Książkowe podsumowanie 2018 roku – Rok Polskiej Książki

Książkowe podsumowanie 2018 roku – Rok Polskiej Książki

I tak oto rok 2018 dobiegł końca. Był to dla mnie rok niezwykle intensywny i to niekoniecznie literacko. Prawdę mówiąc, był to rok, w którym przeczytałam chyba najmniej książek od wielu, wielu lat. Pewnie ma to związek z tym, że był to pierwszy rok, kiedy na pełen etat pełniłam funkcję mamy i dopiero całkiem niedawno nauczyłam się na tyle zarządzać czasem, aby wrócić do czytania i (w miarę regularnego) prowadzenia bloga.
W tegorocznym podsumowaniu nie znajdą się informacje dotyczące zeszłorocznych literackich postanowień, bowiem siłą rzeczy niemal żadnego nie udało mi się spełnić. I tak jestem pełna podziwu, że po kilku miesiącach w ogóle coś przeczytałam, udaje mi się nie zasypiać po dwóch stronach i w ogóle, że nie przesypiam każdej, pozwalającej na to chwili. Zapomnijmy więc o tych planach i przejdźmy od razu do kolejnych kategorii 😉

Największa literacka porażka

Ja ogólnie mam taką zasadę, że czytam tylko książki dobre, bo na te złe szkoda mi czasu, którego nie mam ostatnio w nadmiarze. Dlatego większość książek na swoim blogu dość wysoko oceniam. Nawet jeżeli już jakąś złą książkę zmęczę, to oszczędzam sobie pisania jej recenzji, bo… patrz wyżej;) W 2018 roku przeczytałam dwie takie książki. I mam wrażenie, że przeczytałam je tylko po to, żebym miała o czym napisać w podsumowaniu. 365 dni przeczytałam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że to gniot, na który szkoda i czasu i pieniędzy. Utwierdziłam się. Nic więcej tutaj dodawać nie trzeba. Jednak po Hashtag Remigiusza Mroza sięgnęłam z nieskrywaną nadzieją na historię pokroju Behawiorysty. Dostałam natomiast książkę, której fabuła naprawdę świetnie się zapowiadała, historia miała potencjał, była wciągająca i zaskakująca, napisana jednak tak, że chyba sama zrobiłabym to lepiej. Ba! Zrobiłby to lepiej niejeden początkujący pisarzyna. Och, jakże boli mnie serce, że Mróz częściej mnie rozczarowuje niż zachwyca. Nieodnaleziona również nie podbiła mojego serca. Dobrze, że przynajmniej seria W kręgach władzy trzyma poziom.

Najlepsza książka 2018 roku

W tym roku przeczytałam wiele dobrych i świetnych książek. Wybór tej najlepszej okazał się dla mnie na tyle trudny, że nie udało mi się wybrać tej jednej jedynej, więc postanowiłam ogłosić w tym roku dwa najlepsze tytuły.
Same książki są wielkim zaskoczeniem dla mnie, ponieważ (jak już wielokrotnie wspominałam) nie jestem fanką opowiadań. A tu taki psikus! Oba tytuły to zbiory opowiadań! Mogę zatem z czystym sumieniem powiedzieć, że NIE BYŁAM fanką opowiadań. Teraz już jestem. Czytam ich coraz więcej, kupuję ich coraz więcej.
Pierwsze Słowo Marty Kisiel to pierwsza odsłona mrocznego Kiśla, który, jak się okazje ma nam do powiedzenia dużo więcej. Nie będę się tutaj rozpisywać i odeślę Was po prostu do recenzji. Albo najlepiej do samej książki.
Nie odeślę Was natomiast do recenzji Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka, bo ta jeszcze nie powstała (ale zapewne pojawi się na blogu w przeciągu kilku dni). Odsyłam Was za to całym sercem do tego popieprzonego zbioru opowiadań, który zapewne zostanie w Waszych głowach na bardzo długo. A na recenzję zapraszam wkrótce. Więcej nic nie powiem.
O tytuł najlepszej książki walczył w tym roku również Rafał Cuprjak ze swoją drugą powieścią Mamusiu, przecież byłam grzeczna. I bardzo długo prowadził. Kisiel z Niemczykiem poczynili jednak takie zamieszanie pod koniec roku, że skutecznie zepchnęli Cuprjaka na miejsce drugie.
Obok nich, na trzecim miejscu, a więc również na podium znalazł się tym razem Jakub Małecki ze swoim Dygotem. Po zapoznaniu się z dalszą twórczością autora okryłam jednak, że jest on bardzo wtóry i powtarzalny. Czekam więc na kolejną na książkę spod pióra Małeckiego, która zrobi na mnie takie wrażenie, jak właśnie Dygot.

Obiecujące odkrycia 2018 roku

A sporo ich było. W gronie pretendentów do grupy moich ulubionych autorów znalazła się w pierwszej kolejności Aneta Jadowska, która skradła moje serce najpierw swoją osobą, a później ciepłą powieścią o trupie z nadmorskiej Ustki. Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to moje pierwsze spotkanie z autorką, jednak na pewno nie ostatnie, bowiem już zaopatrzyłam się w inne tytuły spod jej pióra i jak najszybciej zamierzam po nie sięgnąć.
Drugim pisarzem, którego zamierzam tutaj umieścić jest Wojciech Klęczar, którego druga książka Flu Game będzie dla mnie już zawsze synonimem wychodzenia ze strefy swojego literackiego komfortu, z którego chyba jednak czasem warto wyjść. W najbliższym czasie sięgnę po jego pierwszą książkę Wielopole, która jest, cóż za przypadek, zbiorem opowiadań. Już nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że te dwie pozycje nie będą jedynymi w dorobku tegoż autora.

Czytelnicze i blogowe plany na 2019 rok

Przede wszystkim czytać więcej. Więcej pisać. Pisać też recenzje książek, które mi się nie spodobają. A ku temu będzie więcej okazji, bo biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik organizowanym przez Zuzannę z bloga Książki Sardegny. W każdym miesiącu trzy kategorie i trzy książki. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że trafię na takie, które niekoniecznie trafią w mój gust. Będzie się działo! Jest to dla mnie co prawda nie lada wyzwanie, bowiem trzy książki w miesiącu… Mateńko! Kiedy ja znajdę na to czas? Ale przecież po to są wyzwania, żeby podnosić sobie poprzeczkę.

Ponadto zamierzam rozkręcić nowo rozpoczęty cykl Matka Polka Recenzentka, który z jakiś powodów cieszy się niezwykłą popularnością. Pierwszy (i jak do tej pory jedyny) post z tego cyklu >tutaj< był przez Was w ubiegłym roku najczęściej czytanym wpisem. Jestem pod wrażeniem i bardzo się cieszę, że aż tak spodobał Wam się pomysł, który zakiełkował w mojej głowie podczas jednej z porannych (zimnych oczywiście!) kaw.

Planuję również rozpoczęcie jeszcze jednego cyklu, który wydaje mi się o wiele ciekawszy, jednak wymaga on zdecydowanie więcej przygotowań i czasu niż MPR, więc chwilkę jeszcze muszę się z tym wstrzymać.

Zaznaczę jeszcze raz, że od kilku tygodni jestem członkiem Stowarzyszenia Śląscy Blogerzy Książkowi, a więc czeka mnie jeszcze trochę pracy na tym polu. Mam nadzieję, że uda mi się na tyle zorganizować siebie i dziecko, że będę miała dla ŚBKów jak najwięcej czasu.

I to chyba by było na tyle. W ogóle jestem zdziwiona, że podsumowanie to całkowicie zdominowali polscy pisarze. Brakuje tu Kinga, brakuje wielu nazwisk, które często przewijają się na blogu. Rok 2018 ogłaszam więc Rokiem Polskiej Książki.
Słowo i Poezja!

ŚBK: „Gdybym miała napisać książkę…”

ŚBK: „Gdybym miała napisać książkę…”

Nie miałam jeszcze okazji się Wam pochwalić, ale od jakiegoś czasu jestem członkiem Stowarzyszenia Śląskich Blogerów Książkowych. W związku z tym, raz w miesiącu (o ile Pokurcz pozwoli) na blogu będą pojawiać się wpisy tematyczne. Ten będzie moim pierwszym. Gdybym miała napisać książkę… 
A do pisania książki przymierzałam się już niejednokrotnie. W szkole co roku brałam udział w Ogólnopolskim Konkursie na Pracę z Literatury. Raz udało mi się wygrać (epistolarne opowiadanie o chłopaku z obozu koncentracyjnego), raz dostałam wyróżnienie (zbiór autobiograficznych anegdot z romantyczną i zabawną fabułą w tle). Traktuje to jako dwa swoje największe sukcesy na scenie literackiej. Nie wiem natomiast, czy kiedykolwiek będzie mi dane napisać swoją książkę. Choć pomysłów miałam już wiele. Jeden nawet opracowany był w każdym, najmniejszym szczególe. Komputer jednak mi się spalił, a zapisany plik przepadł bezpowrotnie… Nauczona doświadczeniem, przy następnym przypływie weny, notatki skrzętnie zanotowałam w swoim CZERWONYM KAJECIE. Pokurcz postanowił mi jednak ten kajet zawinąć, a następnie… zjadł moje opowiadanie. A raczej jego szkielet. Ale zeżarł. Więc chyba nie jest mi dane zostać wielką pisarką.
Gdybym miała napisać książkę, na pewno ocierałaby się ona o realizm magiczny. Każda bowiem historia, która urodzi się w mojej głowie, zawiera w sobie pierwiastek Niesamowitego. Moim pierwszym pomysłem była kryminalna historia z detektywem ćpunem w roli głównej. Poznawalibyśmy go w momencie, w którym budzi się w krzakach po kolejnej suto zakrapianej imprezie i nic nie pamięta. Wkrótce w tych samych krzakach znajduje ciało pięknej dziewczyny. Kierowany przez jej ducha prowadzi śledztwo, którego koniec byłby naprawdę szokujący. Zarówno dla potencjalnego czytelnika, jak i samego detektywa. Ale zakończenia nie zdradzę, bo może jeszcze kiedyś coś się z tego urodzi… A! I narracja miała być prowadzona z perspektywy tej zmarłej dziewczyny. A w zasadzie to jej ducha.
Teraz kolej na pomysł drugi, czyli ten, który zaginął w otchłaniach mojego spalonego dysku. Ta historia też miała być kryminalna. Bohaterką byłaby licealistka z niewielkiej miejscowości, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami. W sumie to jedną zdolnością – w snach słyszała prawdziwe myśli osób, z którymi rozmawiała w ciągu dnia. Byłoby to powodem jej wielu życiowych rozczarowań. Aż do momentu, gdy pewnej nocy odkrywa w głowie kolegi myśl o ukrytym w jego studni ciele matki. Nawiązuje więc z nim bliższą relację, aby później, w snach, prowadzić swoje śledztwo. Dopracowany miałam w tej historii każdy szczegół, pojawiać miał się również wątek miłosny. Ogólnie wszystko miało być tak, żeby podobało się niemal każdemu. W zaistniałej sytuacji nie spodoba się nikomu 🙂
Zdradzę Wam jeszcze, że opowiadanie, które pożarte zostało przez Pokurcza zawierałoby w sobie odnalezione dziecko, elementy z prozy Jonathana Carrolla i Stephena Kinga oraz całkiem niezwyczajną szafę. Jako, że udało mi się ocalić przed wszystkożerną paszczą fragmenty moich obszernych notatek, więcej powiedzieć nie mogę. A nuż jeszcze któregoś pięknego dnia do tej historii wrócę.
Jeżeli chodzi o okładkę, zawsze marzyła mi się czarna, matowa, z lakierowanymi elementami w kolorze turkusu lub pudrowego różu. Co dokładnie miałoby na niej się pojawiać, nie mam pojęcia. Ale na ten moment zapewne poprosiłabym o projekt Tomasza Majewskiego.
Chyba każdy książkoholik marzył o tym, aby któregoś dnia w jego księgozbiorze znalazła się książka z jego nazwiskiem. I przy okazji tych nadchodzących Świąt każdemu marzycielowi-pisarzowi tego z całego serca życzę!
22. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie [relacja]

22. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie [relacja]

Ach, co to były za Targi… Trzeci raz już miałam możliwość uczestniczenia w Krakowskich Targach Książki i nie przesadzę, jeżeli powiem, że były to najlepsze ze wszystkich. Wycisnęłam z nich wszystko co się dało i jeszcze trochę na dokładkę. Ale po kolei.
Na samym wstępie chciałabym podziękować swojemu Mężowi, który na te trzy dni został sam (!) z Pokurczem i zajął się nim wzorowo. Ba! Nawet pranie wstawił i obiady gotował! Jestem z Ciebie dumna, kochanie i bardzo Ci dziękuję. Kolejną osobą, bez której ta wycieczka by się nie udała jest Adrian, który przyjął mnie pod dach na te 3 dni, dotrzymywał mi towarzystwa, karmił mnie, poił i niezmiernie rozbawiał. Dziękuję Wam chłopaki za wszystko, bez Was to wszystko byłoby niemożliwe. 
Dziękuję Wojciechowi Klęczarowi za książkę z wyjątkową dedykacją (moje życie na pewno usłane będzie sukcesami), za uroczy wieczór w Pierwszym Lokalu na Stolarskiej oraz za pokazanie nam świetnego klubu, w którym co prawda było karaoke, jednak wcale nie już nie takie świetne. Dziękuję także Kasi, która towarzyszyła nam do samego końca (gdzieś tak około 4:00 rano!). Przypadkowe spotkania są zawsze bardzo owocne i zapamiętam ten wieczór do końca życia.

A teraz już Targi, które w tym roku rozpoczęło wyjątkowe spotkanie z jednym z moich ulubionych pisarzy skandynawskich – Thomasem Eriksonem. Niezapomniane 15 minut, podczas których wzajemnie sobie dziękowaliśmy, tuliliśmy się i znów sobie dziękowaliśmy. Cieszę się, że udało mi się wywołać łzy wzruszenia, przynosząc „taaaaakie stare książki” (seria thrillerów z Alexem Kingiem). Niesamowite spotkanie, niesamowity człowiek. Zapamiętam ten dzień do końca swojego życia.

Później nadszedł czas na poszukiwanie szatni. Borze Tucholski, choć miałam ze sobą mapę i pytałam mnóstwa ludzi o drogę, wciąż kręciłam się w kółko, nie mogąc znaleźć tego magicznego miejsca. I tak przez pół godziny… Z jednej strony przebycie całej hali w zimowej kurtce nie jest najlepszym pomysłem, z drugiej jednak usunięcie szatni z głównego holu dało dużo więcej miejsca dla chcących dać wytchnienie zmęczonym nogom. Jak dla mnie pomysł trafiony!

Oddawszy kurtkę do szatni ustawiłam się w kolejce do Jakuba Małeckiego (a nie była to kolejka z rodzaju tych krótkich), który okazał się być bardzo miłym i skromnym facetem (z wyjątkowo poważnym poczuciem humoru!). Dziękuję za podpisanie wszystkich książek oraz za nadzwyczajną dedykację w Dygocie. Pozostań zawsze tak niezwykle zwyczajny.

Z tego miejsca pragnę podziękować także Wydawnictwu SQN, za świetną promocję „3 za 2”. Dzięki Wam kupiłam zdecydowanie więcej książek niż planowałam i to właśnie u Was zostawiłam większość swoich pieniążków. Nie żałuję ani grosika! Stworzyliście na swoim stoisku niesamowitą atmosferę, przez którą ciężko mi było w ogóle stamtąd odejść. Świetna robota!

Do Kiśla ledwo się zdążyło, ale się zdążyło! Kiśl jak obiecał, tak zrobił – nie zapomniał mnie już i poznał już z daleka. Marta, Tobie to nawet nie wiem, za co mam dziękować, musiałabym stworzyć chyba osobny post dziękczynny. Zatem w skrócie: za wszystkie książki, dzięki którym odrywam się od rzeczywistości, za to, że dzięki Tobie uwierzyłam kilka lat temu w polską literaturę współczesną i za wszystkie dobre rady dotyczące oswajania Pokurcza z czytaniem. I oczywiście za plakat, który dumnie zdobi ścianę w mojej sypialni, więc cudownie magiczna okładka Pierwszego Słowa jest zwykle pierwszym, co widzę, gdy otwieram oczy. Wielkie dzięki i do zobaczenia, mam nadzieję, za rok! Możliwe, że wtedy nie zapomnę już zabrać ze sobą syna 🙂

Aneta Jadowska. Tu będzie krótko. Jeszcze nie zapoznałam się z Twoją twórczością (shame on me!), ale już się obkupiłam i przebieram nóżkami, czekając aż nadejdzie Twoja kolej. Tylko proszę, pomóż mi rozszyfrować tę dedykację, coś mi na szybko skrobnęła, szalona kobieto! Dzięki <3

Kolejne podziękowania wędrują do Janka i jego fantastycznej Małżonki za zorganizowanie niezapomnianego wieczoru i, oczywiście, za prezent dla Dexterka. Od kilku dni moje dziecko potrafi siedzieć w pokoju i przez dwie godziny wrzuca kredki do pudełka, wyciąga kredki z pudełka, próbuje malować kredkami po wszystkim, co go otacza, aby potem znów wrzucić je do pudełka. Ja nigdy tak czysto w domu nie miałam! Jesteście niesamowici, a atmosfera, którą tworzycie sprawia, że miałam ochotę z Wami zamieszkać 🙂 I oczywiście za podpis najsłynniejszego krakowskiego trupa, co to o poranku wypływa.
Agnieszko, dziękuję za polecenie mi kilku naprawdę świetnych tytułów dla Pokurcza. Dziękuję za towarzystwo i miłe rozmowy. Uściskaj ode mnie swoje pociechy! Chciałabym także podziękować wszystkim, którzy też tam byli, a których imion niestety nie zapamiętałam (nigdy nie miałam do tego zdolności, a było Was naprawdę sporo). DZIĘKUJĘ!

Niedziela upłynęła już na spokojnym przemierzaniu stoisk i kupowaniu prezentów dla całej rodziny. Przede wszystkim jednak dla Pokurcza Pierworodnego, którego targowy stosik nieco przerósł mój! Co prawda kredki od Janka wywołały dużo większą ekstazę niż kolorowe książeczki z kartonu, ale i tak było warto. W jednej książeczce Dex znalazł obrazek z kaczką i gapi się w niego, uderzając palcem i krzycząc na pół osiedla „kwa, kwa, kwa”. A spróbować mu tylko tę stronę przerzucić… Kwa! I kropka.

Na koniec chciałabym jeszcze podziękować pracownikom stoiska Tania Książka za wspaniałe prezenty – kubek, torby i masę zakładeczek. Nie spodziewałam się tego, a już na pewno nie w takich ilościach. Dzięki śliczne.

W tej relacji wielokrotnie padły słowa: „niezapomniany”, „niezwykły” oraz „dziękuję”. I to niech będzie jedyne podsumowanie tych dwóch intensywnych dni.
Do zobaczenia za rok! Mam nadzieję, że z wieloma z Was poocieram się jeszcze w dusznych i głośnych halach EXPO Kraków.
Słowo i Poezja!
Cześć!

Książkowe podsumowanie roku 2016

Filozoficznie dziś zacznę. Kolejny rok za nami. I kolejny przed nami. Jaki był 2016 rok dla mnie? Zdecydowanie niezbyt łaskawy. Przyniósł ze sobą wiele zmian, pogrzebał wiele marzeń. Ogólnie mówiąc, dość mocno mnie spoliczkował. Nie miałam tyle czasu ile chciałam, nie poświęciłam tyle uwagi książkom i Białym Mebelkom, jak sobie postanowiłam na koniec roku 2015. Ale nie ma tego złego… Niektóre moje książkowe plany udało się zrealizować. I może właśnie od tego zaczniemy.

Zeszłoroczne postanowienia 

Postanowienia noworoczne mają to do siebie, że zazwyczaj się nie spełniają. Podejmowane pod wpływem jakiejś presji „bonowyroktonowaja” jak szybko pojawiają się w naszej głowie, tak szybko odchodzą. Wraz z motywacją. Dlatego właśnie ja od kilku lat postanawiam nic nie postanawiać i udaje mi się w tym wytrwać. No… w większości. Co roku czynię bowiem czytelnicze plany i końcówka 2015 też takowe przyniosła. Co ciekawe, większość z nich udało mi się spełnić.

Przede wszystkim Remigiusz Mróz. Od niego rozpoczęłam poprzedni rok i na nim go również zakończyłam. Z tym, że chciałam się Mrozem zachwycić, a… się rozczarowałam. Nie do końca więc po mojej myśli. Lektura Kasacji zniechęciła mnie na jakiś czas do Remigiusza. Po kilkumiesięcznej przerwie sięgnęłam po Zaginięcie… Tego drugiego nawet nie doczytałam do końca. A chciałam, tak bardzo chciałam zrozumieć fenomen Chyłki. Nie zrozumiałam. Fenomenu nie ma. W końcu jednak trafiłam na Behawiorystę. Powiedzieć, że się zachwyciłam to tak, jakby nie powiedzieć nic. Recenzja niebawem. Udało mi się również zachwycić Donną Tartt, czytać więcej Kinga (choć Mrocznej Wieży znów nie ruszyłam). Jonathan Carroll pojawił się natomiast w tym roku tylko raz ze swoim Czarnym Koktajlem.

Nie złamałam się jednak i nie sięgnęłam po czwartą część Millenium. Nie żałuję. Nie sięgnęłam także po żadną książkę Katarzyny Bondy, a twórczość Szczepana Twardocha nadal czeka na swoją kolejkę. Bilans wychodzi zatem na plus.

Największe rozczarowanie 

Nie recenzowałam wszystkiego, co przeczytałam. Nie lubię bowiem pisać o książkach, które mi się nie podobały, które mnie rozczarowały bądź męczyły. Ogromnym rozczarowaniem zeszłego roku okazała się powieść Pauli Hawkins Dziewczyna z pociągu. Mateńko, ile szumu! Ile gadania! Jaki PR bezbłędny! I rzekomo nawet sam Stephen King oderwać się nie mógł… Dobrze, że książki, które tworzy są o niebo lepsze od tych, którymi sam się „zachwyca”.

Sięgnęłam również po Motylka Katarzyny Puzyńskiej, o której głośno było w blogosferze. Autorka płodna, pisząca ładnym językiem, który zwrócił moją uwagę. Pisząca jednak nie do końca przemyślane książki, w których praktycznie żaden z ciekawie rozpoczętych wątków nie został dokończony… Przynajmniej Motylek takową książką się okazał.

Jednak największym koszmarem roku 2015 staje się Studnia Zagubionych Aniołów. „Dzieło” to wyszło spod pióra Artura Laisena, który również jako osoba prywatna nieco mnie rozczarował. Z publikacją recenzji również był nie lada problem. W końcu jednak recenzja się ukazała, konflikt został zażegnany, ale niesmak pozostał… Nie jest to jednak koszmar tak straszny jak zeszłoroczny Generał Barcz. Tyle słowem pocieszenia.

Najlepsza książka roku 2016

W poprzednim roku przeczytałam zdecydowanie za dużo bardzo dobrych książek, więc wybór tej najlepszej, tej która najmocniej skradła moje serce jest zadaniem nad wyraz trudnym. O tytuł ten walczyły w mojej głowie cztery pozycje: Po drugiej Stronie Rafała Cuprjaka, Magiczne lata Roberta McCammona, Człowiek o 24 twarzach Daniele Keyesa i Hotel New Hampshire Johna Irvinga.
I choć okrzyknęłam Człowieka o 24 twarzach jedną z najlepszych książek, jaką w życiu przeczytałam, Hotel New Hampshire wytargał mnie emocjonalnie, a Magiczne lata zwyczajnie zachwyciły, wzruszyły i rozrzewniły, to postanowiłam przyznać (wyimaginowaną co prawda) Statuetkę Najlepszej Książki 2016 roku Rafałowi Cuprjakowi!
Szok, stres, niedowierzanie… Rozumiem. Zapewne większość z Was zastanawia się, kim w ogóle jest Cuprjak i co takiego zrobił, że położył na łopatki samego Johna Irvinga i Roberta McCammona. Szczerze mówiąc – nie wiem. Po prostu Po drugiej stronie to książka MOJA, całkowicie i w stu procentach napisana jakby dla mnie. Wspaniały, plastyczny język, mistrzowskie operowanie słowem, „lejąca się” konstrukcja zdań, realizm magiczny, którego autentyczności nie śmiem nawet podważać i niezwykle prawdziwa historia, która targa emocjami, oraz pozostawia dużo miejsca na refleksję. To tę książkę polecałam w tym roku najczęściej, to właśnie za jej sprawą pożyczałam znajomym swojego Kindle’a, żeby mogli  się zapoznać, to do tej książki wracałam najczęściej, czytając losowe fragmenty. Rafał! Możesz być z siebie dumny… Tajemna Historia Donny Tartt też była brana pod uwagę. W moim subiektywnym odczuciu powaliłeś wszystkich! Jeszcze raz dziękuję i pamiętaj, że czekam na kolejną powieść, a zaraz po niej – kolejny wywiad w jakimś przytulnym miejscu!

Najśmieszniej 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniała o Marcie Kisiel. Zeszłoroczny zachwyt nad Dożywociem spotęgowany został Siłą niższą, która ukazała się w 2016 roku. Recenzja ukaże się niebawem. Na razie mogę powiedzieć tylko, że Siła niższa to pozycja równie zabawna, co jej poprzedniczka, ale także zdecydowanie dojrzalsza, z jeszcze lepszym wyczuciem słowa, jeszcze lepiej skomponowanymi dialogami i… wyciskająca jeszcze więcej łez wzruszenia.

20. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie 

Tak, jak obiecałam, na Targach się pojawiłam i tym razem już z wejściówką dla bloggerów. Niestety również nieco się rozczarowałam… Organizacja tych Targów pozostawiała wiele do życzenia: począwszy od niekończących się kolejek, przez nieprzemyślaną całkowicie wymianę książek organizowaną przez LubimyCzytac.pl, aż do braku możliwości wyjścia z Hali EXPO na papierosa i powrotu na tę samą wejściówkę…

Jednak klimat ten sam. Książki, książki, wydawanie pieniędzy, pot, tłum, książki, książki i spotkania! Spotkania, czyli to, co najpiękniejsze w tej całej inicjatywie. Oczywiście nie udało mi się dotrzeć do wszystkich. Musiałam opuścić spotkanie z Katarzyną Puzyńską, Marka Krajewskiego zastałam, gdy już odchodził, a podczas dyżuru Jakuba Żulczyka niestety musiałam być jeszcze w pracy w Częstochowie. Stojąc w niebotycznej, niewiarygodnej, największej i rekordowej kolejce po podpis Remigiusza Mroza (dla siostry, ja swój miałam z poprzedniego spotkania z Mrozem w Częstochowie), przegapiłam również moment, w którym Olga Tokarczuk podpisywała Księgi Jakubowe. Książkę jednak zakupiłam, a Pani Olga wyrosła obok mnie, jak spod ziemi i ją podpisała. To będzie najpiękniejsze wspomnienie. I może jeszcze Profesor Bralczyk patrzący mi w oczy i mówiący, że jestem „dzika”. Tak… To były bardzo udane spotkania!

Koniec tego gadania. Pochwalę się zdjęciami!

I tym samym mam całe #kiślowersum pobazgrane przez samą Ałtorkę i jej pierdolca. A wierząc słowom Marty – już nigdy mnie nie zapomni i z nikim nie pomyli! 💗

I tylko Profesora Jana Miodka brakło… Spotkanie udane, jednak niewiele zrozumiałam, ponieważ panowie dżentelmeni postanowili mówić do mnie głównie po łacinie. Gdybym wiedziała, bardziej bym się na studiach przykładała do nauki tego wcale nie (jak się okazało) wymarłego języka.

Drugie zdjęcie z Remigiuszem Mrozem w tym roku i drugi podpis. A on i tak pamięta tylko mój „synkretyzm gatunkowy”. Trzeba postarać się to zmienić!

Targowy stosik.

A więc – DO ZOBACZENIA ZA ROK!

Noworoczne postanowienia czytelnicze 

W tym roku jest to nie lada problem. Zdecydowanie największym postanowieniem jest jak zawsze: Czytać Więcej. Jeszcze więcej. I jeszcze! Więcej Tartt, więcej polskich autorów i wszystkie książki Jakuba Żulczyka, od którego rozpoczęłam ten 2017 rok. I którego od pierwszego zdania pokochałam. Chciałabym również sięgnąć po więcej Irvinga, bo Hotel New Hampshire mógł być początkiem pięknej przyjaźni.
A! I obiecuję, że spuszczę manto Genius Creations jeżeli w 2017 roku nie pojawi się nowa książka Rafała Curjaka. Obiecuję! 

Słowo i poezja!

„Jak miałem dziewiętnaście lat, chodziłem z irokezem po ulicach Częstochowy” – wywiad z debiutantem Rafałem Cuprjakiem

Fot. Marzena Cuprjak-Wagner, Spotkanie autorskie

Żadnego uważnego czytelnika Mebelków nie ominęła zapewne recenzja debiutanckiej powieści Rafała Cuprjaka Po drugiej stronie. Kogo jednak ominęła, tego zapraszam tutaj. 
Miłą rozmowę z Rafałem odbyłam w herbaciarni Cafe Belg w Częstochowie, popijając ciepłą herbatę i zimne piwo. Dziś prezentuję pierwszą jej część, a druga pojawi się w przyszłym tygodniu w wersji audio! Cobyście oczu nie męczyli!
Sylwia: Do kogo chciałeś dotrzeć poprzez swoją pierwszą książkę Po drugiej stronie?
Rafał: Najlepiej do każdego. Znaczy do kogo jest skierowana, bo to pewnie o to chodzi – do czytelnika lubiącego wyzwania, do czytelnika lubiącego pomyśleć, zastanowić się nad tym, co czyta, do kogoś lubiącego pomęczyć się przy książce.
S: Nie jestem pewna, czy pomęczyć, ale fakt – jest bardzo wiele bardzo wyrazistych postaci. Nie gubiłeś się w trakcie pisania?
R: Zaczęło się i książka rosła. Pierwszymi bohaterami byli Cypis i Monika, i później dobudowywałem resztę bohaterów, powstawali nowi. Moja wyobraźnia zaczęła się napędzać, było tego coraz więcej i stąd to wyszło, stąd aż tylu.
S: Od początku znałeś losy bohaterów, czy raczej Ty podążałeś za nimi?
R: Główny motyw schroniska to była pierwsza myśl. Zaczęło się od pomysłu na opowiadanie o schronisku i o nożu. I tak jak już mówiłem, wcześniej pierwszym tytułem był Nóż, a jedynym miejscem akcji było schronisko. Tak właściwie zaczęło to ewoluować w ten sposób, że przybywało postaci, przybywało różnych miejsc akcji, różnych czasów. Wcześniej to były tylko wspomnienia, które rozbudowałem w trakcie powstawania powieści.
S: A właśnie jeżeli chodzi o ten tytuł – dlaczego został zmieniony? To była Twoja decyzja, czy tutaj zadecydował ktoś „z góry”?
R: Decyzja wspólna, motywowana w ten sposób, że nóż to rzeczownik popularny, a tytuł powinien być oryginalny. Chociaż są też książki, które się nazywają Po drugiej stronie. Ale według nich Nóż to bardzo krótka nazwa, zbyt popularna, bezpośrednia. Był też taki argument, że główna zagadka książki to właśnie NÓŻ i może lepiej zrezygnować z tego tytułu.
S: Na spotkaniu autorskim mówiłeś też, że każda z postaci ma w sobie coś z Ciebie. Ciekawa jestem, co w takim razie odziedziczyła po Tobie Moni?
R: Może nie ze mnie, bo to postaci męskie bardziej mają coś ze mnie. A to wszystko są osoby, które znam i po części te postaci są trochę mną i trochę osobami, które znam. Moni jest oparta na prawdziwej postaci.
S: Jesteś absolwentem Ochrony Środowiska. Skąd więc masz taki dobry pisarski warsztat?
R: Wcześniej nigdy nic nie napisałem. Naprawdę. Nie zaczynałem od żadnego opowiadania wcześniej. Kiedyś, jak miałem jakieś naście lat to próbowałem pisać jakieś wiersze i to wszystko. To jest masa pracy włożona w tę książkę. Poprawianie, poprawianie, poprawianie i też to, że dużo czytam. Wzorowałem się na wielu nazwiskach, próbowałem podglądać troszeczkę…
S: To kto był taką największą inspiracją?
R: Tu też nie ma tak, że jest jedna – jeden pisarz czy jedna pisarka. Ja też mam szerokie spektrum zainteresowań literackich – od Olgi Tokarczuk przez Stanisława Lema, Cormaca McCarthy’ego, który ma bardzo kwiecisty ten język, taki bardzo epicki aż po Charlesa Bukowskiego z jego prostą, przeklinającą, wulgarną literaturą.
S: Tutaj kanwą dla wszystkich opowieści jest muzyka, która ciągle gra gdzieś w tle. A czego na co dzień słuchasz? To też jest taki przekrój?
R: Tak. To też przekrój. I to też jest jazz i punk rock, reggae, też jest muzyka klasyczna i hip-hop. Szybciej by było chyba wymieniać gatunki, których nie słucham (śmiech). To też jest tak, że to wszystko zależy od nastroju, od dnia, od tego co akurat robię. Przez cały czas w domu jest coś włączone, jakaś muzyczka sobie leci w tle. Nawet, jak w radiu ciężko złapać coś fajnego to i tak chcę, żeby przez cały czas coś tam grało. Muzyka jest dla mnie ważna, muzyka dodaje ekspresji, muzyka to przekaz. Muzyka to wiersz, muzyka to tekst, to siła. Właśnie to lubię w muzyce.
S: A jeżeli chodzi o malarstwo… Piszesz też o malarstwie bardzo dużo i w taki bardzo autentyczny sposób. Nadajesz malarzowi rolę Boga, kreatora rzeczywistości. Malowałeś sam kiedyś?
R: Nie, ale znam ludzi, którzy malują. Znam to od strony warsztatowej, od strony technicznej, po kolei jak tworzy się dzieło. Ja nie mam talentu kompletnie do malarstwa, chociaż próbowałam kiedyś, gdzieś coś, ale nie… Nie mam do tego talentu i wiem, jak to trudno zrobić. To fajnie kreuje wyobraźnię. Można w ten sposób naprawdę zbudować coś od podstaw. Według mnie to malarstwo jest taką sztuką, która może jednym obrazem zrobić dużo więcej niż stoma stronami napisanej książki. To jest bardzo szybki przekaz i bardzo wieloraki, wielobarwny, wielopoziomowy. To mi się w malarstwie podoba!
S: Piszesz też o tym punkowym światku częstochowskim również bardzo prawdziwie, znasz to towarzystwo i cały skłot. Miałeś taką młodość buntowniczą, niegrzeczną?
R: Tak. Jak miałem dziewiętnaście lat, chodziłem z irokezem po ulicach Częstochowy. Także znam, znam. Dawno nie byłem na skłocie, ale pojawiam się co jakiś czas na koncercie, jak tylko mam wolną chwilę. Wywodzę się z tego środowiska. Dlatego cały czas powtarzam – wszystko to, co jest w książce to są inspiracje prawdziwe. Ja nie piszę o kangurach w Australii, nie piszę o kosmosie bo tego nie znam. Piszę o rzeczach, które mnie spotkały, które spotkały kogoś bliskiego.
S: A zamierzasz kiedyś napisać o czymś, czego nie znasz, jakąś zupełną fikcję? O czym będzie sztuka teatralna?
R: Sztuka teatralna będzie też o złu, zło będzie też przez cały czas. Będzie inspirowana taką dosyć słynną historią poetki, która wraz ze swoim chłopakiem zamordowała jego rodziców. O tym będzie. Znowu, jak to u mnie, jak to w sztuce też, bo w sztuce tak być musi – pierwszoosobowa narracja i tak dalej. Ja tak lubię, ja tak umiem. Nigdy nie chodziłem na żadne warsztaty, nie przeczytałem żadnej książki w stylu „jak napisać książkę?”.
S: Debiut Twój jest, wydaje mi się, całkiem udany. Zgadzasz się?
R: Tak, jestem zadowolony, ale z perspektywy czasu wiele bym poprawił, zmieniłbym tę książkę. Zmniejszyłbym liczbę bohaterów… chociaż może to właśnie tak powinno być. Mam trochę wątpliwości, prawdę mówiąc…
S: To chyba jak każdy artysta po skończeniu dzieła, prawda (śmiech)? Da się w Polsce wyżyć z pisarstwa?
R: No… nie są to pieniądze, za które da się wyżyć, przynajmniej na razie. Może kiedyś…
S: Życzę Ci tegoJ Na spotkaniu autorskim bardzo ciężko było wyciągnąć od Ciebie optymistyczne zakończenie. Na co dzień też jesteś takim ponurakiem?
R: Nie! Na co dzień jestem ojcem, mam żonę, dwójkę dzieci, uśmiecham się i staram się jakoś być bardzo pozytywną osobą.
S: To kiedy jesteś bardziej autentyczny? Kiedy jesteś bardziej sobą?
R: Jakby… sobą jestem i tu i tu. To jest też jakaś dwoistość natury ludzkiej. Natomiast na co dzień staram się przeżyć życie spokojnie i z uśmiechem. Natomiast właśnie cały czas gdzieś w środku, gdzieś pod skórą jest lęk. Może dlatego, że mam rodzinę, dzieci i obawiam się o to, co będzie z nimi.
S: Ten lęk bierze się z sytuacji ogólnie politycznej na świecie, o czym też przecież piszesz w Po drugiej stronie?
R: Pewnie tez tak. Ja nie ukrywam tego, że mam wielkie obawy przed tym, co się dzieje teraz na świecie. Jednym z moich ulubionych pisarzy – tego też nie wspominałem – jest Ryszard Kapuściński, który przez cały czas zapowiadał ten konflikt bogatej północy z biednym południem. I to się dzieje powoli. Co z tego będzie – nie wiem. Ja mam obawy.
S: Czego jeszcze się boisz?
R: Jak każdy tata boję się o moje dzieciaki, boję się o swoją żonę, o rodzinę. Przejmuję się problemami typu kredyt, że się zepsuje samochód… Tak…

Spotkanie z blogami Białe Mebelki i Tramwaj nr 4 [FOTORELACJA]

Są takie momenty w życiu, kiedy czujesz, że to, co robisz, ma sens, że do kogoś to dociera, a może nawet, mówiąc kolokwialnie, kogoś to obchodzi. To są piękne chwile… Ale porzućmy to zbędne rozrzewnienie. 
Prawda jest taka, że jedne z najfajniejszych rzeczy na świecie to książki i piwo. Klubokawiarnia Pestka postanowiła połączyć obie i dzięki inicjatywie Agaty Zaskórskiej 9 lutego odbyło się w ów knajpce Spotkanie z blogami Tramwaj nr 4 i Białe Mebelki, czyli ze mną! Z Tramwaju nr 4 dojechał tylko jeden wagon (Secrus), ale i tak było bardzo przyjemnie. Siedliśmy sobie przy stoliku i popijając piwo Jurajskie z Ostropestem (świetne, polecam!) opowiadaliśmy o książkach i o szeroko pojętym blogowaniu, odpowiadając na standardowe pytania, które zadawał nam Bartosz Benduch. Bartosz w sumie często zadaje nam pytania, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś chciał słuchać odpowiedzi. Tymczasem na spotkaniu pojawiło się tylu ludzi, że brakło krzesełek. Serce moje się radowało, ale szkoda mi trochę tych, którzy musieli stać.
Mało tego, że słuchali – ci ludzie jeszcze zadawali nam pytania! A my dalej odpowiadaliśmy. Prawda taka, że Secrus mówił zdecydowanie więcej… Recenzje w sumie też ma dłuższe. Może ma po prostu więcej do powiedzenia? A może po prostu nie dał mi dojść do głosu?!
Nie ważne! Było naprawdę bardzo fajnie i bardzo wszystkim dziękuję! Goście brali udział w losowaniu książek, które ufundowali partnerzy Tramwaju nr 4, ja, Janek (ten pierwszy z Tramwaju;)) i Secrus.

Jakby ktoś nie wiedział – ja to ta mysza w białej koszuli i białych skarpetkach (poważnie, nie wiedziałam, że będzie je widać!), ten w okularach to Secrus, ale większość go już zna.
Fotografie popełniła ekstrawagancka!

Jeszcze raz dziękuję!