ŚBK: „W czasie deszczu dzieci się nudzą, czyli co małe ŚBKi porabiały w dzieciństwie w czasie niepogody”

ŚBK: „W czasie deszczu dzieci się nudzą, czyli co małe ŚBKi porabiały w dzieciństwie w czasie niepogody”

Przez dwa ostatnie miesiące wciąż brakowało mi czasu na wszystko. Ale wszystko jest już pod moją roztrzepaną kontrolą. Pora więc na comiesięczny wpis ŚBKowy! Tym razem na tapecie nasze dzieciństwo w ponure deszczowe dni. Co robiłam, gdy pogoda nie pozwalała na radosne zabawy na świeżym powietrzu?

Nikogo chyba nie zdziwi, że brzydką pogodę zwykle wykorzystywałam do czytania. Pewnej jesieni, gdy miałam 6 lat przeczytałam Przypadki Robinsona Crusoe Daniela Defoe, a następnie Starą Baśń J.I. Kraszewskiego. Nie, żebym jakoś szczególnie zrozumiała idee tych dzieł. Po prostu założyłam się z babcią.

Tak. Większość deszczowych dni wykorzystywałam na czytanie. Ale nie zawsze. Namiętnie bawiłam się również w szkołę. Wyobrażałam sobie, że jestem nauczycielką. Zwykle w moich imaginacjach byłam… matematyczką. Nie wiem, co ja wtedy miałam w głowie. Nie wiem też, co mną kierowało, kiedy wymyśliłam sobie prowadzenie tajnego biura detektywistycznego, którego głównym zadaniem było obserwowanie sąsiadów z okna. I, oczywiście, prowadzenie skrupulatnej kartoteki w starym albumie fotograficznym.

Ale robiłam też trochę zupełnie normalnych rzeczy. Gotowałam dla swoich lalek, urządzałam im koncerty (których oczywiście byłam gwiazdą), a czasem po prostu łaziłam i marudziłam, że „tak strasznie mi się nudzi”, doprowadzając tym samym domowników do szewskiej pasji. Cóż. Teraz pokutuję ze swoim Pokurczem, który jest jeszcze nieco zbyt pokurczony, żeby zająć się sobą. Całymi dniami stoi więc pod drzwiami z małymi butami w jeszcze mniejszych dłoniach i woła „brymbrym”. Nie mogę się doczekać, aż założy własną agencję detektywistyczną. Albo aż w końcu wiosna zacznie się na dobre!

ŚBKowe smaki

ŚBKowe smaki

Ależ mamy w tym miesiącu zupełnie nieksiążkowy, ale za to niezwykle wdzięczny i smaczny temat! Będziemy mówić o jedzeniu, a konkretnie o naszych ulubionych smakach! Nie będę ukrywać, że jest to jeden z moich ulubionych tematów.
Należę to tej szczęśliwej grupy osób, które mają w żołądku czarną dziurę. Mogę wrzucać w siebie tony jedzenia, słodyczy i wszystkiego. O każdej porze dnia i nocy. I nadal bez problemu mieszczę się w jeansy z podstawówki, a moja waga przekroczyła 40 kg tylko wtedy, kiedy byłam w ciąży (uprzedzam pytania – nie, nie jestem chora, po prostu tak mam. Możecie zazdrościć :)).

Herbata

To jest mój napój życia. Herbatę pochłaniam w ilościach hurtowych. Każdą. Czarną, białą, zieloną, owocową. Biorę wszystkie. W każdej ilości. Od herbaty rozpoczynam swój dzień, z herbatą go kończę. Z herbatą czytam książki, z herbatą o książkach piszę. Piję ją, oczywiście, nawet teraz, pisząc ten post. Kawa może dla mnie nie istnieć. I choć oddałabym duszę za zieloną herbatę z jaśminem lub mandarynką, to najczęściej sięgam po zwykłą czarną z cytryną. U nas w domu panuje taka niepisana zasada, że może zabraknąć chleba czy masła, ale herbaty i cytryny nigdy! I ziemniaków, ale to już działka mojego Ślubnego.

Pizza

Pizzę uwielbiam każdym atomem swojego ciała. Pizzę mogę jeść codziennie (czego mój Ślubny zrozumieć nie może, bo on to tylko ziemniaki). Ale… to musi być dobra pizza. Nie będę zachwycać się pizzą, tylko dlatego, że jest okrągła i ktoś powrzucał na nią jakichś składników. O nie! PIZZA MUSI BYĆ DOBRA. A, niestety, coraz rzadziej można na taką trafić. Mam swoje ulubione restauracje (jedna z nich jest nawet u mnie na wsi!), gdzie nigdy się nie zawiodłam i pizzę jadam tylko tam (lub stamtąd, gdy zamawiam do domu). Obok idealnego ciasta, najważniejsze są składniki. Jestem minimalistką także pod tym względem, więc zwykle jadam po prostu capriciose (ser, szynka, pieczarki), od czasu do czasu pozwalając sobie na szaleństwo w postaci dodatkowej cebuli czy papryki.

Makaron

Kocham miłością nieskończoną. Kocham makaron bardziej niż jakiekolwiek inne jedzenie występujące na tej planecie (tego mój Ślubny też nie rozumie, bo on to tylko ziemniaki). Kiedyś byłam we Włoszech na wycieczce. Nie przywiozłam sobie żadnych pamiątek, bo wszystkie pieniądze wydałam na jedzenie! Prawdziwa historia. Ale nikt nie umie zrobić tak dobrze spaghetti bolognese jak… ja. Poza najpopularniejszym rodzajem makaronu, zajadam się też bez opamiętania tagiatelle ze szpinakiem i suszonymi pomidorami oraz zwykłymi świderkami z najzwyklejszym gulaszem. Gdy jem rosół, to jem raczej makaron z rosołem. Gdy jem pomidorową, to jem raczej makaron z dodatkiem pomidorowej, itd. Ba! Jestem szczęśliwa nawet wtedy, gdy jem po prostu suchy makaron bez niczego (a już taki lekko podsmażony na samym masełku!).
Nierzadko doskwiera mi deficyt makaronowy, bowiem mój Ślubny to tylko ziemniaki, więc chcąc zjeść spaghetti muszę gotować dwa obiady. A zrobienie mojego idealnego sosu jest dość czasochłonne. Gdy bardzo brak mi makaronu w życiu, zwyczajnie zadowalam się chińską zupką. Lepszy wróbel w garści…

Steaki

Jeszcze niespełna trzy lata temu, nie wiedziałam, czym jest steak. Na myśl o krwistym mięsie nie czułam raczej ekscytacji. A potem mój mąż zabrał mnie na pierwszą randkę do restauracji. Makaronu nie zamówię, bo wciąganie klusek bywa mało seksowne, pizza raczej też odpada w przypadku romantycznej kolacji. Zostałam więc przy greckiej sałatce, a on zamówił krwisty steak. Ta krew na tym talerzy też raczej nie była seksowna. Widząc mój wzrok, zapytał, czy w ogóle kiedyś próbowałam. Nie próbowałam. Aż do wtedy. Uwierzcie mi, że miałam ochotę wrzucić tę sałatkę do kosza i iść zamówić steaka. Od tej pory zawsze, gdy jesteśmy w restauracji, jem krwistą wołowinę. Choć oboje jesteśmy zgodni co do tego, że ja opanowałam przyrządzanie tego dania do perfekcji.

Sery

Ser uwielbiam w każdej postaci. Szczególnie umiłowałam sobie chrupki serowe potocznie zwane u nas w domu chrupkami-śmierdziuszkami. Sery kocham jednak w każdej postaci. Normalne, pleśniowe, topione, półtopione, białe, na ciepło, na zimno… Nachosy serowe z serowym dipem to jedna z tych przekąsek, których nie odmawiam nigdy. Nie zważam nawet na czającą się na mnie zgagę. Za sery mogę życie oddać tak szczerze, jak mój Ślubny za ziemniaki.

Kisiel/owoce leśne

Zacznę od kisielu, który jest moim najlepszym przyjacielem i towarzyszem długich zimowych wieczorów. Nie jem zbyt wielu słodyczy, żyć mogę bez czekolady i innych łakoci. Kisiel zastępuje mi wszystkie słodkości. Szczególnie ten o smaku owoców leśnych.
A skoro już jesteśmy przy leśnych owocach, to jest to w ogóle jeden z moich ulubionych smaków: soki, syropy, herbaty, dżemy. Gdy mam wybór, zawsze wybieram owoce leśne!
Udało się jakoś dobrnąć do końca tego postu. Moje ślinianki są na wykończeniu, cud wielki, że się nie odwodniłam, bo zaśliniłam całą klawiaturę. W międzyczasie zamówiłam też pizzę. Idę więc teraz ślinić szybę w oczekiwaniu na dostawcę.
Pozdrawiam Was kochani! Idźcie zjeść coś dobrego!
ŚBK: „Książka papierowa, e-book, audiobook, czyli o tym, co i jak czytamy”

ŚBK: „Książka papierowa, e-book, audiobook, czyli o tym, co i jak czytamy”

Kolejny miesiąc, a więc kolejny (już drugi mój!) post tematyczny Śląskich Blogerów Książkowych. A temat dzisiejszego posta bardzo wdzięczny i przyjemny. Książka papierowa, e-book i audiobook, czyli tematy, które wciąż dzielą moli książkowych, powodując liczne, zupełnie niepotrzebne, kłótnie. Bo co to za różnica, jak czytamy i czy słuchanie audiobooka to czytanie, czy nie czytanie? Jest to całkowicie bez znaczenia. Ważne, że czytamy, że poszerzamy horyzonty, że o książce możemy porozmawiać niezależnie od tego, czy ją przeczytaliśmy, czy wysłuchaliśmy.
Ja się przyznam szczerze, że audiobooków nie lubię i nie słucham. Nie z powodów ideologicznych, w żadnym wypadku! Najzwyczajniej w świecie nie umiem się skupić, jak ktoś mi coś czyta. Ja jestem wzrokowcem. Ja muszę mieć literki przed oczyma. Inaczej po pięciu minutach wzmożonego wysiłku nad skupianiem uwagi… kompletnie nic nie wiem, nie pamiętam. Ach, jakże ja bym chciała umieć słuchać audiobooków. Jakiś cudowny głos czytałby mi książkę, podczas gdy ja oddawałabym się w pełni przyjemności płynącej z obierania ziemniaków, wieszania prania, mycia podłogi czy budowania pociągu z klocków po raz enty tego dnia… Ale nie umiem. Takie moje małe upośledzenie (nie jedyne!).
Jestem za to ogromną fanką czytników i e-booków. Mój mąż często powtarza mi, że każdy szanujący się miłośnik książek uzna takie czytanie za profanację. Ale co on tam wie, jak z nosem w konsoli siedzi? Nic. A ja wiem! Wiem na przykład, że czytając e-booka, mogę sobie śmiało chrupać serowe chrupki. Mogę też jeść kanapki, pizzę, cukierki czy rosół. Jeść przy czytaniu uwielbiam, ale ktoś mi kiedyś do głowy wbił (bardzo skutecznie!), że nad książkami się nie je. Więc nie jadłam. Dopóki nie zostałam szczęśliwą posiadaczką Kindle’a. Hulaj dusza, piekła nie ma!
Albo wyobraźcie sobie taką sytuację (choć żadna mama wyobrażać sobie tego nie musi): lato, piękna pogoda, słoneczko przygrzewa przyjemnie, więc… (oczywiście!) plac zabaw! Brzdąc podekscytowany niczym na Gwiazdkę, a ja rozpoczynam pakowanie. Soczek, buteleczka, chrupki jakieś, pampersik na wszelki wypadek, pieluszka, chusteczki nawilżane, łopatki i inne niezbędne w piaskownicy sprzęty. Wiecie, jak jest. Torba pęka w szwach, a chciałoby się jeszcze wcisnąć książkę. Może się uda, może się nie uda, ale załóżmy, że się udało. Idziecie na ten plac zabaw i uciech, brzdąc zajmuje się już konsumpcją piasku i zwykłymi dziecięcymi czynnościami w towarzystwie innych brzdąców radosnych. Chwila dla siebie. Wygrzebujecie tę książkę, otwieracie i… po minucie łzawią Wam oczy, bo słońce odbija się od białych stronic, przyjemny wiaterek szarpie kartki, doprowadzając Was na skraj nerwicy z oczopląsem. Wiem, jak jest, byłam tam. Ale czytnik spokojnie ładuję sobie do swojej małej torebeczki, do której mieści się jeszcze tylko portfel oraz klucze i żaden wiatr mi nie straszny, i żadne słońce też!
I jeszcze rzecz podstawowa. Wybierając się na wakacje, nie muszę się ograniczać w wyborze tytułów. Biorę wszystko, co chcę, nie zajmując potrzebnego w walizce miejsca i nie narażając się na dźwiganie ciężarów lub ewentualne wysłuchiwanie od dźwigającego męża: na cholerę żeś tyle tych książek nabrała?! I tak pewnie nie będziesz miała czasu żeby czytać! Tak, pewnie nie będę miała… Ale to już inna historia.
Mieszkam na wsi, choć podobno to miasto jest. Słabo trochę widzę tę terminologię, biorąc pod uwagę, że ów „miasto” nie zostało wyposażone w księgarnię. Chcąc więc kupić sobie książkę, sprawdzam rozkłady jazdy autobusów do Częstochowy, organizuję niańkę dla Pokurcza, a tydzień później, zwarta i gotowa, jadę do metropolii, aby dokonać zakupu. Albo nie. Bo mogę też przecież kupić e-booka przez Internet i w kilka minut mieć go na czytniku. Ot, nowa książka bez stawiania połowy rodziny w stan pełnej gotowości. Fajnie, prawda?
Czytanie e-booków ma jednak też swoje wady, a najgorszą z nich jest bateria w czytniku (czy innym urządzeniu, na którym czytacie). Fakt, czytniki mają to do siebie, że nie rozładowują się nawet po całodziennym użytkowaniu. Czasem od jednego ładowania do drugiego mija miesiąc. A moja głowa ma to do siebie, że zapomina. O ładowaniu też zapomina. Niejednokrotnie więc zdarzyła mi się sytuacja, w której rozsiadłam się wygodnie w pociągu, otwarłam Kidnle’a i jedyne, co mogłam zobaczyć, to przekreślona bateria, błagająca o posiłek z kabla. Papierowa książka by mi tego nie zrobiła. Nigdy!
Choć technologiczne udogodnienia w kwestii czytania przyjmuję raczej entuzjastycznie, to jednak papierowa książka w wydaniu klasycznym ma pierwsze miejsce w moim sercu. Nie ma nic lepszego niż wielogodzinne buszowanie w księgarniach i antykwariatach, wąchanie papieru i tuszu, podziwianie okładek i szukanie „tej jednej, jedynej”, którą zabiorę ze sobą do domu, a ona w zamian zabierze mnie na niezwykłą przygodę. Nie ma nic piękniejszego niż poustawiane na regałach i półkach woluminy, które są duszą i sercem mieszkania. Za książką klasyczną można się schować, unikając wzroku natrętnego obserwatora w  miejskim autobusie. Papierową książką można też przyłożyć ewentualnemu osobnikowi o niecnych zamiarach. Papierową książkę można wąchać, kartkować, wąchać, podziwiać, wąchać i tulić. I wdychać zapach drukarni, oczywiście.
Podsumowując, nie ma nic lepszego niż dobra książka. Format nie ma znaczenia. Zgadzacie się ze mną? Co sami preferujecie? Jakie czytanie najczęściej wybieracie?

Photo by Aliis Sinisalu on Unsplash

ŚBK: „Gdybym miała napisać książkę…”

ŚBK: „Gdybym miała napisać książkę…”

Nie miałam jeszcze okazji się Wam pochwalić, ale od jakiegoś czasu jestem członkiem Stowarzyszenia Śląskich Blogerów Książkowych. W związku z tym, raz w miesiącu (o ile Pokurcz pozwoli) na blogu będą pojawiać się wpisy tematyczne. Ten będzie moim pierwszym. Gdybym miała napisać książkę… 
A do pisania książki przymierzałam się już niejednokrotnie. W szkole co roku brałam udział w Ogólnopolskim Konkursie na Pracę z Literatury. Raz udało mi się wygrać (epistolarne opowiadanie o chłopaku z obozu koncentracyjnego), raz dostałam wyróżnienie (zbiór autobiograficznych anegdot z romantyczną i zabawną fabułą w tle). Traktuje to jako dwa swoje największe sukcesy na scenie literackiej. Nie wiem natomiast, czy kiedykolwiek będzie mi dane napisać swoją książkę. Choć pomysłów miałam już wiele. Jeden nawet opracowany był w każdym, najmniejszym szczególe. Komputer jednak mi się spalił, a zapisany plik przepadł bezpowrotnie… Nauczona doświadczeniem, przy następnym przypływie weny, notatki skrzętnie zanotowałam w swoim CZERWONYM KAJECIE. Pokurcz postanowił mi jednak ten kajet zawinąć, a następnie… zjadł moje opowiadanie. A raczej jego szkielet. Ale zeżarł. Więc chyba nie jest mi dane zostać wielką pisarką.
Gdybym miała napisać książkę, na pewno ocierałaby się ona o realizm magiczny. Każda bowiem historia, która urodzi się w mojej głowie, zawiera w sobie pierwiastek Niesamowitego. Moim pierwszym pomysłem była kryminalna historia z detektywem ćpunem w roli głównej. Poznawalibyśmy go w momencie, w którym budzi się w krzakach po kolejnej suto zakrapianej imprezie i nic nie pamięta. Wkrótce w tych samych krzakach znajduje ciało pięknej dziewczyny. Kierowany przez jej ducha prowadzi śledztwo, którego koniec byłby naprawdę szokujący. Zarówno dla potencjalnego czytelnika, jak i samego detektywa. Ale zakończenia nie zdradzę, bo może jeszcze kiedyś coś się z tego urodzi… A! I narracja miała być prowadzona z perspektywy tej zmarłej dziewczyny. A w zasadzie to jej ducha.
Teraz kolej na pomysł drugi, czyli ten, który zaginął w otchłaniach mojego spalonego dysku. Ta historia też miała być kryminalna. Bohaterką byłaby licealistka z niewielkiej miejscowości, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami. W sumie to jedną zdolnością – w snach słyszała prawdziwe myśli osób, z którymi rozmawiała w ciągu dnia. Byłoby to powodem jej wielu życiowych rozczarowań. Aż do momentu, gdy pewnej nocy odkrywa w głowie kolegi myśl o ukrytym w jego studni ciele matki. Nawiązuje więc z nim bliższą relację, aby później, w snach, prowadzić swoje śledztwo. Dopracowany miałam w tej historii każdy szczegół, pojawiać miał się również wątek miłosny. Ogólnie wszystko miało być tak, żeby podobało się niemal każdemu. W zaistniałej sytuacji nie spodoba się nikomu 🙂
Zdradzę Wam jeszcze, że opowiadanie, które pożarte zostało przez Pokurcza zawierałoby w sobie odnalezione dziecko, elementy z prozy Jonathana Carrolla i Stephena Kinga oraz całkiem niezwyczajną szafę. Jako, że udało mi się ocalić przed wszystkożerną paszczą fragmenty moich obszernych notatek, więcej powiedzieć nie mogę. A nuż jeszcze któregoś pięknego dnia do tej historii wrócę.
Jeżeli chodzi o okładkę, zawsze marzyła mi się czarna, matowa, z lakierowanymi elementami w kolorze turkusu lub pudrowego różu. Co dokładnie miałoby na niej się pojawiać, nie mam pojęcia. Ale na ten moment zapewne poprosiłabym o projekt Tomasza Majewskiego.
Chyba każdy książkoholik marzył o tym, aby któregoś dnia w jego księgozbiorze znalazła się książka z jego nazwiskiem. I przy okazji tych nadchodzących Świąt każdemu marzycielowi-pisarzowi tego z całego serca życzę!