Posumowanie pierwszego półrocza 2019

Posumowanie pierwszego półrocza 2019

Lista czytelnicza

Pierwsze półrocze 2019 roku minęło bardzo szybko. Przez te 6 miesięcy działo się dużo i działo się szybko. Sama jestem pod ogromnym wrażeniem, że pomimo ząbkowania i chorowania Pokurcza w najmniej odpowiednich momentach, wielkiej przeprowadzki i powrotu do pracy, udało mi się znaleźć czas dla siebie – czas na czytanie i prowadzenie bloga. Pora więc na literackie podsumowanie. 

Muszę przyznać, że jestem całkiem zadowolona ze swoich literackich osiągnięć w tym półroczu. Udało mi się przeczytać więcej książek niż przez cały ubiegły rok! W sumie były to 22 książki, z czego 18 zrecenzowałam: 

  1. Richard Morgan – Modyfikowany węgiel, seria: Takeshi Kovacs, tom I (7/10)
  2. Maurice Herzog – Annapurna (6/10)
  3. Marta Obuch – Miłość, szkielet i spaghetti (7/10)
  4. Alice Sebold – Nostalgia Anioła (5/10)
  5. Monika Kassner – Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było (7/10)
  6. Katja Pantzar – Odnaleźć sisu (5/10)
  7. Mary Shellery – Frankenstein (6/10)
  8. Jo Nesbo – Pierwszy śnieg (7/10)
  9. Paulina Wróbel – Tajemnica Sary H. (9/10)
  10. Elizabeth Alder – Spotkanie w Wenecji (3/10)
  11. Marta Matyszczak – Tajemnicza śmierć Marianny Biel, seria: Kryminał pod psem, tom I
  12. Marta Matyszczak – Zbrodnia nad urwiskiem, seria: Kryminał pod psem, tom II
  13. Marta Matyszczak – Strzały nad jeziorem, seria: Kryminał pod psem, tom III
  14. Marta Matyszczak – Zło czai się na szczycie, seria: Kryminał pod psem, tom IV
  15. Marta Matyszczak – Morderstwo w Hotelu Kattowitz, seria: Kryminał pod psem, tom V (7/10)
  16. Adam Węgłowski – Noc sztyletników (6/10)
  17. Sayaka Murata – Dziewczyna z konbini (9/10)
  18. Deron R. Hicks – Przekręt na Van Gogha (7/10)
  19. Mikołaj Marcela – Best Seler i zagadka znikających warzyw (9/10)
  20. Christine Feret-Fleury – Dziewczyna, która czytała w metrze (9/10)
  21. Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar – Mysia Wieża, seria: Dzieci dwóch światów, tom I (10/10)
  22. Marta Kisiel – Oczy uroczne, seria: Dożywocie, tom III  (10/10)

Ponadto zaczęłam czytać dwa wielkie tomiszcza: Pod kopułą Stephena Kinga oraz Inkuba Artura Urbanowicza. Czytam głównie w podróży, każdego dnia w drodze do i z pracy, więc częściej sięgam po książki, które mam na czytniku lub te, które ważą mniej. Te dwa opasłe tomiszcza leżą więc przy łóżku i sięgam po nie, kiedy tylko mam siłę. Mam nadzieję, że uda mi się je skończyć do przyszłego roku! 

Najgorsze książki pierwszego półrocza 2019

Zacznę od tego, czego nie lubię, czyli najgorszych książek, które przeczytałam w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Większość książek, po które sięgnęłam, były dobre książki. Albo przynajmniej przeciętne. Te, które uznałam za złe, do nowości nie należą. Są to Nostalgia Anioła (Alice Sebold) oraz Spotkanie w Wenecji (Elizabeth Adler). Umęczyłam się przy tych lekturach niesamowicie i sama nie wiem, czemu w ogóle po nie sięgnęłam. Obie przynależą raczej do gatunków, które zupełnie nie wpisują się w moje literackie gusta. W moje żadne gusta, jeżeli chodzi o ścisłość. 

Najlepsze książki pierwszego półrocza 2019 

Spośród 22 tytułów tylko 2 otrzymały najwyższe noty. W mojej osobistej skali na 10 zasłużyły sobie Marta Kisiel i jej Oczy uroczne oraz Agnieszka Fulińska i Aleksandra Klęczar książką Mysia Wieża. Obie książki pochodzą z tego roku. Są zupełnie różne od siebie, zachwyciły mnie w całkowicie inny sposób i z różnych względów. Bezsprzecznie jednak mnie zachwyciły. Na tyle, że były to jedyne 10, jakie przyznałam. Co więcej, były to dwie ostatnie książki, po które w tym półroczu sięgnęłam. 

W tym miejscu nie mogę jednak nie wspomnieć o jednej pozycji, która co prawda otrzymała notę 9, ale realnie na mnie wpłynęła po dziś dzień nie daje o sobie zapomnieć. Mowa o Dziewczynie z konbini Sayaki Muraty – książce ubogiej w treść, ale bogatej w prawdę, wartościowej i stanowiącej swoistą diagnozę japońskiego społeczeństwa. 

Mam nadzieję, że drugie półrocze 2019 będzie równie zachwycające.

Wydarzenia kulturalne 

I tutaj, Proszę Państwa, bieda. Nie miałam czasu wybrać się nawet do kina. O teatrze czy jakichkolwiek targach książki nawet nie wspominam. Jedynym kulturalnym wydarzeniem, które zaszczyciłam swoją obecnością, był Dzień Dziecka organizowany w naszej miejscowości. Jakieś dzieciaki występowały tam na scenie, więc chyba się liczy, prawda? 🙂 

Zrealizowane cele i dalsze plany

Na początek wspomnę o tym, czego w ogóle nie zakładałam, a jednak się stało. Uważam to za największy sukces Białych Mebelków. W końcu udało mi się wyrwać ze szponów BlogSpota i przenieść ten mój radosny grajdołek na własną domenę. Zawsze o tym marzyłam, więc cieszę się jak dziecko, za każdym razem, gdy wpisuję w wyszukiwarkę “bialemebelki.pl”. Ciekawe, kiedy przestanie mnie to tak cieszyć. I czy w ogóle przestanie? 

Po raz pierwszy chyba jestem zadowolona z realizacji zamierzonych celów. Czytam więcej, czytam także złe książki, piszę o nich i przestałam obsesyjnie wystawiać niemal wszystkim 10/10. 

Wyzwanie Trójka e-pik udało mi się ukończyć 3 razy, więc połowiczny sukces jest. Ponadto kontynuuję cykl Matka Polka Recenzentka, a już w lipcu rozpocznę nowy, który nazwałam Znalezione na Strychu. Można więc powiedzieć, że w pierwszym półroczu spełniłam wszystkie założenia, jakie zaplanowałam na cały rok! Nie zamierzam jednak z tego powodu odpuścić. Będzie się więc działo tu coraz więcej i mam nadzieję, że równie ciekawie. 
Zostańcie ze mną! 🙂

ŚBKowe sposoby na upały

ŚBKowe sposoby na upały

Temat czerwcowego posta tematycznego niezwykle aktualny i upalny. Mówić mamy bowiem o naszych sposobach na upały. Czy istnieją w ogóle jakieś sposoby na upały?

Ja w ogóle problemu z upałami nie mam. Ja upały wręcz uwielbiam. Ja w temperaturze powyżej 30°C czuję się jak ryba w wodzie. Choć nie zaprzeczam, że bywa to męczące. Wiek już nie ten… Czasem mój organizm staje więc na granicy fizycznej wytrzymałości i błaga o chwilę wytchnienia. A ja wiem, jak ją sobie zapewnić.

Sposoby na upały

Moim najlepszym sposobem na przetrwanie upału jest… praca. A konkretnie – chłodne biuro. Nie, nie mamy klimatyzacji. Mamy za to rewelacyjną lokalizację, dzięki której pomieszczenie nigdy się nie nagrzewa. Nie ważne, jak gorąco jest na zewnątrz, w środku panuje przyjemna, niska temperatura (tak niska, że pod biurkiem wciąż trzymam grube skarpety, bo w sandałach marzną mi stopy!).

Z pracy jednak czasem trzeba wyjść. I w tym momencie zaczyna się koszmar. Prawdziwy koszmar, czyli pozbawiona klimatyzacji komunikacja miejska w godzinach szczytu. W tym właśnie momencie naprawdę potrzebny jest sposób. I to nie tylko na upały, bo w takiej sytuacji to często nie upał stanowi największy problem. Najrozsądniej jest więc się wyłączyć, zniknąć, a nie znam na to lepszego sposobu niż dobra książka. Nie musi to być mroźna historia. Musi natomiast być tak wciągająca, żebym zapomniała o otaczającym mnie świecie, żebym przegapiła swój przystanek (oj, zdarzyło się). Z dobrą książką upał mi nie straszny. I to nie tylko w autobusie.

Nie da się jednak przetrwać upału bez odpowiedniego nawadniania organizmu. Nie jestem fanką wody. W sumie nawet jej nie lubię. Dlatego zawsze mam przy sobie butelkę wody z cytryną i miętą bądź innymi owocami. Taki napój niesamowicie nawadnia i orzeźwia. Ponadto staram się wybierać zacienione miejsca, gdy jestem na zewnątrz.

Mam też swój sposób na przetrwanie fali upałów w domu. Wstaję koło 5 rano, otwieram na oścież wszystkie okna i wietrzę (w sypialni okno mam otwarte całą noc). Zanim wyjdę do pracy, zanim powietrze zrobi się gęste i gorące, zamykam wszystko na cztery spusty, a okna zasłaniam roletami. Dzięki temu do domu nie dostaje się żar, a i nagrzewające się szyby mają dużo mniejszy wpływ na temperaturę w pomieszczeniach.

Od niedawna jestem także szczęśliwą posiadaczką ogromnego basenu, który ulokowaliśmy w ogrodzie. I to, proszę Państwa, jest najlepsza broń w walce z upałem. A do tego świetna zabawa!

ŚBK: „W czasie deszczu dzieci się nudzą, czyli co małe ŚBKi porabiały w dzieciństwie w czasie niepogody”

ŚBK: „W czasie deszczu dzieci się nudzą, czyli co małe ŚBKi porabiały w dzieciństwie w czasie niepogody”

Przez dwa ostatnie miesiące wciąż brakowało mi czasu na wszystko. Ale wszystko jest już pod moją roztrzepaną kontrolą. Pora więc na comiesięczny wpis ŚBKowy! Tym razem na tapecie nasze dzieciństwo w ponure deszczowe dni. Co robiłam, gdy pogoda nie pozwalała na radosne zabawy na świeżym powietrzu?

Nikogo chyba nie zdziwi, że brzydką pogodę zwykle wykorzystywałam do czytania. Pewnej jesieni, gdy miałam 6 lat przeczytałam Przypadki Robinsona Crusoe Daniela Defoe, a następnie Starą Baśń J.I. Kraszewskiego. Nie, żebym jakoś szczególnie zrozumiała idee tych dzieł. Po prostu założyłam się z babcią.

Tak. Większość deszczowych dni wykorzystywałam na czytanie. Ale nie zawsze. Namiętnie bawiłam się również w szkołę. Wyobrażałam sobie, że jestem nauczycielką. Zwykle w moich imaginacjach byłam… matematyczką. Nie wiem, co ja wtedy miałam w głowie. Nie wiem też, co mną kierowało, kiedy wymyśliłam sobie prowadzenie tajnego biura detektywistycznego, którego głównym zadaniem było obserwowanie sąsiadów z okna. I, oczywiście, prowadzenie skrupulatnej kartoteki w starym albumie fotograficznym.

Ale robiłam też trochę zupełnie normalnych rzeczy. Gotowałam dla swoich lalek, urządzałam im koncerty (których oczywiście byłam gwiazdą), a czasem po prostu łaziłam i marudziłam, że „tak strasznie mi się nudzi”, doprowadzając tym samym domowników do szewskiej pasji. Cóż. Teraz pokutuję ze swoim Pokurczem, który jest jeszcze nieco zbyt pokurczony, żeby zająć się sobą. Całymi dniami stoi więc pod drzwiami z małymi butami w jeszcze mniejszych dłoniach i woła „brymbrym”. Nie mogę się doczekać, aż założy własną agencję detektywistyczną. Albo aż w końcu wiosna zacznie się na dobre!

ŚBKowe smaki

ŚBKowe smaki

Ależ mamy w tym miesiącu zupełnie nieksiążkowy, ale za to niezwykle wdzięczny i smaczny temat! Będziemy mówić o jedzeniu, a konkretnie o naszych ulubionych smakach! Nie będę ukrywać, że jest to jeden z moich ulubionych tematów.
Należę to tej szczęśliwej grupy osób, które mają w żołądku czarną dziurę. Mogę wrzucać w siebie tony jedzenia, słodyczy i wszystkiego. O każdej porze dnia i nocy. I nadal bez problemu mieszczę się w jeansy z podstawówki, a moja waga przekroczyła 40 kg tylko wtedy, kiedy byłam w ciąży (uprzedzam pytania – nie, nie jestem chora, po prostu tak mam. Możecie zazdrościć :)).

Herbata

To jest mój napój życia. Herbatę pochłaniam w ilościach hurtowych. Każdą. Czarną, białą, zieloną, owocową. Biorę wszystkie. W każdej ilości. Od herbaty rozpoczynam swój dzień, z herbatą go kończę. Z herbatą czytam książki, z herbatą o książkach piszę. Piję ją, oczywiście, nawet teraz, pisząc ten post. Kawa może dla mnie nie istnieć. I choć oddałabym duszę za zieloną herbatę z jaśminem lub mandarynką, to najczęściej sięgam po zwykłą czarną z cytryną. U nas w domu panuje taka niepisana zasada, że może zabraknąć chleba czy masła, ale herbaty i cytryny nigdy! I ziemniaków, ale to już działka mojego Ślubnego.

Pizza

Pizzę uwielbiam każdym atomem swojego ciała. Pizzę mogę jeść codziennie (czego mój Ślubny zrozumieć nie może, bo on to tylko ziemniaki). Ale… to musi być dobra pizza. Nie będę zachwycać się pizzą, tylko dlatego, że jest okrągła i ktoś powrzucał na nią jakichś składników. O nie! PIZZA MUSI BYĆ DOBRA. A, niestety, coraz rzadziej można na taką trafić. Mam swoje ulubione restauracje (jedna z nich jest nawet u mnie na wsi!), gdzie nigdy się nie zawiodłam i pizzę jadam tylko tam (lub stamtąd, gdy zamawiam do domu). Obok idealnego ciasta, najważniejsze są składniki. Jestem minimalistką także pod tym względem, więc zwykle jadam po prostu capriciose (ser, szynka, pieczarki), od czasu do czasu pozwalając sobie na szaleństwo w postaci dodatkowej cebuli czy papryki.

Makaron

Kocham miłością nieskończoną. Kocham makaron bardziej niż jakiekolwiek inne jedzenie występujące na tej planecie (tego mój Ślubny też nie rozumie, bo on to tylko ziemniaki). Kiedyś byłam we Włoszech na wycieczce. Nie przywiozłam sobie żadnych pamiątek, bo wszystkie pieniądze wydałam na jedzenie! Prawdziwa historia. Ale nikt nie umie zrobić tak dobrze spaghetti bolognese jak… ja. Poza najpopularniejszym rodzajem makaronu, zajadam się też bez opamiętania tagiatelle ze szpinakiem i suszonymi pomidorami oraz zwykłymi świderkami z najzwyklejszym gulaszem. Gdy jem rosół, to jem raczej makaron z rosołem. Gdy jem pomidorową, to jem raczej makaron z dodatkiem pomidorowej, itd. Ba! Jestem szczęśliwa nawet wtedy, gdy jem po prostu suchy makaron bez niczego (a już taki lekko podsmażony na samym masełku!).
Nierzadko doskwiera mi deficyt makaronowy, bowiem mój Ślubny to tylko ziemniaki, więc chcąc zjeść spaghetti muszę gotować dwa obiady. A zrobienie mojego idealnego sosu jest dość czasochłonne. Gdy bardzo brak mi makaronu w życiu, zwyczajnie zadowalam się chińską zupką. Lepszy wróbel w garści…

Steaki

Jeszcze niespełna trzy lata temu, nie wiedziałam, czym jest steak. Na myśl o krwistym mięsie nie czułam raczej ekscytacji. A potem mój mąż zabrał mnie na pierwszą randkę do restauracji. Makaronu nie zamówię, bo wciąganie klusek bywa mało seksowne, pizza raczej też odpada w przypadku romantycznej kolacji. Zostałam więc przy greckiej sałatce, a on zamówił krwisty steak. Ta krew na tym talerzy też raczej nie była seksowna. Widząc mój wzrok, zapytał, czy w ogóle kiedyś próbowałam. Nie próbowałam. Aż do wtedy. Uwierzcie mi, że miałam ochotę wrzucić tę sałatkę do kosza i iść zamówić steaka. Od tej pory zawsze, gdy jesteśmy w restauracji, jem krwistą wołowinę. Choć oboje jesteśmy zgodni co do tego, że ja opanowałam przyrządzanie tego dania do perfekcji.

Sery

Ser uwielbiam w każdej postaci. Szczególnie umiłowałam sobie chrupki serowe potocznie zwane u nas w domu chrupkami-śmierdziuszkami. Sery kocham jednak w każdej postaci. Normalne, pleśniowe, topione, półtopione, białe, na ciepło, na zimno… Nachosy serowe z serowym dipem to jedna z tych przekąsek, których nie odmawiam nigdy. Nie zważam nawet na czającą się na mnie zgagę. Za sery mogę życie oddać tak szczerze, jak mój Ślubny za ziemniaki.

Kisiel/owoce leśne

Zacznę od kisielu, który jest moim najlepszym przyjacielem i towarzyszem długich zimowych wieczorów. Nie jem zbyt wielu słodyczy, żyć mogę bez czekolady i innych łakoci. Kisiel zastępuje mi wszystkie słodkości. Szczególnie ten o smaku owoców leśnych.
A skoro już jesteśmy przy leśnych owocach, to jest to w ogóle jeden z moich ulubionych smaków: soki, syropy, herbaty, dżemy. Gdy mam wybór, zawsze wybieram owoce leśne!
Udało się jakoś dobrnąć do końca tego postu. Moje ślinianki są na wykończeniu, cud wielki, że się nie odwodniłam, bo zaśliniłam całą klawiaturę. W międzyczasie zamówiłam też pizzę. Idę więc teraz ślinić szybę w oczekiwaniu na dostawcę.
Pozdrawiam Was kochani! Idźcie zjeść coś dobrego!
ŚBK: „Książka papierowa, e-book, audiobook, czyli o tym, co i jak czytamy”

ŚBK: „Książka papierowa, e-book, audiobook, czyli o tym, co i jak czytamy”

Kolejny miesiąc, a więc kolejny (już drugi mój!) post tematyczny Śląskich Blogerów Książkowych. A temat dzisiejszego posta bardzo wdzięczny i przyjemny. Książka papierowa, e-book i audiobook, czyli tematy, które wciąż dzielą moli książkowych, powodując liczne, zupełnie niepotrzebne, kłótnie. Bo co to za różnica, jak czytamy i czy słuchanie audiobooka to czytanie, czy nie czytanie? Jest to całkowicie bez znaczenia. Ważne, że czytamy, że poszerzamy horyzonty, że o książce możemy porozmawiać niezależnie od tego, czy ją przeczytaliśmy, czy wysłuchaliśmy.
Ja się przyznam szczerze, że audiobooków nie lubię i nie słucham. Nie z powodów ideologicznych, w żadnym wypadku! Najzwyczajniej w świecie nie umiem się skupić, jak ktoś mi coś czyta. Ja jestem wzrokowcem. Ja muszę mieć literki przed oczyma. Inaczej po pięciu minutach wzmożonego wysiłku nad skupianiem uwagi… kompletnie nic nie wiem, nie pamiętam. Ach, jakże ja bym chciała umieć słuchać audiobooków. Jakiś cudowny głos czytałby mi książkę, podczas gdy ja oddawałabym się w pełni przyjemności płynącej z obierania ziemniaków, wieszania prania, mycia podłogi czy budowania pociągu z klocków po raz enty tego dnia… Ale nie umiem. Takie moje małe upośledzenie (nie jedyne!).
Jestem za to ogromną fanką czytników i e-booków. Mój mąż często powtarza mi, że każdy szanujący się miłośnik książek uzna takie czytanie za profanację. Ale co on tam wie, jak z nosem w konsoli siedzi? Nic. A ja wiem! Wiem na przykład, że czytając e-booka, mogę sobie śmiało chrupać serowe chrupki. Mogę też jeść kanapki, pizzę, cukierki czy rosół. Jeść przy czytaniu uwielbiam, ale ktoś mi kiedyś do głowy wbił (bardzo skutecznie!), że nad książkami się nie je. Więc nie jadłam. Dopóki nie zostałam szczęśliwą posiadaczką Kindle’a. Hulaj dusza, piekła nie ma!
Albo wyobraźcie sobie taką sytuację (choć żadna mama wyobrażać sobie tego nie musi): lato, piękna pogoda, słoneczko przygrzewa przyjemnie, więc… (oczywiście!) plac zabaw! Brzdąc podekscytowany niczym na Gwiazdkę, a ja rozpoczynam pakowanie. Soczek, buteleczka, chrupki jakieś, pampersik na wszelki wypadek, pieluszka, chusteczki nawilżane, łopatki i inne niezbędne w piaskownicy sprzęty. Wiecie, jak jest. Torba pęka w szwach, a chciałoby się jeszcze wcisnąć książkę. Może się uda, może się nie uda, ale załóżmy, że się udało. Idziecie na ten plac zabaw i uciech, brzdąc zajmuje się już konsumpcją piasku i zwykłymi dziecięcymi czynnościami w towarzystwie innych brzdąców radosnych. Chwila dla siebie. Wygrzebujecie tę książkę, otwieracie i… po minucie łzawią Wam oczy, bo słońce odbija się od białych stronic, przyjemny wiaterek szarpie kartki, doprowadzając Was na skraj nerwicy z oczopląsem. Wiem, jak jest, byłam tam. Ale czytnik spokojnie ładuję sobie do swojej małej torebeczki, do której mieści się jeszcze tylko portfel oraz klucze i żaden wiatr mi nie straszny, i żadne słońce też!
I jeszcze rzecz podstawowa. Wybierając się na wakacje, nie muszę się ograniczać w wyborze tytułów. Biorę wszystko, co chcę, nie zajmując potrzebnego w walizce miejsca i nie narażając się na dźwiganie ciężarów lub ewentualne wysłuchiwanie od dźwigającego męża: na cholerę żeś tyle tych książek nabrała?! I tak pewnie nie będziesz miała czasu żeby czytać! Tak, pewnie nie będę miała… Ale to już inna historia.
Mieszkam na wsi, choć podobno to miasto jest. Słabo trochę widzę tę terminologię, biorąc pod uwagę, że ów „miasto” nie zostało wyposażone w księgarnię. Chcąc więc kupić sobie książkę, sprawdzam rozkłady jazdy autobusów do Częstochowy, organizuję niańkę dla Pokurcza, a tydzień później, zwarta i gotowa, jadę do metropolii, aby dokonać zakupu. Albo nie. Bo mogę też przecież kupić e-booka przez Internet i w kilka minut mieć go na czytniku. Ot, nowa książka bez stawiania połowy rodziny w stan pełnej gotowości. Fajnie, prawda?
Czytanie e-booków ma jednak też swoje wady, a najgorszą z nich jest bateria w czytniku (czy innym urządzeniu, na którym czytacie). Fakt, czytniki mają to do siebie, że nie rozładowują się nawet po całodziennym użytkowaniu. Czasem od jednego ładowania do drugiego mija miesiąc. A moja głowa ma to do siebie, że zapomina. O ładowaniu też zapomina. Niejednokrotnie więc zdarzyła mi się sytuacja, w której rozsiadłam się wygodnie w pociągu, otwarłam Kidnle’a i jedyne, co mogłam zobaczyć, to przekreślona bateria, błagająca o posiłek z kabla. Papierowa książka by mi tego nie zrobiła. Nigdy!
Choć technologiczne udogodnienia w kwestii czytania przyjmuję raczej entuzjastycznie, to jednak papierowa książka w wydaniu klasycznym ma pierwsze miejsce w moim sercu. Nie ma nic lepszego niż wielogodzinne buszowanie w księgarniach i antykwariatach, wąchanie papieru i tuszu, podziwianie okładek i szukanie „tej jednej, jedynej”, którą zabiorę ze sobą do domu, a ona w zamian zabierze mnie na niezwykłą przygodę. Nie ma nic piękniejszego niż poustawiane na regałach i półkach woluminy, które są duszą i sercem mieszkania. Za książką klasyczną można się schować, unikając wzroku natrętnego obserwatora w  miejskim autobusie. Papierową książką można też przyłożyć ewentualnemu osobnikowi o niecnych zamiarach. Papierową książkę można wąchać, kartkować, wąchać, podziwiać, wąchać i tulić. I wdychać zapach drukarni, oczywiście.
Podsumowując, nie ma nic lepszego niż dobra książka. Format nie ma znaczenia. Zgadzacie się ze mną? Co sami preferujecie? Jakie czytanie najczęściej wybieracie?

Photo by Aliis Sinisalu on Unsplash

Plagiat, którego nie było. Czy naprawdę jestem „złodziejem nieumiejącym samodzielnie myśleć”?

Plagiat, którego nie było. Czy naprawdę jestem „złodziejem nieumiejącym samodzielnie myśleć”?

Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka została rzekomo ukradziona. Dlaczego piszę o tym dopiero dzisiaj? Ponieważ przez ostatnie kilka dni zajmowałam się zbieraniem różnorodnych opinii na temat tych dwóch tekstów. I już na wstępie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ŻADNEGO PLAGIATU NIE BYŁO!
Autorka, którą rzekomo okradłam, nie zachowała się tak, jak w takich sytuacjach zwyczajne jest się zachować. Zamiast w pierwszej kolejności porozmawiać o tym ze mną prywatnie, od razu informację o plagiacie rozsiała po sieci, na różnych portalach społecznościowych. Na swoim blogu opublikowała też specjalny post o plagiatowaniu, w którym to zostałam publicznie nazwana „złodziejem”. O całej sytuacji dowiedziałam się od osób postronnych. Z komentarzy i publicznych rozmów Pani Karoliny dowiedziałam się także, że „nie umiem samodzielnie myśleć” i pewnie nie jeden mój tekst powstał w taki sposób. I to nie wszystko. Po zapoznaniu się z tą całą awanturą postanowiłam sprawę rozwiązać, jak należy. Skontaktowałam się z Panią Karoliną prywatnie, prosząc o wskazanie mi przekopiowanych fragmentów. Niestety w odpowiedzi dostałam wiadomość, żebym się nie ośmieszała i usunęła recenzję z bloga. Tego robić nie zamierzałam. W ogóle nie zamierzałam z tym nic więcej robić, ale…
Zacznę może od kilku słów wyjaśnienia. Bloga Pani Karoliny nie znałam, do czasu tej całej sytuacji. Jej recenzji tej książki również. Jest to nie do udowodnienia, ale tak było. Wszelkie podobieństwa do jej tekstu są całkowicie przypadkowe. Powoływanie się na te same dzieła innych autorów wynika z podobnego doświadczenia czytelniczego. To z kolei wynika z faktu, że obie studiowałyśmy filologię polską, a większość z nich, to nic innego, jak lektury. Ot, cała tajemnica. Nic odkrywczego. Żadnego zdania nie ma przekopiowanego na zasadzie „kopiuj-wklej”. A tym bardziej całych akapitów, choć o to też mnie oskarżano. Powtarzające się w obu tekstach stwierdzenie „nie powstydziłby się…”, nie oszukujmy się, jest wyświechtanym frazesem, którego używa się w celu porównania czegoś do czegoś. Wielokrotnie używałam go w swoich recenzjach, użyłam i w tej. Nie miałam pojęcia, że Pani Karolina zrobiła to pierwsza.
Wszystko rozchodzi się jednak o rzecz najważniejszą, czyli o fakt, że zostałam  publicznie obrażona i znieważona. I na ten aspekt całej tej sytuacji ludzie zwrócili uwagę przede wszystkim.
Wojciech Klęczar (autor zbioru opowiadań Wielopole oraz powieści Flu Game) zapytał mnie: „Po co w ogóle byś miała robić plagiat? Przecież to bez sensu. A Pani Karolina powinna najpierw napisać do Ciebie. Takie są obyczaje.” To pierwsza kwestia, o tym już wspominałam. Po głębszych analizach obu tekstów Wojciech stwierdził m.in.: „Jaki znowu plagiat? Bo napisałaś tak samo, że są opowiadania realistyczne i nierealistyczne i że Poe? To są oczywistości. Sam tak znajomym mówiłem o tej książce”.
Obie recenzje poddała analizie także Ania – redaktorka i korektorka w firmie, w której pracuję. „Oczywiście nie ma żadnego zdania słowo w słowo, każda z Was ma inny styl pisania. Osobom postronnym ciężko będzie jednak uwierzyć, że macie takie same doświadczenia czytelnicze, czytałyście te same książki”. Kwestię doświadczenia czytelniczego wyjaśniłam wyżej. „Odwoływanie się do tych samych autorów to nie plagiat. Oznacza jedynie tyle, że czytasz dużo, znasz klasyków. A to raczej zaleta niż wada” – dodała Ania.
O analizę tekstów została także poproszona Agnieszka Jeżyk – doktorantka literatury na Uniwersytecie w Chicago. „Jeżeli nie wchodzimy w strefę kopiowania pomysłów na interpretację, to nie jest to plagiat. Poza tym plagiat jest wtedy, gdy są te same słowa, ale nie zacytowane. To są dwie inne recenzje. Co za bzdura!” – powiedziała Agnieszka. „Jedna i druga ma przezroczysty styl i żadna z tych recenzji nie jest odkrywcza. To są takie poprawnie napisane komunały. Konteksty może wymieniają podobne, ale Sylwia więcej. Te teksty nawet zbudowane są inaczej. To, że dwie osoby piszą o tym, że konstrukcja jest taka, to dobrze dla autora, bo dobrze to skonstruował i jest to jasne.”
I jeszcze jedna kwestia. Korektą mojej recenzji zajął się Adrian Kyć (takimi rzeczami zajmuje się zawodowo w kilku wydawnictwach), który recenzję Pani Karoliny uważa za najlepszą recenzję Mamy…, jaka jest w Internecie. Kojarzy zatem ten tekst, ostatnimi czasy nawet go sobie „odświeżał”. Czytając moją recenzję, nie skojarzył tych tekstów. To chyba też o czymś świadczy, prawda? „Ja wiem, że Ty czasem używałaś np. podobnych sformułowań na temat jakichś książek, co ja, bo mieliśmy podobne spostrzeżenia, i nawet raz czy dwa o tym luźno rozmawialiśmy (…). Ale skoro jest to nieświadome, to posądzanie o kradzież jest BARDZO krzywdzące” – powiedział mi Adrian.
Tak, Pani Karolino. Pani zachowanie i Pani słowa były krzywdzące. Już nie chodzi o blog, już nie chodzi o recenzję. Ale Pani insynuacje dotyczyły mnie, jako osoby. We mnie osobiście uderzyły. Jeszcze raz wspomnę o tym, że takich spraw nie załatwia się w ten sposób, że powinna Pani odezwać się do mnie, a nie „wybierać prowokację”, jak sama Pani napisała na Facebooku. Skonsultowałam sprawę również ze znajomą prawniczką, która nie ma wątpliwości co do tego, jak ta sprawa powinna się zakończyć. Zgodnie z artykułem 212 § 1 kodeksu karnego:
§ 1 
Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
 
§ 2
 Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
 
Nie zamierzam jednak działać w ten sposób, wolę tysięczny raz budować synkowi tira z klocków… i na to spożytkować wolny czas.
Czekam jeszcze na opinię radcy prawnego specjalizującego się w prawie autorskim, ale nie sądzę, żeby opinia ta odbiegała od wszystkich, które do tej pory dostałam. Myślę, że ma Pani już świadomość tego, że żaden plagiat nie miał miejsca,a cała sprawa została wyolbrzymiona. Jeżeli jednak nadal upiera się Pani, że Panią „okradłam”, proszę o skierowanie sprawy na drogę sądową. Jeżeli nie, proszę o usunięcie wszystkich treści, które mnie obrażają oraz wystosowanie publicznych przeprosin. Bo skoro mogła Pani zmieszać mnie publicznie z błotem i bezpodstawnie pomawiać, to i na przeprosiny powinno się tutaj znaleźć miejsce.
I mam nadzieję, że to definitywnie zakończy tę absurdalną sprawę, a imię Białych Mebelków (a także moje nazwisko) zostanie oczyszczone. Nikomu nie życzę podobnych sytuacji. Gdyby jednak coś takiego się zdarzyło, warto zapoznać się z tym podcastem: https://malawielkafirma.pl/jak-nie-krasc-w-internecie/ i zawsze zasięgnąć opinii tych, którzy wiedzą lepiej.