóstwo dramatu, obłędu, szaleństwa, samotności, ogromnej miłości, rodzinnych tragedii, śmierci, zawiści, zła, dobroci, niezrozumienia, niewinności. Jest tutaj wszystko, co tak naprawdę znaleźć możemy w każdej społeczności.

Czytanie tej historii przypomina składanie wielowymiarowej mozaiki z niewielkich elementów. Każda z tych historii to także element, który składa się na fabułę. Nie będzie tu wielkiego zaskoczenia, trzymania w napięciu i kulminacyjnego momentu. Nie. Bo Dwadzieścia jeden uderzeń serca bardziej przypomina życie niż hollywoodzki dramat. Czy poznając te historie, poznajemy prawdę? Czym w istocie jest owa prawda? Czy jest tylko jedna?

Nie jest trudno stworzyć 21 postaci. Dużo trudniej jest je stworzyć i każdej dać prawo głosu. Wiąże się to z koniecznością stworzenia dwudziestu jeden charakterów, a co za tym idzie – dwudziestu jeden idiolektów. Nie chodzi przecież o to, żeby wszyscy mówili chórem. Dlatego każdy z tych głosów musi być wyrazisty. Tym bardziej, że każdy z nich ma naprawdę niewiele czasu na opowiedzenie swojej prawdy. Niemożliwe?

Donal Ryan pokazuje, że możliwe. I robi to bezbłędnie. Na tym właśnie polega konstrukcyjna ambicja tej powieści; w tym tkwi jej artyzm. Niektórzy nawet w wielu tomach nie są w stanie oddać tak wiele, ile Ryan oddał w tej niewielkiej powieści. Co więcej, to niekonwencjonalne podejście do struktury historii sprawia, że jest ona naszpikowana skrajnymi emocjami i takie samie wywołuje w czytelniku. Czy istnieje lepszy komplement dla literatury?


Tłumaczenie: Ewa Pater-Podgórna

Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Nie czekając na kolejny sezon…

Tak samo jak lubię seriale, lubię też książkowe serie. Nie lubię jednak czekać na kolejne sezony czy tomy. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że Pani Listonosz doręczyła mi paczkę z Vice Versa tego samego dnia, którego skończyłam czytać Post Scriptum. Mogłam więc od razu wziąć się za kontynuowanie przygody w pełnym absurdów świecie Mileny Wójtowicz, nie rozstając się z Piotrem i Sabiną nawet na chwilę.

Liczyłam się z tym, że drugi tom może nie sprostać moim oczekiwaniom, ponieważ pierwszy ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tymczasem Vice Versa tę poprzeczkę najpierw przeskoczyło, a następnie podniosło jeszcze wyżej, całkowicie moje oczekiwania przerastając.

Vice Versa – fabuła

Po niekonwencjonalnym rozprawieniu się z niedoszłą łowczynią nienormatywnych, życie Sabiny i Piotra powoli wraca do normy. Piotr stara się zaakceptować swoją nienormatywność, przepracowując pewne kwestie, a Sabina zatrudnia asystentkę i wciąż pochłania słodycze w ilościach hurtowych. Wspomniana asystentka nie spodziewała się, że podpisując umowę z PS Consulting, podpisuje cyrograf, który nieodwołalnie wprowadzi ją w świat nienormatywności. Żaneta Wawrzyniak sama bowiem do końca normatywna nie jest, co zupełnie jej się nie podoba. Dodatkowo ma na głowie uzależnioną od cukru szefową z piekła rodem, szefa na skraju emocjonalnego załamania lawendowego oraz studia ochrony środowiska. I jakby tego było mało, śledzi ją dziergająca na drutach staruszka…

Wkrótce pojawiają się także pogłoski o skażonym terenie, który ma negatywny wpływ na istoty nienormatywne. I to własnie jej, asystentce, Żanecie Wawrzyniak, przyjdzie się z tym wszystkim uporać. A przecież trzeba jeszcze uratować mitycznego Złotego Cusia, który ponad wszystko kocha piosenki Dawida Podsiadły. Żanetka prędko spokoju nie zazna…

Vice Versa – recenzja

Druga część opowieści ze świata Sabiny i Piotra to doskonały dowód na to, że nie jest potrzebna fabuła, jeżeli ma się tak charakterne i autentyczne postaci. To nie tak, że w Vice Versa fabuły w ogóle nie ma. Nie. Ona po prostu schodzi gdzieś na dalszy plan, ustępując miejsca bohaterom, którzy tutaj grają pierwsze skrzypce. A tutaj tych bohaterów mamy cały ogrom. Niektórych znamy już z pierwszej części, niektórzy są zupełnie nowi, jednak każdy z nich w tej historii jest niezbędny i każdy dostał zestaw niepowtarzalnych cech.

W Vice Versa ważne zadanie dostała matka Piotra – Marysia Strzelecka oraz jej partnerka – Ludmiła Marciniak, która okazała się być prawdziwym łowcą potworów. Obie kobiety został obdarzone tak wybuchową mieszanką cech, że ich duet okazał się bezbłędny.

Vice Versa to książka, której nie da się jednoznacznie zaszufladkować pod względem gatunkowym. Mamy tutaj urban fantasy, mamy komedię kryminalną, nieco dramatu i szczyptę parodii. Wszystko to Milena Wójtowicz wymieszała w idealnych proporcjach, tworząc książkę, która mnie ujęła i szczerze zauroczyła – swoją lekkością, plastycznością i nietuzinkowym poczuciem humoru.

Niezwykle ucieszyło mnie, że autorka postanowiła nieco więcej uwagi poświęcić głównym bohaterom i ich relacji. W pierwszej części przyjaźń Sabiny i Piotra była tylko zarysowana. Vice Versa zagłębia się w charakter tej skomplikowanej relacji i pokazuje ją z dwóch perspektyw, które topią serca. Z resztą nie tylko przyjaźń Piotra i Sabiny została mocno zaakcentowana. Książka w ogóle krąży blisko tematów międzyludzkich relacji. Obserwuje, analizuje, ale nie ocenia i nie stara się umoralniać. Co ciekawe, żadna z postaci nie jest ani zła, ani dobra. U Wójtowicz dużo jest szarości umotywowanej uczuciami, pragnieniami i dążeniami. Dlatego właśnie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, spójne i prawdziwe.

Moje stopione serce zdobył także absurdalny, acz niezwykle zabawny komizm sytuacyjny, którego wisienką na torcie okazał się pewien gnom. Nie mogłam nie śmiać się również na myśl o mitycznym stworzeniu, zakochanym w piosenkach Dawida Podsiadły i w ogóle w muzyce rozrywkowej. Żart zawarty w dialogach jest bezpretensjonalny i niewymuszony, a same dialogi – autentyczne. Sama autorka nie stara się na siłę być zabawna. Zabawny jest po prostu cały świat, który stworzyła i który ja bez zastrzeżeń kupuję całą sobą.


Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Co to jest Linia Maginota?

Linia Maginota (fr. Ligne Maginot) – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie mówiąc o „Linii Maginota” ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Maginota

Po przeczytaniu całej definicji, genezy i historii, po zapoznaniu się z kształtem, zastosowaniem bojowym oraz rozmieszczeniem umocnień Linii Maginota, wciąż nie mam pojęcia, dlaczego debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza zyskała właśnie taki tytuł.

Zastanawiam się również, czy blurb Linii Maginota pisał ktoś, kto faktycznie przeczytał tę książkę. Bo naprawdę ma on niewiele wspólnego z tą historią.

Zastanawia mnie, czy osoby wymienione jako odpowiedzialne za przeprowadzenie redakcji i korekty tej książki, faktycznie swoją pracę wykonały.

Pierwszy raz od dawna odczułam ulgę, że dobrnęłam do końca. I jest mi bardzo przykro, ponieważ krytykować nie lubię…

Maksym Aleksandrowicz – Linia Maginota

Linia Maginota – fabuła

Adam to przedsiębiorca, który prowadzi niewielką firmę budowlaną, zatrudniającą dwóch pracowników – Ryszarda i Patryka. Cała trójka przyjaźni się. Ledwo wiążąc koniec z końcem, mężczyźni trzymają się razem nawet wtedy, gdy pojawiają się problemy natury finansowej i szef nie ma z czego wypłacić wynagrodzenia.

Ich życie odmienia się – niestety nie na lepsze – gdy Adam postanawia przyjąć pewne zlecenie. Sytuacja staje się napięta już wtedy, gdy pojawiają się opóźnienia w wypłatach. Zaognia się jednak dopiero wtedy, gdy Adam staje się świadkiem morderstwa swojego zleceniodawcy.

Od tej chwili cała trójka będzie musiała uciekać, aby ochronić siebie i swoich najbliższych. Wkrótce okaże się, że ucieczka nie jest możliwa, bo zabójcy to międzynarodowa, zorganizowana grupa przestępcza, która posiada swoich ludzi nawet w wymiarze sprawiedliwości i organach ścigania.

Kto jest kim i komu można zaufać? Czy w takiej sytuacji można zaufać komukolwiek?

Linia Maginota – recenzja

Po lekturze kilkudziesięciu stron zorientowałam się, że Linia Maginota nie jest tym, czego oczekiwałam. Brnąc dalej, utwierdzałam się w przekonaniu, że w sumie wyszło na dobre, bo historia jest naprawdę ciekawa. I nie tylko historia. Miałam wrażenie, że tutaj to bohaterowie grają pierwsze skrzypce.

Autor skupił się na kreowaniu postaci, żmudnym tworzeniu ich psychologicznych portretów i całkiem wiarygodnych historii. I nie czułam się wcale rozczarowana. Zamiast krwistej sensacji z gospodarczymi zawirowaniami w tle, dostałam – jak mi się na początku wydawało – całkiem niezły dramat społeczny, czyli coś, co naprawdę lubię. Długaśne retrospekcje czy peregrynacje w głąb psychiki bohaterów zepchnęły fabułę na dalszy plan. Podobał mi się styl, podobał mi się język, podobały mi się autentyczne dialogi. Odczuwałam realne zainteresowanie nie tyle fabułą, co właśnie postaciami i ich historiami. I wszystko szło w dobrą stronę. Sensacyjno-kryminalne wydarzenia wciąż wydarzały się w tle, przykuwając coraz więcej mojej uwagi, a ja byłam pod wrażeniem zamysłu i konstrukcji Linii Maginota.

I nagle stało się coś, czego nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Całkowicie nieuzasadnione i pozbawione jakiegokolwiek sensu postępowanie jednej z bohaterek zburzyło ten żmudnie i konsekwentnie tworzony świat. I było to pierwsze z wielu naiwnych rozwiązań fabularnych. Do tego momentu wszystko wydawało się być spójne, przemyślane i konsekwentne. Później było już tylko gorzej.

Bohaterowie jakby odkleili się od wcześniej wykreowanych portretów, postępując wbrew jakimkolwiek zasadom logiki. Absurdy fabularne zaczęły się mnożyć. Błędy stylistyczne i interpunkcyjne przestałam w pewnym momencie zliczać, starając się je po prostu ignorować. Czułam się oszukana, zła i zażenowana. Miałam wrażenie, że gdzieś w połowie historii autorowi brakło pomysłów na zakończenie i postanowił sięgnąć po tanie i naiwne rozwiązania, które tak dobrze znamy z amerykańskiego kina stricte rozrywkowego.

Zamiast trzymającej w napięciu historii sensacyjnej, otrzymujemy nonsensowną bajeczkę, której nie powstydziłby się niejeden szurnięty zwolennik teorii spiskowych. Linia Maginota przedstawia bowiem plany zniszczenia Polski poprzez… niszczenie przedsiębiorstw sektora budowlanego.

Kulminacyjny moment został całkowicie zdominowany przez dłużący się i groteskowy monolog czarnego charakteru, który w moich oczach jawił się jako jedna z tych kreskówkowych myszy, które każdej nocy bezskutecznie opanowywały świat.

Linia Maginota zapowiadała się bardzo dobrze. I to są chyba jedyne dobre słowa, które potrafię z siebie wykrzesać.

Linia Maginota – podsumowanie

Czasem pisanie krytycznych recenzji sprawia mi przyjemność. Czasem bawię się bardzo dobrze, wytykając fabularne braki czy językowe potknięcia. W tym przypadku jednak czuję jedynie złość, ogromne rozczarowanie i ulgę, że skończyłam czytać.

Linia Maginota to debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza, który bez wątpienia jakiś talent ma. Mam więc nadzieję, że nie będzie to ostatnia jego książka i przy następnej okazji autor będzie miał więcej szczęścia co do redaktorów i korektorów, od których zależy bardzo wiele. Mam też nadzieję, że następnym razem nie podda się tak szybko i nie postawi na łatwe i niemądre rozwiązania. Bo przecież Maksym Aleksandrowicz umie tworzyć bohaterów. Zabrakło tutaj konceptu i konsekwencji. W szczególności tego ostatniego.


Moja ocena: 4/10

Wydawnictwo Novae Res


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję autorowi.

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Same przyjemne rzeczy…

Przepisy BHP raczej w nikim nie budzą niezdrowej ekscytacji. Żaden pracownik ani przedsiębiorca nie wyczekuje audytu BHP i wizyty szurniętej behapówki. Ja dodatkowo dostaję alergii na słowo „coaching”, a niemal każdy trener personalny to mój wróg publiczny numer jeden. Jednak od każdej reguły są wyjątki. Bo w książce Mileny Wójtowicz zarówno zasady BHP jak i ten cały coaching są nieziemsko interesujące i śmiertelnie zabawne!

Post Scriptum – fabuła

Sabina Piechota to typowa behapówka, której wszyscy się boją. No, dobrze, może nie do końca typowa. Jest bowiem prawdziwą strzygą. Uzależnioną od cukru strzygą, która pasjonuje się określaniem ryzyka zawodowego wśród nienormatywnych istot. Piotr Strzelecki natomiast jest wielbicielem świeczek i lawendy, coachem, psychologiem oraz doradcą post mortem. Oznacza to mniej więcej tyle, że prowadzi on terapie dla nienormatywnych i nie do końca już żywych ludzi i nieludzi. A tych, jak się okazuje, w Brzegu jest mnóstwo.

Sabina i Piotr prowadzą razem firmę PS Consulting, której głównymi klientami są wampiry, wiły, wilkołaki, duchy itp. Zupełnie przez przypadek i całkowicie nie z własnej woli wplątują się w kryminalną, paranormalną intrygę. W Brzegu bowiem pojawił się samozwańczy pogromca potworów, który podejmuje próby pozbawienia życia wszystkich nienormatywnych. Sabina i Piotr postanawiają rozpocząć śledztwo. Mając jednak na uwadze całkowity brak zdolności detektywistycznych, zwracają się o pomoc do pewnego policjanta, któremu zdarza się wyć do księżyca… Gdy Winchester-amator sięga po drewniany kołek, sytuacja staje się całkiem niebezpieczna i mocno napięta.

Post Scriptum – recenzja

Aż chciałoby się napisać, jak lekka i przyjemna jest ta książka. Chciałoby się powiedzieć, jak szybko się ją czyta, że człowiek świetnie się bawi i śmieje do książki, jak ujarany wariat. Bo poniekąd tak jest. Ale takie słowa nierzadko sugerują, że książka jest raczej słaba, że jest zwykłym czytadłem na jeden wieczór, a tego o powieści Mileny Wójtowicz powiedzieć nie można. Bo chociaż w Post Scriptum znajdziemy humor, absurd, bezbłędne postaci i wciągającą akcję, nie zabranie także mnóstwa literackich i kulturowych nawiązań, a fabuła, która na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco infantylna, pozbawiona jest banalnych i naiwnych rozwiązań. Post Scriptum to idealny dowód na to, że literatura stricte rozrywkowa może być naprawdę dobra. A w tej powieści dobroci jest naprawdę dużo.

Na początek – bohaterowie. Tak bardzo przerysowani, a jednak tak bardzo prawdziwi w tym stworzonym przez Wójtowicz świecie. Nie mają może wybitnie pogłębionych psychologicznych portretów, ale mają to, czego wielu książkowym postaciom brakuje – charakter i autentyczność. I to wszyscy. Bez wyjątku.

Nierzadko literatura rozrywkowa, a w szczególności jej warstwa komediowa, przepełniona jest banalnymi dialogami i humorem rodem z reklam sieci telefonii komórkowych. W Post Scriptum tego nie znajdziemy. Dialogi oraz żarty są całkowicie niewymuszone i naturalne, co w połączeniu z autentycznymi bohaterami tworzy spójne uniwersum będące gotową i kompletną kanwą, na której można było wysnuć tę kryminalno-detektywistyczną historię rodem z Supernatural. A jest to historia porywająca, zabawna i inteligentna, która subtelnie muska naszą podświadomość, każąc jej na chwilę zagłębić się w refleksji nad swoim „ja”. Bardzo subtelnie i z wyczuciem.

Post Scriptum – podsumowanie

Ktoś kiedyś powiedział mi, że skoro podoba mi się twórczość Marty Kisiel, Milena Wójtowicz także przypadnie mi do gustu. Tak własnie się stało, a porównanie to nie okazało się wyssane z palca (jak początkowo przypuszczałam). Co ciekawe, obie panie należą do Hardej Hordy, którą uważam za twór nie tyle wspaniały, o ile bardzo polskiej literaturze fantastycznej potrzebny. To właśnie tam po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Mileny Wójtowicz i przypomniałam sobie, że przecież jej powieść zalega na moim czytniku od jakiegoś czasu.

I naprawdę żałuję, że po Post Scriptum sięgnęłam dopiero teraz. Bo to kawał naprawdę świetnej, dobrze skonstruowanej, niebanalnej i spójnej współczesnej fantastyki, obok której nie umiem przejść obojętnie. Muszę więc polecać ją wszystkim. A więc polecam!


Moja ocena: 8/10

Wydawnictwo Jaguar

Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Mój stosunek do twórczości Remigiusza Mroza znają już chyba wszyscy. Nie jest też tajemnicą, że serię „W kręgach władzy” ukochałam sobie od pierwszego tomu, twierdząc uparcie, że są to najlepsze książki pisarza. Możecie sobie mówić, co chcecie, wynosić na piedestał Chyłkę do spółki z Zordonem czy Forsta. Osobiście uważam, że Mróz nie popełnił lepszych książek niż Wotum Nieufności i Większość bezwzględna. A teraz mamy do tego istną wisienkę na torcie – trzeci tom serii political fiction, czyli Władzę absolutną.

Od pierwszego tomu seria reklamowana była jako „Polskie House of Cards” z czym nijak nie mogłam się zgodzić. Nie to, że były gorsze. Po prostu wydarzeniom przedstawionym w pierwszych dwóch tomach daleko było do amerykańskich intryg politycznych. Co innego Władza absolutna! Tutaj naprawdę dostajemy House of cards osadzone co prawda w polskich realiach, ale z paskudnymi i krwawymi intrygami niczym nie odbiegającymi od tych, które znamy z książek Michaela Dobbsa czy serialu Beau Willimona. Jest ohydnie, jest krwawo i brzydko. I nie są to bynajmniej wady.

Władza absolutna – fabuła

W zamachu, który miał miejsce na końcu drugiego tomu, ginie nie tylko prezydent Daria Seyda, ale także wszystkie osoby, które potencjalnie mogłyby stanąć na czele państwa. Polskie prawo nie przewiduje takiej sytuacji. Nie ma w zanadrzu listy swoich designed survivors, jak ma to miejsce np. w Ameryce. Ciągłość władzy nie tyle została zachwiana, co zwyczajnie przerwana. Polska stoi na skraju anarchii, pojawiają się pogłoski o planowanych atakach obcych wojsk na terytorium kraju, a zdezorientowani ministrowie zdają się nie wiedzieć, co począć.

Rozpoczyna się więc walka o władzę. Rozpoczyna się najbardziej krwawa kampania wyborcza, jaką widział ten kraj. Politycy nie mają żadnych zahamowań w walce o swój kawałek tortu. Żadnych. Co więcej, pojawiają się doniesienia, jakoby zamach pod sejmem był tylko małą częścią ogromnego spisku. Kto odkryje prawdę? Jaką cenę przyjdzie zapłacić tym, którzy faktycznie będą tego próbowali? Kim jest tajemniczy Ivan, który stara się zniszczyć Patryka Hauera?

Kłamanie stanowiło nawóz, dzięki któremu można było uprawiać politykę – klucz tkwił w tym, by nikt nie wiedział, z jakiego gnoju składa się mieszanka użyźniająca grunt

Patryk Hauer, jak wszyscy, w zaistniałej sytuacji widzi okazję do osiągnięcia celu, do którego dążył przez całe życie. Problem jednak w tym, że bardziej niż samo zdobycie władzy, zacznie interesować go… odkrycie prawdy.

Władza absolutna – recenzja

Po skończonej lekturze drugiego tomu byłam nieco zaskoczona, że autor postanowił uśmiercić swoją główną bohaterkę. Byłam wręcz rozczarowana i przekonana o tym, że nic dobrego z tego nie wyniknie. A jednak! Mróz po raz kolejny mnie zaskoczył, udowadniając, że było to celowe zagranie, preludium do tego, na co naprawdę go stać.

We Władzy absolutnej głównymi bohaterami stali się więc Patryk Hauer i jego małżonka oraz chorąży Kitlińska, która była bezpośrednio odpowiedzialna za bezpieczeństwo byłej prezydent. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, ponieważ bardzo polubiłam tę postać i miałam nadzieję na poznanie jej dalszych losów.

Co takiego wyjątkowego jest w tej części serii? Wszystko! Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz wziął ze swoich pisarskich umiejętności wszystko to, co najlepsze, wycisnął esencję ze swojej twórczości i wszystko to wrzucił do jednego worka, który zatytułował Władza absolutna. Stworzył w ten sposób naprawdę przejmujący i dojrzały thriller, stworzył nieoczywistą fabułę pełną śmiertelnych intryg i, w końcu, stworzył historię o dążeniu do prawdy, która nie tylko zaskakuje. Prawda okazuje się bowiem być tak ohydna, brudna i bezwzględna, że aż ciężko się na nią patrzy.

Jeśli kiedykolwiek potrzebowała potwierdzenia, że polityka zdecydowanie nie była światem dla niej, to właśnie je otrzymała. Brud, jaki osadzał się na wszystkim, co z nią związane, przesłaniał prawdziwy obraz. Ale teraz doskonale go widziała. I była przerażona.
Nie miało znaczenia, w jakiej partii ci wszyscy ludzie się znajdowali. Mogli nazywać się Hauer, Korodecki lub Chronowski. Nie istniała między nimi żadna różnica.

Remigiusz Mróz w końcu przestał bać się przekleństw! Albo może po prostu nauczył się używać ich tam, gdzie ich miejsce (niczym Stephen King, co mówię z pełną świadomością i odpowiedzialnością!). Ponadto Władza absolutna całkowicie pozbawiona jest sztucznych, encyklopedycznych dialogów, które często się autorowi zarzuca. Tutaj nie ma na to miejsca. Nie ma na to czasu. Akcja pędzi na złamanie karku, wciąż się dzieje, dzieje i dzieje. I to całe „dzianie się” wbrew pozorom nie jest męczące. Autor nie pozwolił sobie na żadne łatwe rozwiązania. Żaden element fabuły nie został pozostawiony przypadkowi. Wszystko było przemyślane (mam wrażenie, że od samego początku cyklu), a każdy wątek domknięto.

Jednak aktualność i prawdopodobieństwo przedstawionego scenariusza jest tak przerażająca, że aż, nomen omen, mrozi krew w żyłach. Każdy, kto ma chociaż najmniejsze pojęcie o sytuacji politycznej w Polsce to zauważy.

Kolejna rzecz, która mnie ucieszyła to pojawienie się Gerarda Edlinga znanego z Behawiorysty – kolejnej pozycji, którą uważam za wybitną w dorobku Mroza. Tym razem pojawił się on jednak na dłużej i odegrał całkiem ważną rolę. Miód na moje serce!

Do czegoś jednak doczepić się muszę. To nie jest tak, że postaci kreowane przez Mroza są papierowe i bez wyrazu. Nie, one mają swój charakter. Ale w konstrukcji postaci wciąż mi czegoś brakuje – tego jednego elektronu, który sprawiłby, że one naprawdę by ożyły. Tak, jak żył Edling w Behawioryście.

– Swoją drogą, jak rehabilitacja?
– Całkiem nieźle – odparł Patryk obojętnie. – A twoja?
– Mnie nic nie dolega.
– Racja. Skurwysyństwo to nie choroba, tylko cecha wrodzona.

Władza absolutna – podsumowanie

Władza absolutna to doskonałe zakończenie serii „W kręgach władzy”. Autor jednak nie zamyka sobie furtki, twierdząc, że może jeszcze kiedyś coś w jego głowie się zrodzi. Podobnie z resztą sytuacja miała się w przypadku serii z Chyłką czy Forstem. Wiele razy słyszeliśmy o tym, że „to już ostatni tom”, a po jakimś czasie pojawiał się jednak kolejny.

Jakkolwiek by nie było, uważam, że „W kręgach władzy” doczekało się wspaniałego domknięcia. Kompletnego. Jest to jedna z najlepiej skończonych serii, jakie dane mi było czytać, obok m.in. Pana Mercedesa Stephena Kinga.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że żadna osoba znajdująca się w prawdziwym polskim rządzie, się Władzą absolutną nie zainspiruje. To byłaby istna katastrofa!


Moja ocena: 9/10

Wydawnictwo FILIA, 2018

Cykl „W kręgach władzy”:

  1. Wotum nieufności
  2. Większość bezwzględna
  3. Władza absolutna

Kolejna książka, która swoje na półce odstała, abym w końcu sięgnęła po nią w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: z polityką za pan brat.

Mam wrażenie, że w lipcu nic mnie nie powstrzyma. Na podorędziu mam jeszcze jedną gotową recenzję, kolejna książka już kończy się czytać, a następne przebierają nóżkami ze zniecierpliwienia. Lipiec na Białych Mebelkach zapowiada się bardzo gorąco. I jeżeli dobrze pójdzie, to w tym miesiącu rozpocznę nowy cykl recenzencki! Nie, nie mam za dużo czasu. Po prostu mało śpię. Lato rządzi się swoimi prawami!