Deron R. Hicks – „Przekręt na Van Gogha” – recenzja

Deron R. Hicks – „Przekręt na Van Gogha” – recenzja

Literatura młodzieżowa

Troszkę żałuję, że wtedy, kiedy wciąż jeszcze byłam młodzieżą, nie ciągnęło mnie do czytania młodzieżowych książek. Kojarzyły mi się raczej z ckliwymi, licealnymi romansami albo przygodami młodocianych bohaterów w dżungli, co nie do końca wpisuje się w moje gusta.

Od jakiegoś czasu jednak coraz częściej natrafiam na młodzieżowe powieści, które kompletnie nie wpisują się w ten schemat. Najpierw Marta Kisiel i jej Małe Licho, a teraz to. Przekręt na Van Gogha Derona R. Hicksa – książka, która na myśl przywodzi mi Kod Leonarda da Vinci Dana Browna. Tylko w takiej łagodniejszej i przyjemniejszej wersji.

Recenzja książki „Przekręt na Van Gogha”

Waszyngton. W Narodowej Galerii Sztuki pojawia się chłopiec. Pojawia się znikąd, jest zupełnie sam, a sytuację komplikuje fakt, że cierpi na amnezję. Nie pamięta kim są jego rodzice, kim jest on sam, jak się znalazł w galerii ani jak się nazywa.

Policja oddaje go więc pod opiekę Mary Sullivan – kobiety, która prowadzi coś na wzór tymczasowego domu dziecka i nie straszne są jej nawet najcięższe przypadki.

Tajemniczy chłopiec trafia więc do domu Mary, gdzie poznaje jej córkę, Camille. Ta nadaje mu imię Art (z ang. „sztuka”). Dzieci dość szybko się zaprzyjaźniają. Wkrótce okazuje się, że Art wie naprawdę wiele o sztuce. Za dużo, jak na dwunastoletniego chłopca. Jest to jedna rzecz, która łączy go z przeszłością. Jedyny trop, który może pomóc mu odzyskać wspomnienia.

Poszukując prawdy o Arcie, dwójka naszych bohaterów wpada na trop niebezpiecznej szajki fałszerzy dzieł sztuki. Tym samym znajdują się w centrum niebezpiecznych wydarzeń, zupełnie nieświadomi tego, że to właśnie Art jest celem. Czy uda im się pokonać groźnych ludzi? Czy Art dowie się, kim jest?

Cała akcja powieści rozgrywa się w niespełna dobę. Ale, proszę Państwa, jakie to są intensywne 24 godziny! Tutaj po prostu nie ma miejsca na nudę. Z początku frapuje nas, kim jest tajemniczy chłopiec. Chwilę później, nie mamy już czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ z zapartym tchem kibicujemy dzieciakom, które raz po raz wymykają się śmierci. Nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się być całkowicie beznadziejna.

Tak lekko i przyjemnie napisanej książki nie czytałam już dawno. Akcja dosłownie pędzi. Jest wesoło, przerażająco, a w niektóre momenty naprawdę wzruszają. Są gangsterzy, czarne SUVy, pistolety i mnóstwo, mnóstwo dzieł sztuki i ciekawostek z nimi związanych.

Ukryte w książce kody QR to wisienka na torcie dobrej zabawy. Wraz z bohaterami możemy podziwiać niesamowite dzieła sztuki. Wystarczy tylko zeskanować kod, aby zobaczyć obrazy, o których mowa. Obrazy, które są kluczem do wyjaśnienia wszystkich tajemnic.

Przekręt na Van Gogha to 341 stron. Wydaje się dużo. Wydaje się niemożliwe, żeby przeczytać tę książkę w jeden wieczór. A jednak! Czyta się tak niesamowicie szybko, że nim dopijemy herbatę, jesteśmy już w połowie. I tylko szkoda, że skończyło się tak szybko.

Przekręt na Van Gogha – podsumowanie

Deron R. Hicks stworzył książkę pełną tajemnic i niebezpiecznych intryg. Mamy do tego jeszcze mieszaninę sztuki i nowoczesnych technologii. To wszystko sprawia, że książkę pokocha każdy młody czytelnik! Ale nie tylko. Przecież ja już wcale taka młoda nie jestem, a pokochałam od pierwszego rozdziału (podobnie, jak moja teściowa).

I gdy po raz kolejny ktoś poprosi mnie, żebym poleciła jakąś książkę, która może zachęcić dziecko do czytania, Przekręt na Van Gogha na pewno będzie jedną z nich.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Widnokrąg.

„Noc Sztyletników” – Adam Węgłowski – recenzja

„Noc Sztyletników” – Adam Węgłowski – recenzja

Od wielu lat jestem ogromną fanką świata seryjnych morderców. Czytam, oglądam, zgłębiam psychikę tych ludzi z niesłabnącym zainteresowaniem i fascynacją. Nie jest mi więc obca historia londyńskiego mordercy okrzykniętego przez media Kubą Rozpruwaczem. Zagadka jego tożsamości jest jedną z moich ulubionych zagadek morderczego światka.

Dlatego gdy zaproponowano mi zrecenzowanie książki Noc Sztyletników Adama Węgłowskiego, nie wahałam się ani minuty. Tym bardziej że blurb głosił: „Może tożsamości Kuby Rozpruwacza nigdy nie poznamy?” i zapowiadał akcję osadzoną w centrum słynnych wydarzeń z Whitechapel. I tak też było.

Noc Sztyletników – Adam Węgłowski [recenzja]

Kamil Kord odwiedza swojego dawnego przyjaciela Nikodema Ponara w Londynie w listopadzie 1888 roku, czyli w czasie, kiedy Kuba Rozpruwacz dokonuje najmakabryczniejszych mordów. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, Scotland Yard błądzi po omacku, a nasi bohaterowie rozpoczynają własne śledztwo. W jego toku trafiają na trop pewnego polskiego sztyletnika. I tak naprawdę to o nim, o dawnym polskim powstańcu owładniętym żądzą zemsty, jest ta historia. Sprawa Kuby Rozpruwacza to tutaj niestety tylko tło dla fikcyjnych wydarzeń opartych na historycznych faktach.

Gdy zaczęłam czytać Noc Sztyletników, zachwyciłam się stylem pisania i historyczną wiedzą autora. Nie zdziwiło mnie więc, gdy doczytałam, że Adam Węgłowski jest dziennikarzem (Focus Historia), który zajmuje się historycznymi śledztwami. Jak by nie patrzeć, Noc Sztyletników właśnie śledztwem historycznym jest. I choć na początku byłam zafascynowana wiedzą autora, z biegiem czasu zaczęła mnie ona nudzić…

Monologi, dialogi, wtrącenia – wszystko to zostało nadmiernie naszpikowane historycznymi faktami, które nie tylko spowalniały akcję, ale w wielu przypadkach także nic do niej nie wnosiły. Może dlatego, że nie jestem fanką powieści historycznych, uważam ten zabieg za wadę powieści. Zapewne dla innych, bardziej zainteresowanych taką tematyką czytelników Noc Sztyletników będzie książką bardziej atrakcyjną.

Muszę jednak przyznać, że fabuła stricte kryminalna poprowadzona została w bardzo ciekawy sposób. Intrygi, tajemnice, wciąż piętrzące się pytania bez odpowiedzi i poboczne wątki uczuciowe sprawiły, że nie odłożyłam tej książki, mimo iż czasem się nudziłam. Chciałam po prostu wiedzieć, jak to wszystko się skończy i do czego doprowadzi śledztwo Korda i Ponara. A zakończenie było całkowicie warte (niewielkiego co prawda) wysiłku.

Zmuszona jestem także zwrócić uwagę na fatalne korektę i redakcję tekstu. Akapity rozpoczynające się w środku zdania czy dialogu, źle (albo wcale!) zaakcentowane dialogi pojawiają się naprawdę zbyt często, aby mogło to być niedopatrzenie. O literówkach nawet nie wspomnę. Nie znalazłam jednak informacji, kto się tym zajmował. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę? Bardzo nie lubię takich rażących niedociągnięć. Pod tym względem jestem czytelnikiem całkiem wymagającym. Uważam też, że dobra książka, a taką bez wątpienia jest Noc Sztyletników, bardzo wiele traci na tego rodzaju niedbalstwie.

Noc Sztyletników – Adam Węgłowski [podsumowanie]

Mimo mniejszych i większych wad uważam, że Noc Sztyletników to dobra książka. Kilka momentów sprawiło, że nie mogłam się oderwać, kilka mnie znużyło – bilans wychodzi jednak na plus. Szczególnie że zakończenie zupełnie mnie zaskoczyło. I właśnie dlatego z niecierpliwością czekam na przesyłkę z Krwią Habsburgów – drugą częścią Nocy Sztyletników, po którą sięgnę z przyjemnością.

Marta Matyszczak – „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” – recenzja

Marta Matyszczak – „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” – recenzja

Czy może być coś lepszego niż dobra lektura po wykańczającym, nad wyraz intensywnym czasie? Czy istnieje lepszy sposób na odpoczynek po życiowych zawirowaniach i emocjonujących zmianach niż świetna historia, która jednocześnie bawi, wzrusza i trzyma w napięciu?
Morderstwo w Hotelu Kattowitz Marty Matyszczak wpadło w moje ręce w najbardziej odpowiednim momencie. Takiej książki właśnie potrzebowałam, taką historię chciałam poznać i naprawdę żałuję, że piąta część z serii „Kryminału pod psem” była moją pierwszą.
W katowickim hotelu niższej klasy dochodzi do morderstwa. I to morderstwa nie byle jakiego, ponieważ ofiarą jest słynna na cały kraj DJ Dzidzia – piosenkarka klasy mniej więcej takiej samej, jak hotel, w którym zmuszona była się zatrzymać. Władze hotelu, nie chcąc zaszkodzić swojej i tak nie najlepszej już reputacji, postanawiają wynająć prywatnego detektywa – Szymona Solańskiego. Solański wraz z nieodłącznym kundelkiem Guciem i Różą Kwiatkowską rozpoczynają dochodzenie, które tę bezbłędną gromadę prowadzi prosto w ramiona współczesnego showbiznesu. Ale nie samym śledztwem fabuła żyje, bowiem nasi bohaterowie muszą zmagać się także (a może nawet przede wszystkim) z zawirowaniami życia osobistego.
Nie miałam do tej pory styczności z książkami Marty Matyszczak (nad czym szczerze ubolewam), dlatego pierwszy rozdział wywołał u mnie uczucia raczej mieszane. Pies narratorem? „Kolejny cholerny Komisarz Alex czy inny Rex” – myślałam nieco rozgoryczona. Och, jakże się pomyliłam! Gucio, bo o nim mowa, jest najbystrzejszym kundlem, jakiego dane mi było poznać. Ponadto mistrzowsko włada ciętą ripostą i ironicznym żartem, które po prostu zwaliły mnie z nóg. Nie sposób nie uśmiechnąć się na jego wynurzenia o kiełbasce śląskiej czy prostolinijną ocenę rzeczywistości. Jeżeli kiedykolwiek będę miała psa, który będzie umiał mówić, to pragnę, aby władał językiem tak nietuzinkowym, jakim włada Gucio.
Świat schodzi na psy. Nie, w zasadzie to na kleszcze. Na psy to by mu tylko na dobre wyszło.
Nie cała powieść jednak jest opowiadana z punktu widzenia psa. Reszta narracji prowadzona jest trzecioosobowo, ale nie odbiega ona od lekkości i humoru monologów Gucia. I ja wiem, że to jest kryminał i wiem też, że to powinno być w tej książce najważniejsze, jednak mnie o wiele bardziej pochłonęła miłosna historia Róży i Szymona. Nie oznacza to jednak, że kryminalne elementy były miałkie czy nudne. Nic z tych rzeczy! Fabuła toczy się powoli, aby w odpowiednim momencie nabrać tempa, kilka razy zmienić swój kierunek i zwrot oraz, oczywiście, zaskoczyć czytelnika rozwiązaniem zagadki. I choć jest to komedia kryminalna, Marta Matyszczak nie poszła na łatwiznę, więc nic w tej historii nie zdarzyło się przez przypadek. Wszystko ma swoje miejsce, przysłowiowe ręce i nogi, sens i nadzwyczajny klimat.
I jeszcze Katowice, które były tłem wydarzeń wielu książek, które czytałam. Do tej pory jednak żadna z nich nie wywołała u mnie szczerej chęci lepszego poznania tego miasta. Autorka bardzo drobiazgowo opisuje topografię odwiedzanych przez bohaterów miejsc i robi to z zupełnie niewymuszoną lekkością. Morderstwo w Hotelu Kattowitz w ogóle powinno być synonimem niewymuszonej lekkości i humoru.
Marta Matyszczak w swojej nowej książce nie tylko zachęca chyba wszystkim czytelników do przygarnięcia czworonożnego przyjaciela ze schroniska (ja już zaczęłam szukać swojego Gucia!), ale także oddaje swoisty hołd jednemu ze swoich ulubionych (tak wnioskuję) artystów współczesnej sceny muzycznej – Miuoshowi. Każdy tytuł rozdziału pochodzi bowiem z piosenek katowickiego rapera, a jego muzyka niejednokrotnie gra w tle wydarzeń.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Jestem szczerze zauroczona i na pewno sięgnę po inne „Kryminały pod psem”, ponieważ Marta Matyszczak powiększyła właśnie nieliczne grono pisarek, które potrafią mnie rozbawić.
Podsumowanie:
Autor: Marta Matyszczak
Tytuł: Morderstwo w Hotelu Kattowitz
Strony: 299
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Moja ocena: 8/10
Elizabeth Adler – „Spotkanie w Wenecji” – recenzja

Elizabeth Adler – „Spotkanie w Wenecji” – recenzja

Czy ja w ogóle jestem kobietą? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy sięgam po jakąkolwiek pozycję z literatury typowo kobiecej, czyli w sumie rzadko, bo katować się nie lubię. W ramach poszerzania swoich literackich horyzontów postanowiłam jednak sięgnąć po takową książkę, którą zarekomendowała mi Pani Bibliotekarka. Tym bardziej, że blurb raczej mnie zachęcił.
„Jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc. Błagam spotkaj się ze mną w Wenecji”. Właścicielka paryskiego antykwariatu jest zaskoczona rozpaczliwym telefonem od obcej kobiety. Tym bardziej że nieznajoma twierdzi, że wie coś o jej narzeczonym, który dzień przed planowanym ślubem zniknął bez słowa wyjaśnienia… Z niepokojem, ale i z nadzieją Preshy wyrusza do Wenecji. Nie podejrzewa, że została uwikłana w sieć kłamstw, podstępów i zbrodni.
Taki oto zaraz fabuły znalazłam z tyłu książki. Uwierzyłam więc, że nie będzie tak źle, że to może nie będzie zwyczajny romans, że te thrillerowe wątki sprawią, że będę się świetnie bawiła. Och, jakże się pomyliłam. Znów się pomyliłam. Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler jest bowiem niczym innym jak zwyczajnym romansidłem pełnym bohaterek, których naprawdę nie potrafię zrozumieć (choć bardzo się starałam!), sztampowych kreacji czarnych charakterów i jednego cudownego mężczyzny. I chyba niedługo stracę zaufanie do bibliotekarzy!
Jeżeli chodzi o fabułę, to blurb mówi nam mniej więcej tyle, co wcale. Owszem, są podstępy, są kłamstwa, są też i zbrodnie, jednak nasza bohaterka (wspomniana Preshy) wcale nie jest taka nieświadoma. Wręcz przeciwnie – jest całkowicie świadoma, jednak zbyt głupia i naiwna, żeby tego uniknąć. Do tego mamy jeszcze tajemniczą kobietę – Lily Song – nieznaną kuzynkę Preshy, która mieszka w Chinach, trudni się wykonywaniem podróbek rzeźb i sprzedażą kradzionych dzieł sztuki. Towarzyszy jej Mary-Lou, zimna, zła i przebiegła złodziejka antyków, która za wszelką cenę chce być bogata i, żeby swój cel osiągnąć, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Mało? Mało! W końcu to romans, więc potrzebny jest mężczyzna. I to mężczyzna nie byle jaki, bo istny Adonis, na widok którego wszystkim kobietom miękną nogi i spadają majtki. Bennett robi z bohaterkami, co tylko chce. A wszystko to robi tylko dla pieniędzy. Szok i niedowierzanie! Oczywiście jest też ten dobry mężczyzna, ten, bez którego nie byłoby happy endu. Ale wszystkiego zdradzić nie mogę.
Cała akcja skupia się oczywiście w okół gorącego seksu, zimnego szampana, brudnych pieniędzy oraz wielkich miłości i rozczarowań. I oczywiście naszyjnika. Tajemniczego naszyjnika, od którego wszystko się zaczęło…
Świat przedstawiony to świat ludzi bardzo bogatych, świat ubrań od słynnych projektantów, Ritzów, kawioru, szampana, futer i prywatnych odrzutowców. Co najgorsze jednak, jest to świat naprawdę głupich kobiet (które, mam wrażenie, tylko piją szampana, słuchają śpiewu ptaków, knują jak stać się jeszcze bogatsze lub głupsze), papierowych, szablonowych postaci, przewidywalnej akcji i jałowych dialogów. Nie ma chyba absolutnie nic, co by mi się w tej książce podobało, nic co by do mnie trafiło i poruszyło. Nic.
– Preshy – mruknął przez sen. – Chyba nie potrafię bez ciebie żyć. Wyjdziesz za mnie?
Zakochana w ich romansie, hotelu i tej chwili, nie wahała się ani chwili.
– Tak. – Obsypała jego twarz pocałunkami. 
– Kiedy? – zapytał.
– Teraz – odparła ze śmiechem. 
W notce biograficznej autorki, wydawca umieścił zapis dotyczący jej książek: (…)Ich akcja rozrywa się w najpiękniejszych zakątkach świata. Fakt – mamy Szanghaj, Paryż i moją ukochaną Wenecję ze swoją wyjątkową architekturą i niepowtarzalnym klimatem. Ale cóż z tego, skoro bardziej klimatyczne opisy tych miast znajdziemy na Wikipedii? Adler naprawdę „przeleciała” te piękne miasta po łebkach. Mistrzowsko zmarnowany potencjał… 
Mój mąż znów pytał mnie: „a czego ty znowu tak stękasz? Po co w ogóle sobie to robisz?. Nie mam pojęcia. Ja naprawdę nie wiem, czemu sobie to robię. Czemu nie potrafię po prostu przestać czytać, skoro wiem, że nic między nami nie będzie. Zawsze czytam do końca. Chyba tylko po to, żebym sobie potem mogła ponarzekać i miała co wpisać w podsumowanie roku w kategorii Najgorsza przeczytana książka. Zmarnowane całe popołudnie, a ja nie lubię marnować wolnego czasu, którego i tak mam bardzo mało.
Jeżeli jednak lubicie takie książki, a wiem, że jest masa kobiet, które lubią, to sięgnijcie po nią. Dla fanów tego typu historii na pewno będzie to świetna zabawa. Dla mnie niestety Spotkanie w Wenecji okazało się totalną porażką.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Kategoria: książka z miastem w tytule. Do czego Zuza mnie jeszcze zmusi? Poddać się nie poddam, podjęłam wyzwanie, dam radę! W końcu sama sobie wybieram tytuły. Nie mam do nich jakoś szczęścia. Podobnie jak do ciuchów w lumpeksach.

Pamiętajcie, że do wyzwania może dołączyć każdy, w każdej chwili. Świetna zabawa gwarantowana! (wiem, że brzmi to raczej sarkastycznie po powyższej recenzji, ale to naprawdę prawda!)
Paulina Wróbel – „Tajemnica Sary H.” – recenzja przedpremierowa

Paulina Wróbel – „Tajemnica Sary H.” – recenzja przedpremierowa

Nie często mam okazję pisać recenzje przedpremierowe. Nie do końca nawet wiem, jak je odpowiednio skonstruować. Na moich barkach spoczywa ciężar opowiedzenia o książce tak, aby zbyt wiele nie zdradzić, przemycić w tekście jedynie esencję, która zachęci innych do sięgnięcia po dany tytuł. Cóż… przyszedł czas na recenzję Tajemnicy Sary H., która swoją premierę będzie miała już 6 marca. Do dzieła więc!
Przyznam szczerze, że do debiutantów zwykle podchodzę sceptycznie i raczej niechętnie. Mam świadomość tego, że jest to krzywdzące, bowiem każdy kiedyś zaczynał, prawda? I za każdym razem, kiedy sięgam po debiut tak dobry, jak ten Pauliny Wróbel, marzy mi się, żeby wszystkie pierwsze dzieła tak właśnie wyglądały.
Małgorzata Lindberg to gasnąca gwiazda wielkiego ekranu, która próbuje powrócić na szczyt popularności. Poza tym zwykle trudni się byciem nieznośną, arogancką, wyrachowaną i zimną suką. Małgorzata to typowa, podstarzała gwiazdeczka, która nie umie poradzić sobie z upływającym czasem oraz związanym z nim procesem starzenia. Swoje frustracje wyładowuje na wszystkich i wszystkim, manipulując, wrzeszcząc i zachowując się jak rozkapryszone dziecko. Czegokolwiek by o tej kobiecie nie powiedzieć, pewne jest jedno: Małgorzaty Lindberg nie sposób lubić.
Na skutek pewnego wypadku budzi się jednak w zupełnie innym ciele – ciele młodszym, piękniejszym i posiadającym nieograniczone możliwości. Posiadając swoje wieloletnie doświadczenie oraz piękne ciało, postanawia znów zagościć na wielkim ekranie. Nie będzie jednak tak łatwo, jak mogłoby się wydawać… Właścicielka ciała bowiem wcale nie umarła i nie ma najmniejszego zamiaru zamiaru tak łatwo go oddać.
Kto chociaż raz nie marzył o tym, aby cofnąć się w czasie, zachowując posiadane już doświadczenie i życiową mądrość? Małgorzacie Lindberg poniekąd się to udało, a jej historia pozwala na stworzenie niezwykle zabawnej komedii pełnej absurdalnych perypetii lub egzystencjalnych wynurzeń dotyczących wewnętrznej przemiany. Paulina Wróbel jednak miała wobec nas zupełnie inne plany. I choć historia Małgorzaty Lindberg jest porywająca i niesamowita, stanowi ona jedynie tło, do przedstawienia problemów o wiele poważniejszych. Jednym z nich jest aktualny ostatnimi czasy temat molestowania seksualnego w branży filmowej.
Ale to nie tak, że w historii tej zupełnie zabraknie humoru. Co to, to nie! Jest on serwowany w subtelny, nienachalny sposób. Jest zwyczajny, prawdziwy i przez to jeszcze bardziej zabawny. Autorka nie stara się wywołać śmiechu za pomocą infantylnych dialogów czy wytartych sztampowych tekstów. Ona najzwyczajniej w świecie tworzy sytuacyjny komizm, który jest naturalny, autentyczny i pojawia się dokładnie tam, gdzie jego miejsce.
Jednak to, co w tej książce jest najlepsze, to kreacja głównej bohaterki Małgorzaty Lindberg, której – jak już wspomniałam – nie da się lubić. Jest ona jednak wprawną manipulatorką. Tak wprawną, że manipuluje nie tylko osobami w swoim otoczeniu, ale także czytelnikiem. I tak jakoś z biegiem czasu zaczynamy jej kibicować, gdzieś tak w środeczku, nieśmiało trzymamy za nią kciuki. To właśnie Paulinie Wróbel wyszło w sposób mistrzowski!
Chcecie więcej? A proszę bardzo. Obok świetnego humoru i niebanalnej, wciągającej historii mamy jeszcze kilka duchów, równie nietuzinkowych medium, osobiste tragedie, wielkie miłości i mniejsze romanse oraz wyścig szczurów. Wszystko to osadzone w bezwzględnym świecie telewizji, prasy, internetu, show-biznesu i skandali.
Zakończenie jest dokładnie takie, jakie powinno znaleźć się w książce, która będzie miała swoją kontynuację. I to daje mi nadzieję na to, że to jeszcze nie koniec przygód obezwładniających postaci, nie koniec romansów i karier. Trzymam kciuki za kolejną część, której będę wypatrywać, jak dziecko pierwszej gwiazdki.
Tajemnica Sary H. to książka, która nie tyle wciąga, co pochłania. Od pierwszych stron. Po wizycie kuriera i rozpakowaniu paczki pomyślałam sobie, że „zerknę na kilka pierwszych stron”. Nim się zorientowałam przeczytałam pierwszą setkę na stojąco w kuchni. Najzwyczajniej wsiąkłam. A to jest chyba najlepsze, co książka może zrobić. Tajemnica Sary H. od dziś jest jednym z moich ulubionych debiutów.

Jo Nesbø – „Pierwszy śnieg” –  recenzja

Jo Nesbø – „Pierwszy śnieg” – recenzja

Skandynawska literatura kryminalna swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Ludziom znudziły się mroźne, ponure klimaty północy i krew barwiąca śnieg na karmazynowy kolor. Moja fascynacja tą literaturą także już osłabła (szczególnie po ogromnym rozczarowaniu Laurą J. K. Johanssona) i niezwykle rzadko sięgam po książki pochodzące z tamtych rejonów. Ominęła mnie więc wielka fascynacja Jo Nesbø i cyklem o detektywie Harrym Hole’u. W ramach pewnego wyzwania postanowiłam jednak sięgnąć po Pierwszy śnieg – siódmy tom tegoż cyklu.
Kiedy pierwszy śnieg pokrył ulice Oslo, na podwórku Brite Becker stanął bałwan. Nie był on jednak dziełem jej syna i męża. Tego samego dnia kobieta ginie. Komisarz Harry Hole tymczasem dostaje anonimowy list, którego autorem jest tajemniczy „Bałwan”. Zaczyna zauważać pewne związki między tajemniczymi zaginięciami zamężnych kobiet na przestrzeni kilku ostatnich lat – zawsze wtedy, gdy pojawia się pierwszy śnieg. Podejrzewa, że w Norwegii grasuje seryjny morderca, a sam Bałwan może okazać się największym zbrodniarzem, jakiego znał ten kraj. Kim jest Bałwan? Jakie tajemnice z przeszłości wyjdą na jaw? Kogo jeszcze dopadnie psychopata, zanim zostanie złapany? I czy aby na pewno ten, kto został złapany, jest Bałwanem? 
Lubię kryminały, których autor bez skrupułów pogrywa sobie z czytelnikiem. Nesbø prowadzi natomiast grę pozorów na najwyższym poziomie. Podrzuca tropy, pozwala myśleć nam, że wiemy, aby w krótkiej chwili, za sprawą jednego maleńkiego szczegółu udowodnić, jak łatwo jest się pomylić. Bardzo cenię sobie również fakt, że Harry Hole nie do końca jest szablonowym bohaterem. Fakt – nadużywa alkoholu, jest zarozumiały i ma różnorodne problemy. Nie odniosłam jednak wrażenia, żeby był jakoś nad wyraz uzdolniony, posiadał nadprzyrodzone moce, niczym bohaterowie uniwersum Marvela (to ostatnio bardzo powszechne). Harry Hole jest zwykłym człowiekiem – ma swoje demony i problemy. Pozostaje przy tym po prostu świetnym policjantem. Nie jest również jak Joanna Chyłka ze słynnej polskiej serii, która to po mocno zakrapianych wieczorach, rano puszcza pawia i z czystym, jak kryształ umysłem idzie do pracy. Hole umie mieć kaca, jak każdy normalny człowiek. Wielki plus dla Nesbø za stworzenie postaci z pozoru szablonowej, która gdzieniegdzie się tym szablonom wymyka. 
Jeśli się czegoś szuka, łatwo jest przeoczyć coś ważnego.
 
Nie lubię natomiast uczucia, które towarzyszy mi, gdy wymyślę swoje alternatywne rozwiązanie zagadki, a ono okazuje się tym właściwym. Niestety dzieje się tak coraz częściej, co zarazem sprawia, że coraz rzadziej sięgam po kryminały. W tym przypadku było tak samo. Mniej więcej w okolicach setnej strony już wiedziałam. Kilka plot twistów faktycznie sprawiło, że szczerzej otworzyłam oczy i mocno się zdziwiłam, jednak samego zakończenia szybko się domyśliłam.
Pierwszy śnieg to jednak naprawdę świetny kryminał – mroczny, pełen zagadek, trzymający w napięciu i nie jeden raz zaskakujący. Odniosłam również wrażenie, że jest „skondensowany” i jest to jego zaleta. Chodzi o to, że to, że Nesbø na 50 stronach mieści to, co większość rozciągnęłaby na 200. Dzięki temu 400 stron wystarczyło, aby stworzyć świetną, pełną szczegółów i zwrotów akcji historię z pełnokrwistymi bohaterami, którzy sprawiają, że wydaje się być ona żywa.
Choć na początku miałam wrażenie, że Pierwszy śnieg to kolejna przeciętnie napisana książka, w której wszelkie zabiegi językowe ograniczają się do zwykłego „był, zrobił, poszedł, wrócił, napił się”, po kilku rozdziałach przekonałam się, że Nesbø umie nie tylko w detektywistyczne historie, ale także w ładne pisanie. W subtelny sposób nawiązuje do popkultury, polityki i aktualnych sobie wydarzeń. Buduje z pozoru proste, suche zdania, które tak naprawdę pełne są emocji. Przemyca istotne szczegóły w taki sposób, żeby nie zwrócić na nie uwagi od razu. A ja lubię, takie historie, w których od samego początku trzeba wytężyć uwagę, bo wszystko może okazać się istotne. Tym bardziej, że kompozycja bywa nieco zaburzona chronologicznie. Ponadto Jo Nesbø dotyka tematu małżeńskich zdrad, nieślubnych dzieci, które wychowują niczego nieświadomi ojcowie.
Może głupotą jest zaczynać cykl od siódmego tomu. Nie wpłynęło to jednak szczególnie na moją ocenę książki. Z całą pewnością wrócę do początku serii i ponownie dam się porwać mrocznym i mroźnym klimatom Skandynawii oraz nietuzinkowemu komisarzowi.


Książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny, kategoria: zimowy tytuł. Czy coś lepiej nadaje się na zimowy tytuł niż skandynawski kryminał?