Marta Matyszczak – „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” – recenzja

Marta Matyszczak – „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” – recenzja

Czy może być coś lepszego niż dobra lektura po wykańczającym, nad wyraz intensywnym czasie? Czy istnieje lepszy sposób na odpoczynek po życiowych zawirowaniach i emocjonujących zmianach niż świetna historia, która jednocześnie bawi, wzrusza i trzyma w napięciu?
Morderstwo w Hotelu Kattowitz Marty Matyszczak wpadło w moje ręce w najbardziej odpowiednim momencie. Takiej książki właśnie potrzebowałam, taką historię chciałam poznać i naprawdę żałuję, że piąta część z serii „Kryminału pod psem” była moją pierwszą.
W katowickim hotelu niższej klasy dochodzi do morderstwa. I to morderstwa nie byle jakiego, ponieważ ofiarą jest słynna na cały kraj DJ Dzidzia – piosenkarka klasy mniej więcej takiej samej, jak hotel, w którym zmuszona była się zatrzymać. Władze hotelu, nie chcąc zaszkodzić swojej i tak nie najlepszej już reputacji, postanawiają wynająć prywatnego detektywa – Szymona Solańskiego. Solański wraz z nieodłącznym kundelkiem Guciem i Różą Kwiatkowską rozpoczynają dochodzenie, które tę bezbłędną gromadę prowadzi prosto w ramiona współczesnego showbiznesu. Ale nie samym śledztwem fabuła żyje, bowiem nasi bohaterowie muszą zmagać się także (a może nawet przede wszystkim) z zawirowaniami życia osobistego.
Nie miałam do tej pory styczności z książkami Marty Matyszczak (nad czym szczerze ubolewam), dlatego pierwszy rozdział wywołał u mnie uczucia raczej mieszane. Pies narratorem? „Kolejny cholerny Komisarz Alex czy inny Rex” – myślałam nieco rozgoryczona. Och, jakże się pomyliłam! Gucio, bo o nim mowa, jest najbystrzejszym kundlem, jakiego dane mi było poznać. Ponadto mistrzowsko włada ciętą ripostą i ironicznym żartem, które po prostu zwaliły mnie z nóg. Nie sposób nie uśmiechnąć się na jego wynurzenia o kiełbasce śląskiej czy prostolinijną ocenę rzeczywistości. Jeżeli kiedykolwiek będę miała psa, który będzie umiał mówić, to pragnę, aby władał językiem tak nietuzinkowym, jakim włada Gucio.
Świat schodzi na psy. Nie, w zasadzie to na kleszcze. Na psy to by mu tylko na dobre wyszło.
Nie cała powieść jednak jest opowiadana z punktu widzenia psa. Reszta narracji prowadzona jest trzecioosobowo, ale nie odbiega ona od lekkości i humoru monologów Gucia. I ja wiem, że to jest kryminał i wiem też, że to powinno być w tej książce najważniejsze, jednak mnie o wiele bardziej pochłonęła miłosna historia Róży i Szymona. Nie oznacza to jednak, że kryminalne elementy były miałkie czy nudne. Nic z tych rzeczy! Fabuła toczy się powoli, aby w odpowiednim momencie nabrać tempa, kilka razy zmienić swój kierunek i zwrot oraz, oczywiście, zaskoczyć czytelnika rozwiązaniem zagadki. I choć jest to komedia kryminalna, Marta Matyszczak nie poszła na łatwiznę, więc nic w tej historii nie zdarzyło się przez przypadek. Wszystko ma swoje miejsce, przysłowiowe ręce i nogi, sens i nadzwyczajny klimat.
I jeszcze Katowice, które były tłem wydarzeń wielu książek, które czytałam. Do tej pory jednak żadna z nich nie wywołała u mnie szczerej chęci lepszego poznania tego miasta. Autorka bardzo drobiazgowo opisuje topografię odwiedzanych przez bohaterów miejsc i robi to z zupełnie niewymuszoną lekkością. Morderstwo w Hotelu Kattowitz w ogóle powinno być synonimem niewymuszonej lekkości i humoru.
Marta Matyszczak w swojej nowej książce nie tylko zachęca chyba wszystkim czytelników do przygarnięcia czworonożnego przyjaciela ze schroniska (ja już zaczęłam szukać swojego Gucia!), ale także oddaje swoisty hołd jednemu ze swoich ulubionych (tak wnioskuję) artystów współczesnej sceny muzycznej – Miuoshowi. Każdy tytuł rozdziału pochodzi bowiem z piosenek katowickiego rapera, a jego muzyka niejednokrotnie gra w tle wydarzeń.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Jestem szczerze zauroczona i na pewno sięgnę po inne „Kryminały pod psem”, ponieważ Marta Matyszczak powiększyła właśnie nieliczne grono pisarek, które potrafią mnie rozbawić.
Podsumowanie:
Autor: Marta Matyszczak
Tytuł: Morderstwo w Hotelu Kattowitz
Strony: 299
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Moja ocena: 8/10
Elizabeth Adler – „Spotkanie w Wenecji” – recenzja

Elizabeth Adler – „Spotkanie w Wenecji” – recenzja

Czy ja w ogóle jestem kobietą? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy sięgam po jakąkolwiek pozycję z literatury typowo kobiecej, czyli w sumie rzadko, bo katować się nie lubię. W ramach poszerzania swoich literackich horyzontów postanowiłam jednak sięgnąć po takową książkę, którą zarekomendowała mi Pani Bibliotekarka. Tym bardziej, że blurb raczej mnie zachęcił.
„Jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc. Błagam spotkaj się ze mną w Wenecji”. Właścicielka paryskiego antykwariatu jest zaskoczona rozpaczliwym telefonem od obcej kobiety. Tym bardziej że nieznajoma twierdzi, że wie coś o jej narzeczonym, który dzień przed planowanym ślubem zniknął bez słowa wyjaśnienia… Z niepokojem, ale i z nadzieją Preshy wyrusza do Wenecji. Nie podejrzewa, że została uwikłana w sieć kłamstw, podstępów i zbrodni.
Taki oto zaraz fabuły znalazłam z tyłu książki. Uwierzyłam więc, że nie będzie tak źle, że to może nie będzie zwyczajny romans, że te thrillerowe wątki sprawią, że będę się świetnie bawiła. Och, jakże się pomyliłam. Znów się pomyliłam. Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler jest bowiem niczym innym jak zwyczajnym romansidłem pełnym bohaterek, których naprawdę nie potrafię zrozumieć (choć bardzo się starałam!), sztampowych kreacji czarnych charakterów i jednego cudownego mężczyzny. I chyba niedługo stracę zaufanie do bibliotekarzy!
Jeżeli chodzi o fabułę, to blurb mówi nam mniej więcej tyle, co wcale. Owszem, są podstępy, są kłamstwa, są też i zbrodnie, jednak nasza bohaterka (wspomniana Preshy) wcale nie jest taka nieświadoma. Wręcz przeciwnie – jest całkowicie świadoma, jednak zbyt głupia i naiwna, żeby tego uniknąć. Do tego mamy jeszcze tajemniczą kobietę – Lily Song – nieznaną kuzynkę Preshy, która mieszka w Chinach, trudni się wykonywaniem podróbek rzeźb i sprzedażą kradzionych dzieł sztuki. Towarzyszy jej Mary-Lou, zimna, zła i przebiegła złodziejka antyków, która za wszelką cenę chce być bogata i, żeby swój cel osiągnąć, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Mało? Mało! W końcu to romans, więc potrzebny jest mężczyzna. I to mężczyzna nie byle jaki, bo istny Adonis, na widok którego wszystkim kobietom miękną nogi i spadają majtki. Bennett robi z bohaterkami, co tylko chce. A wszystko to robi tylko dla pieniędzy. Szok i niedowierzanie! Oczywiście jest też ten dobry mężczyzna, ten, bez którego nie byłoby happy endu. Ale wszystkiego zdradzić nie mogę.
Cała akcja skupia się oczywiście w okół gorącego seksu, zimnego szampana, brudnych pieniędzy oraz wielkich miłości i rozczarowań. I oczywiście naszyjnika. Tajemniczego naszyjnika, od którego wszystko się zaczęło…
Świat przedstawiony to świat ludzi bardzo bogatych, świat ubrań od słynnych projektantów, Ritzów, kawioru, szampana, futer i prywatnych odrzutowców. Co najgorsze jednak, jest to świat naprawdę głupich kobiet (które, mam wrażenie, tylko piją szampana, słuchają śpiewu ptaków, knują jak stać się jeszcze bogatsze lub głupsze), papierowych, szablonowych postaci, przewidywalnej akcji i jałowych dialogów. Nie ma chyba absolutnie nic, co by mi się w tej książce podobało, nic co by do mnie trafiło i poruszyło. Nic.
– Preshy – mruknął przez sen. – Chyba nie potrafię bez ciebie żyć. Wyjdziesz za mnie?
Zakochana w ich romansie, hotelu i tej chwili, nie wahała się ani chwili.
– Tak. – Obsypała jego twarz pocałunkami. 
– Kiedy? – zapytał.
– Teraz – odparła ze śmiechem. 
W notce biograficznej autorki, wydawca umieścił zapis dotyczący jej książek: (…)Ich akcja rozrywa się w najpiękniejszych zakątkach świata. Fakt – mamy Szanghaj, Paryż i moją ukochaną Wenecję ze swoją wyjątkową architekturą i niepowtarzalnym klimatem. Ale cóż z tego, skoro bardziej klimatyczne opisy tych miast znajdziemy na Wikipedii? Adler naprawdę „przeleciała” te piękne miasta po łebkach. Mistrzowsko zmarnowany potencjał… 
Mój mąż znów pytał mnie: „a czego ty znowu tak stękasz? Po co w ogóle sobie to robisz?. Nie mam pojęcia. Ja naprawdę nie wiem, czemu sobie to robię. Czemu nie potrafię po prostu przestać czytać, skoro wiem, że nic między nami nie będzie. Zawsze czytam do końca. Chyba tylko po to, żebym sobie potem mogła ponarzekać i miała co wpisać w podsumowanie roku w kategorii Najgorsza przeczytana książka. Zmarnowane całe popołudnie, a ja nie lubię marnować wolnego czasu, którego i tak mam bardzo mało.
Jeżeli jednak lubicie takie książki, a wiem, że jest masa kobiet, które lubią, to sięgnijcie po nią. Dla fanów tego typu historii na pewno będzie to świetna zabawa. Dla mnie niestety Spotkanie w Wenecji okazało się totalną porażką.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Kategoria: książka z miastem w tytule. Do czego Zuza mnie jeszcze zmusi? Poddać się nie poddam, podjęłam wyzwanie, dam radę! W końcu sama sobie wybieram tytuły. Nie mam do nich jakoś szczęścia. Podobnie jak do ciuchów w lumpeksach.

Pamiętajcie, że do wyzwania może dołączyć każdy, w każdej chwili. Świetna zabawa gwarantowana! (wiem, że brzmi to raczej sarkastycznie po powyższej recenzji, ale to naprawdę prawda!)
[Matka Polka Recenzentka]: Gabriele Clima – seria „Przesuń Paluszkiem” – recenzja

[Matka Polka Recenzentka]: Gabriele Clima – seria „Przesuń Paluszkiem” – recenzja

Pokurcz ostatnimi czasy zaczytuje książeczki z serii Przesuń Paluszkiem. Z niesłabnącym uśmiechem na małej buzi przesuwa tym paluszkiem i nadziwić się nie może. Po kilku tygodniach zabawy, podsumowuję więc zalety tych książeczek. Wad bowiem nie odnotowałam.
Seria Przesuń Paluszkiem od Wydawnictwa WILGA to kartonowe książeczki, które mają za zadanie rozwijać motorykę małą (czyli motorykę palców i dłoni) u małych dzieci. W jaki sposób? A no, w wyjątkowo prosty. Każda strona zaopatrzona została w ruchome elementy, które można przesuwać (no kto by pomyślał!) właśnie paluszkiem. A Pokurcz sobie tym paluchem gmera tam czasem bardzo, bardzo długo, ku mojej niezmąconej radości. Gabriele Clima stworzyła książeczki, które nie tylko pomagają maluchom rozwijać motorykę, ale także rozbudzają ciekawość świata i dają możliwości polepszenia wyobraźni (również rodziców). W książeczkach nie ma bowiem zbyt wiele tekstu. Dzięki temu sami możemy opowiadać dziecku, co dzieje się na ruchomych obrazkach. A co się dzieje?

Kiedy słońce wstaje

W tej książeczce dziecko może sprawić że zza horyzontu wyjrzy słoneczko, w gniazdku pojawi się pisklątko a na niebie błyskawice. Obrazki te przede wszystkim ukazują świat przyrody, zjawiska pogodowe oraz zwierzątka. Dzięki różnorodności szczegółów rodzic ma naprawdę dużo możliwości opowiadania historii.
Przy każdym obrazku znajduje się króciutki tekst. Dosłownie jedno zdanie. Zdania te czytane ciągiem tworzą krótką rymowankę. Zauważyłam jednak, że moje dziecko jest bardziej zainteresowane książeczką, kiedy sama mu o wszystkim opowiadam. Ale każdy maluszek jest inny, więc sami oceńcie, jaki sposób zabawy jest najlepszy dla Waszego brzdąca.

Na nocnym niebie

Konstrukcja książeczki jest identyczna, jak w pierwszym przypadku. Obrazek z ruchomymi elementami i krótkie zdanie składające się na rymowankę. W tej pozycji jednak maluszek ma możliwość poznawać świat nocą. Autorka pozwala na zapalanie gwiazd na niebie czy świateł w oknach wieżowców. Można także zgasić światło i zamknąć oczy małemu chłopcu. Ale to tylko wybrane przykłady.
Z początku Pokurczowi było ciężko zrozumieć, że paluszek musi umieścić w odpowiednim miejscu i przesuwać nim po wyznaczonym torze, aby zmieniać oblicze książkowej rzeczywistości. Denerwował się więc i złościł niesamowicie. Próbował przesuwać całymi stronami lub bezpośrednio ruchomymi elementami. Zawsze jednak przychodziłam mu z pomocą, pokazując, jak poprawnie się bawić. Aktualnie przesuwanie paluszkiem nie jest dla niego żadną tajemnicą, a wpływanie na rzeczywistość zajmuje go na długie minuty (czasem nawet na godzinę). Jest zaleta, która obok rozwoju i świetnej zabawy, mi sprawia największą przyjemność <3
Podsumowanie:
Autor: Gabriele Clima
Tytuł: Kiedy słońce wstaje, Na nocnym niebie
Tłumaczenie: Natalia Mętrak
Dla dzieci: +1
Wydawnictwo: WILGA
Seria: Przesuń Paluszkiem
Moja ocena: 10/10
Ocena Pokurcza: „Czasem nie ma mnie nawet godzinę!”
Paulina Wróbel – „Tajemnica Sary H.” – recenzja przedpremierowa

Paulina Wróbel – „Tajemnica Sary H.” – recenzja przedpremierowa

Nie często mam okazję pisać recenzje przedpremierowe. Nie do końca nawet wiem, jak je odpowiednio skonstruować. Na moich barkach spoczywa ciężar opowiedzenia o książce tak, aby zbyt wiele nie zdradzić, przemycić w tekście jedynie esencję, która zachęci innych do sięgnięcia po dany tytuł. Cóż… przyszedł czas na recenzję Tajemnicy Sary H., która swoją premierę będzie miała już 6 marca. Do dzieła więc!
Przyznam szczerze, że do debiutantów zwykle podchodzę sceptycznie i raczej niechętnie. Mam świadomość tego, że jest to krzywdzące, bowiem każdy kiedyś zaczynał, prawda? I za każdym razem, kiedy sięgam po debiut tak dobry, jak ten Pauliny Wróbel, marzy mi się, żeby wszystkie pierwsze dzieła tak właśnie wyglądały.
Małgorzata Lindberg to gasnąca gwiazda wielkiego ekranu, która próbuje powrócić na szczyt popularności. Poza tym zwykle trudni się byciem nieznośną, arogancką, wyrachowaną i zimną suką. Małgorzata to typowa, podstarzała gwiazdeczka, która nie umie poradzić sobie z upływającym czasem oraz związanym z nim procesem starzenia. Swoje frustracje wyładowuje na wszystkich i wszystkim, manipulując, wrzeszcząc i zachowując się jak rozkapryszone dziecko. Czegokolwiek by o tej kobiecie nie powiedzieć, pewne jest jedno: Małgorzaty Lindberg nie sposób lubić.
Na skutek pewnego wypadku budzi się jednak w zupełnie innym ciele – ciele młodszym, piękniejszym i posiadającym nieograniczone możliwości. Posiadając swoje wieloletnie doświadczenie oraz piękne ciało, postanawia znów zagościć na wielkim ekranie. Nie będzie jednak tak łatwo, jak mogłoby się wydawać… Właścicielka ciała bowiem wcale nie umarła i nie ma najmniejszego zamiaru zamiaru tak łatwo go oddać.
Kto chociaż raz nie marzył o tym, aby cofnąć się w czasie, zachowując posiadane już doświadczenie i życiową mądrość? Małgorzacie Lindberg poniekąd się to udało, a jej historia pozwala na stworzenie niezwykle zabawnej komedii pełnej absurdalnych perypetii lub egzystencjalnych wynurzeń dotyczących wewnętrznej przemiany. Paulina Wróbel jednak miała wobec nas zupełnie inne plany. I choć historia Małgorzaty Lindberg jest porywająca i niesamowita, stanowi ona jedynie tło, do przedstawienia problemów o wiele poważniejszych. Jednym z nich jest aktualny ostatnimi czasy temat molestowania seksualnego w branży filmowej.
Ale to nie tak, że w historii tej zupełnie zabraknie humoru. Co to, to nie! Jest on serwowany w subtelny, nienachalny sposób. Jest zwyczajny, prawdziwy i przez to jeszcze bardziej zabawny. Autorka nie stara się wywołać śmiechu za pomocą infantylnych dialogów czy wytartych sztampowych tekstów. Ona najzwyczajniej w świecie tworzy sytuacyjny komizm, który jest naturalny, autentyczny i pojawia się dokładnie tam, gdzie jego miejsce.
Jednak to, co w tej książce jest najlepsze, to kreacja głównej bohaterki Małgorzaty Lindberg, której – jak już wspomniałam – nie da się lubić. Jest ona jednak wprawną manipulatorką. Tak wprawną, że manipuluje nie tylko osobami w swoim otoczeniu, ale także czytelnikiem. I tak jakoś z biegiem czasu zaczynamy jej kibicować, gdzieś tak w środeczku, nieśmiało trzymamy za nią kciuki. To właśnie Paulinie Wróbel wyszło w sposób mistrzowski!
Chcecie więcej? A proszę bardzo. Obok świetnego humoru i niebanalnej, wciągającej historii mamy jeszcze kilka duchów, równie nietuzinkowych medium, osobiste tragedie, wielkie miłości i mniejsze romanse oraz wyścig szczurów. Wszystko to osadzone w bezwzględnym świecie telewizji, prasy, internetu, show-biznesu i skandali.
Zakończenie jest dokładnie takie, jakie powinno znaleźć się w książce, która będzie miała swoją kontynuację. I to daje mi nadzieję na to, że to jeszcze nie koniec przygód obezwładniających postaci, nie koniec romansów i karier. Trzymam kciuki za kolejną część, której będę wypatrywać, jak dziecko pierwszej gwiazdki.
Tajemnica Sary H. to książka, która nie tyle wciąga, co pochłania. Od pierwszych stron. Po wizycie kuriera i rozpakowaniu paczki pomyślałam sobie, że „zerknę na kilka pierwszych stron”. Nim się zorientowałam przeczytałam pierwszą setkę na stojąco w kuchni. Najzwyczajniej wsiąkłam. A to jest chyba najlepsze, co książka może zrobić. Tajemnica Sary H. od dziś jest jednym z moich ulubionych debiutów.

Jo Nesbø – „Pierwszy śnieg” –  recenzja

Jo Nesbø – „Pierwszy śnieg” – recenzja

Skandynawska literatura kryminalna swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Ludziom znudziły się mroźne, ponure klimaty północy i krew barwiąca śnieg na karmazynowy kolor. Moja fascynacja tą literaturą także już osłabła (szczególnie po ogromnym rozczarowaniu Laurą J. K. Johanssona) i niezwykle rzadko sięgam po książki pochodzące z tamtych rejonów. Ominęła mnie więc wielka fascynacja Jo Nesbø i cyklem o detektywie Harrym Hole’u. W ramach pewnego wyzwania postanowiłam jednak sięgnąć po Pierwszy śnieg – siódmy tom tegoż cyklu.
Kiedy pierwszy śnieg pokrył ulice Oslo, na podwórku Brite Becker stanął bałwan. Nie był on jednak dziełem jej syna i męża. Tego samego dnia kobieta ginie. Komisarz Harry Hole tymczasem dostaje anonimowy list, którego autorem jest tajemniczy „Bałwan”. Zaczyna zauważać pewne związki między tajemniczymi zaginięciami zamężnych kobiet na przestrzeni kilku ostatnich lat – zawsze wtedy, gdy pojawia się pierwszy śnieg. Podejrzewa, że w Norwegii grasuje seryjny morderca, a sam Bałwan może okazać się największym zbrodniarzem, jakiego znał ten kraj. Kim jest Bałwan? Jakie tajemnice z przeszłości wyjdą na jaw? Kogo jeszcze dopadnie psychopata, zanim zostanie złapany? I czy aby na pewno ten, kto został złapany, jest Bałwanem? 
Lubię kryminały, których autor bez skrupułów pogrywa sobie z czytelnikiem. Nesbø prowadzi natomiast grę pozorów na najwyższym poziomie. Podrzuca tropy, pozwala myśleć nam, że wiemy, aby w krótkiej chwili, za sprawą jednego maleńkiego szczegółu udowodnić, jak łatwo jest się pomylić. Bardzo cenię sobie również fakt, że Harry Hole nie do końca jest szablonowym bohaterem. Fakt – nadużywa alkoholu, jest zarozumiały i ma różnorodne problemy. Nie odniosłam jednak wrażenia, żeby był jakoś nad wyraz uzdolniony, posiadał nadprzyrodzone moce, niczym bohaterowie uniwersum Marvela (to ostatnio bardzo powszechne). Harry Hole jest zwykłym człowiekiem – ma swoje demony i problemy. Pozostaje przy tym po prostu świetnym policjantem. Nie jest również jak Joanna Chyłka ze słynnej polskiej serii, która to po mocno zakrapianych wieczorach, rano puszcza pawia i z czystym, jak kryształ umysłem idzie do pracy. Hole umie mieć kaca, jak każdy normalny człowiek. Wielki plus dla Nesbø za stworzenie postaci z pozoru szablonowej, która gdzieniegdzie się tym szablonom wymyka. 
Jeśli się czegoś szuka, łatwo jest przeoczyć coś ważnego.
 
Nie lubię natomiast uczucia, które towarzyszy mi, gdy wymyślę swoje alternatywne rozwiązanie zagadki, a ono okazuje się tym właściwym. Niestety dzieje się tak coraz częściej, co zarazem sprawia, że coraz rzadziej sięgam po kryminały. W tym przypadku było tak samo. Mniej więcej w okolicach setnej strony już wiedziałam. Kilka plot twistów faktycznie sprawiło, że szczerzej otworzyłam oczy i mocno się zdziwiłam, jednak samego zakończenia szybko się domyśliłam.
Pierwszy śnieg to jednak naprawdę świetny kryminał – mroczny, pełen zagadek, trzymający w napięciu i nie jeden raz zaskakujący. Odniosłam również wrażenie, że jest „skondensowany” i jest to jego zaleta. Chodzi o to, że to, że Nesbø na 50 stronach mieści to, co większość rozciągnęłaby na 200. Dzięki temu 400 stron wystarczyło, aby stworzyć świetną, pełną szczegółów i zwrotów akcji historię z pełnokrwistymi bohaterami, którzy sprawiają, że wydaje się być ona żywa.
Choć na początku miałam wrażenie, że Pierwszy śnieg to kolejna przeciętnie napisana książka, w której wszelkie zabiegi językowe ograniczają się do zwykłego „był, zrobił, poszedł, wrócił, napił się”, po kilku rozdziałach przekonałam się, że Nesbø umie nie tylko w detektywistyczne historie, ale także w ładne pisanie. W subtelny sposób nawiązuje do popkultury, polityki i aktualnych sobie wydarzeń. Buduje z pozoru proste, suche zdania, które tak naprawdę pełne są emocji. Przemyca istotne szczegóły w taki sposób, żeby nie zwrócić na nie uwagi od razu. A ja lubię, takie historie, w których od samego początku trzeba wytężyć uwagę, bo wszystko może okazać się istotne. Tym bardziej, że kompozycja bywa nieco zaburzona chronologicznie. Ponadto Jo Nesbø dotyka tematu małżeńskich zdrad, nieślubnych dzieci, które wychowują niczego nieświadomi ojcowie.
Może głupotą jest zaczynać cykl od siódmego tomu. Nie wpłynęło to jednak szczególnie na moją ocenę książki. Z całą pewnością wrócę do początku serii i ponownie dam się porwać mrocznym i mroźnym klimatom Skandynawii oraz nietuzinkowemu komisarzowi.


Książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny, kategoria: zimowy tytuł. Czy coś lepiej nadaje się na zimowy tytuł niż skandynawski kryminał?