Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Magdalena Prekiel – „Z Czadem w Bieszczadach” – recenzja

Wakacje w pełni. Sezon urlopowy trwa. Niektórzy wakacyjne wyjazdy mają już za sobą, niektórzy wciąż nie zdecydowali się, gdzie pojechać. U mnie wybór jest zawsze taki sam – góry! I choć lubię także może, ciepłe plaże i leniwe wygrzewanie się na słońcu, gdy tylko mam chwilę czasu, wybieram jednak góry. Szczególnie ukochałam sobie nasze Bieszczady. Dlatego właśnie z miłą chęcią objęłam patronatem książkę „Z Czadem w Bieszczadach. Przewodnik dla dzieci (i rodziców)”.

Z Czadem w Bieszczadach – Magdalena Prekiel

Wakacje z dzieckiem potrafią być męczące, nieprawdaż? Zabierając dziecko na wakacje w góry, musimy pamiętać o tym, że piękne widoki nie wystarczą. Długie, bezcelowe z punktu widzenia dziecka wędrówki zwykle powodują jęczenie, marudzenie i ogromne zmęczenie. Dla dziecka bowiem wszytko powinno być atrakcją. A z przewodnikiem Z Czadem w Bieszczadach tak właśnie będzie!

Z Czadem w Bieszczadach – recenzja

Ten uroczy przewodnik podzielony został na strony dla rodziców i strony dla dziecka. Pomiędzy nimi znajdują się historyjki i legendy opowiadane przez uroczego Czada.

Strony dla rodziców zawierają praktyczne wskazówki, jak korzystać z przewodnika, aby wyprawa w góry była dla dziecka nie lada atrakcją! Strony dla dzieci natomiast pełne są łamigłówek, zabaw, kolorowanek itp.

Jak korzystać z przewodnika?

Przed każdą wyprawą w góry należy przeczytać dziecku historię związaną z miejscem, które będzie odwiedzać. Dzięki temu pobudzimy jego ciekawość i sprawimy, że dziecko będzie wiedziało, na co właściwie patrzy. W czasie wędrówki po górskich szlakach czy zwiedzania muzeum przypominajmy dziecku poznaną historię, zadawajmy pytania i sprawmy, że dziecko będzie świetnie się bawić, będąc małym zdobywcą! A jest co zdobywać. W książce znalazło się bowiem specjalne miejsce na pieczątki z najciekawszych miejsc, które możemy zwiedzić w Bieszczadach. Po zebraniu wszystkich dziecko otrzymuje Dyplom Zdobywcy Bieszczad, który znajduje się na końcu książki. Do wycięcia mamy tutaj także monety, puzzle czy quiz. Natomiast po każdej historii znajdziemy strony z zadaniami dla dziecka. Wypełniając je, maluch utrwali sobie to, czego się nauczył danego dnia.

Na szczególną uwagę zasługuje także graficzna oprawa przewodnika – przepiękne zdjęcia oraz urocze ilustracje Michała Motłocha. Dzięki nim książka zyskuje charakter swoistego albumu, który dziecko dodatkowo uzupełni swoją twórczością. A ja wprost uwielbiam takie zabawy i nie mogę się doczekać, aż Pokurcz dorośnie wystarczająco, żeby zabrać go w Bieszczady! Wspólne czytanie i rozwiązywanie zadań nie tylko rozwija dziecko, ale także umacnia więź z rodzicami. Bo to przecież nasz czas i nasza uwaga są dziecku najbardziej potrzebne. Dzięki takim pozycjom, jak Z Czadem w Bieszczadach, ten czas będzie jeszcze zabawniejszy!

Historie i legendy opowiadane przez Czada są interesujące i zabawne, co szczególnie widać w dialogach i figlarnych żarcikach.

Z Czadem w Bieszczadach

Z Czadem w Bieszczadach to pierwsza książka, którą objęłam swoim patronatem i bardzo się cieszę, że trafiło właśnie na nią! Magdalena Prekiel stworzyła przewodnik, który pobudza fascynację górami wśród dzieci, a dorosłym pomaga „przetrwać” górskie wakacje z dzieckiem.

Polecam wszystkim amatorom górskich wędrówek, którzy na kolejny wypad wybierają się ze swoimi pociechami!


Wydawnictwo STAPIS

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

Literatura młodzieżowa

Czytanie przygodowych książek dla młodzieży sprawia mi teraz więcej radości, niż wtedy, gdy faktycznie byłam młodzieżą. Nie wiem, skąd się to bierze. Od jakiegoś czasu coraz częściej sięgam po tytuły dedykowane młodszym czytelnikom i bawię się przy tym wyśmienicie

Kiedy ogłoszone zostały czerwcowe kategorie Trójki e-pik, ucieszyłam się bardzo, ponieważ pasowały one idealnie do kilku zalegających na stosiku tytułów. Kiedy zabrałam się za czytanie książki z trzeciej, ostatniej już kategorii, nieco ostygł mi entuzjazm. Młodzieżowa przygoda, którą wybrałam, postanowiła być książką trudną i w sumie jednak niepasującą do kategorii. Na szczęście tego samego dnia zainwestowałam w abonament Legimi (no, w końcu!) i… wybrałam losowy tytuł z kategorii książek przygodowych. Och, dziękuję Ci ludzkości za ten wspaniały wynalazek, jakim jest Legimi! Bez tego pewnie nigdy na tę książkę bym nie trafiła. I straciłabym naprawdę wiele. 

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – fabuła

Dwunastoletniego Igora wychowuje samotny ojciec – archeolog. Każde wakacje chłopak spędza więc na różnych wykopaliskach. Tego lata historia znów się powtarza – Igor wyjeżdża z ojcem na wykopaliska nad jeziorem Gopło. Poznaje tam swoją rówieśniczkę Hankę. I już od samego początku wiadomo, że te wakacje będą inne. 

NIkt bowiem nie spodziewał się spotkać tutaj gadających myszy, hologramu pewnego znanego czarodzieja w towarzystwie koguta czy dawnego władcy Polski w wydaniu zombie. Igor i Hanka nie mieli pojęcia, że tego lata będą musieli pozbyć się licha pracującego w korporacji czy rozszyfrowywać przepowiednie wieszczek i guślarzy. A to i tak tylko początek. 

Śledztwo prowadzone przez dwoje detektywów ujawni mroczne tajemnice, o których nigdy nie mówiło się głośno w domu chłopca. Wkrótce okaże się również, że Hanka, Igor i ich przyjaciele muszą uratować świat. Wszystko zależy teraz od nich. 

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

Nie wiem nawet od tego zacząć moje zachwyty, ponieważ Mysia Wieża pełna jest doskonałości. Zacznę może jednak od klimatu tej opowieści. Lato, wakacje, tajemnica do rozwikłania i dzieciaki jeżdżące na rowerach. Brzmi znajomo? Owszem! Jest to jeden z moich ulubionych motywów literackich. A jeżeli jeszcze dołożyć do tego słowiańską mitologię i historię, której znudziło się już bycie tylko historią, otrzymujemy wybuchową mieszankę idealną! 

Narracja poprowadzona jest z dwóch perspektyw – Hanki i Igora. Choć każde z dwójki dzieci wydaje się pochodzić nie z tej epoki, w rzeczywistości są od siebie bardzo różni, jak ogień i woda. To właśnie sprawia, że opisywane z dwóch perspektyw wydarzenia zaczynają żyć, bawić i naprawdę wciągać czytelnika w wir tych szalonych wydarzeń

Mojej uwadze nie umknęły także błyskotliwe dialogi – naturalne i niewymuszone. A to rzadkość w przypadku książek dla dzieci czy młodzieżowych. Jako dzieciaki z innej epoki, Hanka i Igor posługują się charakterystycznym dla siebie żargonem. I jest to, ku mojej radości, działanie konsekwentne i przemyślane. W istocie każdy bohater Mysiej Wieży jest świetnie skonstruowany. Nawet poboczne postaci zdają się mieć szkielet i charakter, którymi nie mogą się poszczycić niektórzy pierwszoplanowi bohaterowie wielu książek. 

I choć w teorii jest to książka dla dzieci, w praktyce nie wszystko może zostać przez najmłodszych czytelników zrozumiane. Mnóstwo jest bowiem w Mysiej Wieży historii, faktów i poważnych sytuacji, dzięki którym tak naprawdę wszyscy będą świetnie bawić się podczas lektury.

Sięgamy więc po młodzieżową książkę przygodową, a otrzymujemy genialną hybrydę powieści sensacyjnej, przygodowej, historycznej i fantastycznej, okraszoną niekiedy delikatnym dreszczykiem grozy. Wszystko w tej historii ma odpowiednio wyważone proporcje – humor, magia, historia, dialogi, archeologia i wakacyjna przygoda, którą przeżywamy wraz z bohaterami i wcale nie mamy ochoty jej kończyć!

A.Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – podsumowanie

Mysia Wieża sprawiła, że pewnego dnia przegapiłam swój przystanek w drodze do pracy. Wsiąknęłam całkowicie, zapomniałam, gdzie jestem, bo duchem byłam w Kruszwicy, szukając podstępnej Dragomiry. I wydaje mi się, że jest to najlepsze słowo podsumowania. 

Wprost nie mogę się doczekać kolejnych książek z serii „Dzieci dwóch światów”. Mam nadzieję, że historia Hanki i Igora dopiero się zaczęła

Wydawnictwo: Galeria Książki


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: młodzieżowa przygoda.

Znów mi się udało trójkę ukończyć i jestem z siebie bardzo zadowolona. Tym bardziej, że ta trójka nie stanowiła jedynych książek, jakie udało mi się przeczytać w czerwcu!

Niebawem widzimy się więc z kolejnej recenzji!

Mikołaj Marcela – „Best Seler i zagadka znikających warzyw” – recenzja

Mikołaj Marcela – „Best Seler i zagadka znikających warzyw” – recenzja

Jedzenie w roli głównej

O tym, jak bardzo lubię jeść pisałam w ŚBKowym wpisie tematycznym, natomiast o tym, jak wiele frajdy dostarcza mi ożywione jedzenie, wspominałam przy okazji recenzji książki Krzysztofa Bonka Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili. Oczka mi się zaświeciły, gdy na pewnym blogu znalazłam swojego czasu recenzję kolejnej książki z pożywieniem w roli głównej. Wiedziałam, że prędzej czy później po tę książkę sięgnę.

A stało się to nawet prędzej, ponieważ autorka rzeczonego bloga wymyśliła sobie wyzwanie i wymyśliła sobie kategorię, do której wyżej wspomniana książka z jedzeniem w roli głównej idealnie pasuje.

Mikołaj Marcela – Best Seler i zagadka znikających warzyw – fabuła

Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się warzywom nie śniło.

Jarzynowo. Mała miejscowość położona na skraju Wielkiego Lasu, zamieszkiwana przez przeurocze, a jakżeby inaczej, warzywa. Tutaj porządku strzeże szeryf Best Seler, stary Hilary Czosnek opowiada fascynujące historyjki, a nauczyciel biologii Bartłomiej Brokuł jest specem od technologii kryminalistycznych.

Życie warzyw w Jarzynowie toczy się spokojnie i beztrosko. Do czasu, aż pewnego dnia Anielka Brukselka, córka Augusty Kapusty, nie wraca do domu po imprezie u koleżanek. Jej zaginięcie wstrząsa społecznością Jarzynowa. Tym bardziej, że kilkanaście lat wcześniej miało miejsce podobne zniknięcie. Niestety, Maliny Pomidor nie odnaleziono po dziś dzień, a sprawa jej zniknięcia nigdy nie została wyjaśniona.

Best Seler wszczyna śledztwo. Jest jednak przekonany, że zniknięcie Anielki Brukselki to zwyczajny, nastoletni wyskok. Nie wierzy, aby porwał ją Wampij lub inny stwór, w co uparcie wierzy młodsza siostra Anielki – Melka Brukselka.

Wkrótce dochodzi do kolejnych zaginięć. Melka Brukselka i Kornelka Brukselka postanawiają odnaleźć siostrę na własną rękę, pewne, że nie ma jej już w Jarzynowie. Ani jej, ani Dżesiki Papryki… Śledztwo Besta natomiast wyciąga na światło dzienne wstydliwe tajemnice mieszkańców Jarzynowa.

Czy tej radosnej, pełnej witamin ekipie uda się odnaleźć zaginione warzywa?

Mikołaj Marcela – Best Seler i zagadka znikających warzyw – recenzja

Mateńko! Jakaż to jest wspaniała historia. Opisywana jest jako „kryminał vege dla dzieci w każdym wieku”. I, zaiste, kryminałem jest. Ale nie tylko.

Best Seler i zagadka znikających warzyw to także przezabawny… dreszczowiec i thriller. Tak! Mroczne lasy, Wampije i inne straszne stwory, które powodują gęsią skórkę na skórkach małych warzyw, pistolety, śmierć, intrygi, romanse – wszystko to znalazło się w tej krótkiej, uroczej historyjce.

Co więcej, autor w niemal mistrzowski sposób bawi się konwencją, intertekstualnością i popkulturą. Większość literackich i kulturowych nawiązań (Inwokacja Adama Bakłażana z Pana Bakłażana, czyli Pierwszych Wykopków w Jarzynowie czy prasowa rubryka Piszę, jak jest, którą prowadzi Mariusz Jakub Bób) zapewne nie będzie zrozumiana przez młodszych czytelników. Stanowią one jednak rarytas dla starszych i dla rodziców, którzy czytają Best Selera swoim pociechom. Ja bawiłam się przewybornie.

Był dreszczyk grozy, był humor, tajemnica do rozwikłania, podejrzani mnożący się jak grzyby po deszczu, intrygi, potwory i przeuroczy bohaterowie o jeszcze bardziej urokliwych imionach. Ale przede wszystkim Best Seler i zagadka znikających warzyw to ogrom świetnej zabawy.

A zakończenie? Całkowicie zaskakujące i nieco dramatyczne. Znalazło się jednak miejsce także na happy-end. Krótko mówiąc, zakończenie zawierało wszystko to, co zakończenie zawierać powinno. Mnie jednak najbardziej cieszy, że autor pozwolił nam mieć nadzieję na to, że jeszcze kiedyś wrócimy do Jarzynowa. Och, jakże byłoby cudownie!

Mikołaj Marcela – Best Seler i zagadka znikających warzyw – ebook

Swój egzemplarz Best Selera zakupiłam w formie ebooka i muszę przyznać, że jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Jest to jeden z najlepiej wydanych ebooków, jakie miałam okazję czytać. Żadnych błędów czy rozjeżdżającego się tekstu. Ponadto przepiękne ilustracje Małgorzaty Flis, które wcale nic nie straciły w wersji elektronicznej (miałam możliwość porównania z wersją papierową). Po prostu cudeńko! Nie omieszkam jednak zaopatrzyć się także w papierowe wydanie.

Mikołaj Marcela – Best Seler i zagadka znikających warzyw – podsumowanie

Ostatnimi czasy coraz więcej u mnie książek młodzieżowych i książek dla dzieci. Do niedawna nie byłam nawet świadoma, jak rewelacyjne są to tytuły. Po Małym Lichu Marty Kisiel i Przekręcie na Van Ghoga Derona R. Hicksa przyszła kolej na Best Selera, który który całkowicie mnie zauroczył. Może to za sprawą tych sympatycznych imion, może za sprawą ciekawej, nietuzinkowej fabuły, na pewno jednak dzięki ożywionemu jedzeniu.

Jestem przekonana, że każde dziecko, każdy nastolatek i każdy dorosły będą rewelacyjnie się bawić podczas lektury Best Selera.

A ja zyskałam kolejną książkę, którą mogę polecać, jako zachętę do czytania dla dzieci. I jak szeryf Seler ich nie zachęci, to ja już nie wiem, co by to mogło być!

Wydawnictwo Literackie


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny. Kategoria: coś pysznego!

Wracam do gry! Pamiętajcie, że w każdej chwili też możecie dołączyć do wyzwania.

Nie trzeba mieć bloga, nie trzeba pisać recenzji. Wystarczy dzielić się swoimi osiągnięciami na blogu Zuzy!


Deron R. Hicks – „Przekręt na Van Gogha” – recenzja

Deron R. Hicks – „Przekręt na Van Gogha” – recenzja

Literatura młodzieżowa

Troszkę żałuję, że wtedy, kiedy wciąż jeszcze byłam młodzieżą, nie ciągnęło mnie do czytania młodzieżowych książek. Kojarzyły mi się raczej z ckliwymi, licealnymi romansami albo przygodami młodocianych bohaterów w dżungli, co nie do końca wpisuje się w moje gusta.

Od jakiegoś czasu jednak coraz częściej natrafiam na młodzieżowe powieści, które kompletnie nie wpisują się w ten schemat. Najpierw Marta Kisiel i jej Małe Licho, a teraz to. Przekręt na Van Gogha Derona R. Hicksa – książka, która na myśl przywodzi mi Kod Leonarda da Vinci Dana Browna. Tylko w takiej łagodniejszej i przyjemniejszej wersji.

Recenzja książki „Przekręt na Van Gogha”

Waszyngton. W Narodowej Galerii Sztuki pojawia się chłopiec. Pojawia się znikąd, jest zupełnie sam, a sytuację komplikuje fakt, że cierpi na amnezję. Nie pamięta kim są jego rodzice, kim jest on sam, jak się znalazł w galerii ani jak się nazywa.

Policja oddaje go więc pod opiekę Mary Sullivan – kobiety, która prowadzi coś na wzór tymczasowego domu dziecka i nie straszne są jej nawet najcięższe przypadki.

Tajemniczy chłopiec trafia więc do domu Mary, gdzie poznaje jej córkę, Camille. Ta nadaje mu imię Art (z ang. „sztuka”). Dzieci dość szybko się zaprzyjaźniają. Wkrótce okazuje się, że Art wie naprawdę wiele o sztuce. Za dużo, jak na dwunastoletniego chłopca. Jest to jedna rzecz, która łączy go z przeszłością. Jedyny trop, który może pomóc mu odzyskać wspomnienia.

Poszukując prawdy o Arcie, dwójka naszych bohaterów wpada na trop niebezpiecznej szajki fałszerzy dzieł sztuki. Tym samym znajdują się w centrum niebezpiecznych wydarzeń, zupełnie nieświadomi tego, że to właśnie Art jest celem. Czy uda im się pokonać groźnych ludzi? Czy Art dowie się, kim jest?

Cała akcja powieści rozgrywa się w niespełna dobę. Ale, proszę Państwa, jakie to są intensywne 24 godziny! Tutaj po prostu nie ma miejsca na nudę. Z początku frapuje nas, kim jest tajemniczy chłopiec. Chwilę później, nie mamy już czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ z zapartym tchem kibicujemy dzieciakom, które raz po raz wymykają się śmierci. Nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się być całkowicie beznadziejna.

Tak lekko i przyjemnie napisanej książki nie czytałam już dawno. Akcja dosłownie pędzi. Jest wesoło, przerażająco, a w niektóre momenty naprawdę wzruszają. Są gangsterzy, czarne SUVy, pistolety i mnóstwo, mnóstwo dzieł sztuki i ciekawostek z nimi związanych.

Ukryte w książce kody QR to wisienka na torcie dobrej zabawy. Wraz z bohaterami możemy podziwiać niesamowite dzieła sztuki. Wystarczy tylko zeskanować kod, aby zobaczyć obrazy, o których mowa. Obrazy, które są kluczem do wyjaśnienia wszystkich tajemnic.

Przekręt na Van Gogha to 341 stron. Wydaje się dużo. Wydaje się niemożliwe, żeby przeczytać tę książkę w jeden wieczór. A jednak! Czyta się tak niesamowicie szybko, że nim dopijemy herbatę, jesteśmy już w połowie. I tylko szkoda, że skończyło się tak szybko.

Przekręt na Van Gogha – podsumowanie

Deron R. Hicks stworzył książkę pełną tajemnic i niebezpiecznych intryg. Mamy do tego jeszcze mieszaninę sztuki i nowoczesnych technologii. To wszystko sprawia, że książkę pokocha każdy młody czytelnik! Ale nie tylko. Przecież ja już wcale taka młoda nie jestem, a pokochałam od pierwszego rozdziału (podobnie, jak moja teściowa).

I gdy po raz kolejny ktoś poprosi mnie, żebym poleciła jakąś książkę, która może zachęcić dziecko do czytania, Przekręt na Van Gogha na pewno będzie jedną z nich.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Widnokrąg.

Marta Kisiel – „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – recenzja

Marta Kisiel – „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – recenzja

Pamiętam ze swojego dzieciństwa okres wielkich oczekiwań na premiery kolejnych książek z serii o Harrym Potterze. Pamiętam, jak ten mały czarodziej obudził we mnie miłość do czytania. Od tamtego czasu nie było takich wakacji, których nie rozpoczęłabym lekturą wszystkich części Harry’ego Pottera, po których następował maraton filmowy. I za każdym razem jest tak samo – tak samo magicznie, tak samo niesamowicie. I wiecie co? Bardzo możliwe, że nasze dzieci będą z taką samą miłością i zaangażowaniem zaczytywać się w historiach o małym aniołku z alergią na pierze i jego radosnej ekipie, która to z książki na książkę wciąż się powiększa. Życzyłabym tego sobie i życzyłabym tego Marcie Kisiel.

Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów… albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki.
Małe Licho i tajemnica Niebożątka to kolejna po Dożywociu, Sile Niższej i Szaławile opowieść z uniwersum Lichotki i okolic. Ta jednak dedykowana jest przede wszystkim dzieciom (tym nieco większym), ale zapewne przypadnie do gustu także dorosłym, szczególnie fanom Ałtorki.
Niebożątko, Bożek, Bożęty… Ten dziewięciolatek nie tylko imię ma niezwykłe. Na ogół rzecz biorąc, niezwykłe ma wszystko, poczynając od ojca – seryjnego samobójcy zakochanego w romantycznej poezji oraz robótkach ręcznych, poprzez nietuzinkową rodzinkę i zasmarkanego anioła stróża, aż po swoją wielką tajemnicę. Tajemnicę, której strzeże, jak największego skarbu, jak wielofunkcyjnych chrabąszczy. Tajemnicę, która wkrótce może wyjść na jaw, bowiem wujek Konrad zarządził, że Bożek idzie do normalnej szkoły… I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Bożek nie znał za bardzo innego świata niż ten, który od urodzenia go otaczał. Nie wiedział nawet, czym właściwie jest ta cała szkoła. Nie rozumiał, po co mu ten cały świat. I Licho też nie rozumiało. Tym bardziej, że to wydarzenie zmieniło tak naprawdę wszystko…
Małe Licho i tajemnica Niebożątka to pełna ciepła i miłości opowieść o tym, co jest w życiu dzieci  (i nie tylko!) najważniejsze. Marta Kisiel zauważa i porusza naprawdę istotne dla dziecka problemy – brak rodzica, obojętność dorosłych, brak zrozumienia i akceptacji czy fakt wielkiego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest pójście do szkoły. Uczy także tolerancji i pokazuje, że bycie innym wcale nie jest złe, że bycie innym to tak naprawdę bycie kimś wyjątkowym. To wszystko sprawia, że opowieść ta, choć dedykowana dzieciom, jest bardzo dojrzała i pozbawiona infantylności, którą można przypisać większości tego typu książek. Mało tego! Małe Licho to książka pełna grozy, którą podkreśla romantyczna ballada J. W. Goethego Król Elfów, towarzysząca Niebożątku niemal od narodzin.
Nie byłabym sobą, gdybym nie rozpłynęła się właśnie w tym momencie nad językiem, co uczynić zamierzam. Małe Licho napisane jest językiem prostym, a zarazem bogatym. Ałtorka nierzadko używa słów, które dla dziecka mogą być niezrozumiałe. Po co? A pewnie po to, żeby dziecko zapytało: mamo/tato, a co to jest abdykacja? (Trochę to sadystyczne ze strony Marty Kisiel – jakby dzieci zadawały za mało pytań z gatunku: a co to jest? a po co? a to, co to jest?). To właśnie sprawia, że książka ta edukuje, naprawdę edukuje, wzbudza ciekawość i chęć rozumienia. Nie zabrakło tu również zabawy słowem, zabawy formą i w ogóle żadnej zabawy w Małym Lichu nie zabrakło.
Jeden z moich ulubionych fragmentów Małego Licha to ten, w którym Ałtorka opisuje beztroski czas lata, niczym nieskrępowanej zabawy. Ach, jak ja uwielbiam takie opowieści! To słońce, ten czas ciągnący się w jego promieniach, jak cukierki krówki, te zabawy, wygłupy, czysta, dziecięca radość. To jest to, za czym tak bardzo się tęskni, gdy jest się już dorosłym…
Stary dom ożywał i zaczynał się ten najwspanialszy ze wszystkich czas. Czas długich i ciepłych dni, czas okien otwartych na oścież, czas buszowania po ogrodzie, podjadania owoców prosto z krzaczka, tarzania się w świeżo skoszonej trawie (dopóki mama nie zobaczyła plam na ubraniach), czas szaleństw w stawie, nocowania w namiotach i jedzenia pieczonych ziemniaków prosto z ogniska, chociaż parzyły język i palce.
Małe Licho i tajemnica Niebożątka wciąga, bawi, śmieszy, straszy, wzrusza i uczy. Pokazuje pewne rzeczy nie tylko dzieciom, ale zauważa także to, na co dorośli powinni zwrócić uwagę. Czego więcej chcieć od książki dla dzieci? Może kilka naprawdę wyjątkowych ilustracji? A proszę bardzo! Paulina Wyrt wykonała kawał naprawdę zachwycającej roboty. Jej ilustracje (a dużo ich tutaj, oj dużo!) są  po prostu przepiękne, oddają klimat historii i pomagają młodszym czytelnikom sobie ją lepiej wyobrazić.

Ja osobiście w Małym Lichu odnalazłam to, za co wiele lat temu pokochałam Harry’ego Pottera. Odnalazłam miłość, przyjaźń, wiarę. Odnalazłam akceptację, tolerancję i grozę. Żadnej innej książce wcześniej nie udało się dotknąć tej części mojej świadomości tak wyraźnie, jak przed wieloma laty zrobiła to Rowling. Marta Kisiel naprawdę to zrobiła, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Ilustracje: Paulina Wyrt
Dla dzieci: +10 lat
Strony: 204
Wydawnictwo: Wilga – GW Foksal
Moja ocena: 10/10