Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Co to jest Linia Maginota?

Linia Maginota (fr. Ligne Maginot) – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie mówiąc o „Linii Maginota” ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Maginota

Po przeczytaniu całej definicji, genezy i historii, po zapoznaniu się z kształtem, zastosowaniem bojowym oraz rozmieszczeniem umocnień Linii Maginota, wciąż nie mam pojęcia, dlaczego debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza zyskała właśnie taki tytuł.

Zastanawiam się również, czy blurb Linii Maginota pisał ktoś, kto faktycznie przeczytał tę książkę. Bo naprawdę ma on niewiele wspólnego z tą historią.

Zastanawia mnie, czy osoby wymienione jako odpowiedzialne za przeprowadzenie redakcji i korekty tej książki, faktycznie swoją pracę wykonały.

Pierwszy raz od dawna odczułam ulgę, że dobrnęłam do końca. I jest mi bardzo przykro, ponieważ krytykować nie lubię…

Maksym Aleksandrowicz – Linia Maginota

Linia Maginota – fabuła

Adam to przedsiębiorca, który prowadzi niewielką firmę budowlaną, zatrudniającą dwóch pracowników – Ryszarda i Patryka. Cała trójka przyjaźni się. Ledwo wiążąc koniec z końcem, mężczyźni trzymają się razem nawet wtedy, gdy pojawiają się problemy natury finansowej i szef nie ma z czego wypłacić wynagrodzenia.

Ich życie odmienia się – niestety nie na lepsze – gdy Adam postanawia przyjąć pewne zlecenie. Sytuacja staje się napięta już wtedy, gdy pojawiają się opóźnienia w wypłatach. Zaognia się jednak dopiero wtedy, gdy Adam staje się świadkiem morderstwa swojego zleceniodawcy.

Od tej chwili cała trójka będzie musiała uciekać, aby ochronić siebie i swoich najbliższych. Wkrótce okaże się, że ucieczka nie jest możliwa, bo zabójcy to międzynarodowa, zorganizowana grupa przestępcza, która posiada swoich ludzi nawet w wymiarze sprawiedliwości i organach ścigania.

Kto jest kim i komu można zaufać? Czy w takiej sytuacji można zaufać komukolwiek?

Linia Maginota – recenzja

Po lekturze kilkudziesięciu stron zorientowałam się, że Linia Maginota nie jest tym, czego oczekiwałam. Brnąc dalej, utwierdzałam się w przekonaniu, że w sumie wyszło na dobre, bo historia jest naprawdę ciekawa. I nie tylko historia. Miałam wrażenie, że tutaj to bohaterowie grają pierwsze skrzypce.

Autor skupił się na kreowaniu postaci, żmudnym tworzeniu ich psychologicznych portretów i całkiem wiarygodnych historii. I nie czułam się wcale rozczarowana. Zamiast krwistej sensacji z gospodarczymi zawirowaniami w tle, dostałam – jak mi się na początku wydawało – całkiem niezły dramat społeczny, czyli coś, co naprawdę lubię. Długaśne retrospekcje czy peregrynacje w głąb psychiki bohaterów zepchnęły fabułę na dalszy plan. Podobał mi się styl, podobał mi się język, podobały mi się autentyczne dialogi. Odczuwałam realne zainteresowanie nie tyle fabułą, co właśnie postaciami i ich historiami. I wszystko szło w dobrą stronę. Sensacyjno-kryminalne wydarzenia wciąż wydarzały się w tle, przykuwając coraz więcej mojej uwagi, a ja byłam pod wrażeniem zamysłu i konstrukcji Linii Maginota.

I nagle stało się coś, czego nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Całkowicie nieuzasadnione i pozbawione jakiegokolwiek sensu postępowanie jednej z bohaterek zburzyło ten żmudnie i konsekwentnie tworzony świat. I było to pierwsze z wielu naiwnych rozwiązań fabularnych. Do tego momentu wszystko wydawało się być spójne, przemyślane i konsekwentne. Później było już tylko gorzej.

Bohaterowie jakby odkleili się od wcześniej wykreowanych portretów, postępując wbrew jakimkolwiek zasadom logiki. Absurdy fabularne zaczęły się mnożyć. Błędy stylistyczne i interpunkcyjne przestałam w pewnym momencie zliczać, starając się je po prostu ignorować. Czułam się oszukana, zła i zażenowana. Miałam wrażenie, że gdzieś w połowie historii autorowi brakło pomysłów na zakończenie i postanowił sięgnąć po tanie i naiwne rozwiązania, które tak dobrze znamy z amerykańskiego kina stricte rozrywkowego.

Zamiast trzymającej w napięciu historii sensacyjnej, otrzymujemy nonsensowną bajeczkę, której nie powstydziłby się niejeden szurnięty zwolennik teorii spiskowych. Linia Maginota przedstawia bowiem plany zniszczenia Polski poprzez… niszczenie przedsiębiorstw sektora budowlanego.

Kulminacyjny moment został całkowicie zdominowany przez dłużący się i groteskowy monolog czarnego charakteru, który w moich oczach jawił się jako jedna z tych kreskówkowych myszy, które każdej nocy bezskutecznie opanowywały świat.

Linia Maginota zapowiadała się bardzo dobrze. I to są chyba jedyne dobre słowa, które potrafię z siebie wykrzesać.

Linia Maginota – podsumowanie

Czasem pisanie krytycznych recenzji sprawia mi przyjemność. Czasem bawię się bardzo dobrze, wytykając fabularne braki czy językowe potknięcia. W tym przypadku jednak czuję jedynie złość, ogromne rozczarowanie i ulgę, że skończyłam czytać.

Linia Maginota to debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza, który bez wątpienia jakiś talent ma. Mam więc nadzieję, że nie będzie to ostatnia jego książka i przy następnej okazji autor będzie miał więcej szczęścia co do redaktorów i korektorów, od których zależy bardzo wiele. Mam też nadzieję, że następnym razem nie podda się tak szybko i nie postawi na łatwe i niemądre rozwiązania. Bo przecież Maksym Aleksandrowicz umie tworzyć bohaterów. Zabrakło tutaj konceptu i konsekwencji. W szczególności tego ostatniego.


Moja ocena: 4/10

Wydawnictwo Novae Res


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję autorowi.

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Same przyjemne rzeczy…

Przepisy BHP raczej w nikim nie budzą niezdrowej ekscytacji. Żaden pracownik ani przedsiębiorca nie wyczekuje audytu BHP i wizyty szurniętej behapówki. Ja dodatkowo dostaję alergii na słowo „coaching”, a niemal każdy trener personalny to mój wróg publiczny numer jeden. Jednak od każdej reguły są wyjątki. Bo w książce Mileny Wójtowicz zarówno zasady BHP jak i ten cały coaching są nieziemsko interesujące i śmiertelnie zabawne!

Post Scriptum – fabuła

Sabina Piechota to typowa behapówka, której wszyscy się boją. No, dobrze, może nie do końca typowa. Jest bowiem prawdziwą strzygą. Uzależnioną od cukru strzygą, która pasjonuje się określaniem ryzyka zawodowego wśród nienormatywnych istot. Piotr Strzelecki natomiast jest wielbicielem świeczek i lawendy, coachem, psychologiem oraz doradcą post mortem. Oznacza to mniej więcej tyle, że prowadzi on terapie dla nienormatywnych i nie do końca już żywych ludzi i nieludzi. A tych, jak się okazuje, w Brzegu jest mnóstwo.

Sabina i Piotr prowadzą razem firmę PS Consulting, której głównymi klientami są wampiry, wiły, wilkołaki, duchy itp. Zupełnie przez przypadek i całkowicie nie z własnej woli wplątują się w kryminalną, paranormalną intrygę. W Brzegu bowiem pojawił się samozwańczy pogromca potworów, który podejmuje próby pozbawienia życia wszystkich nienormatywnych. Sabina i Piotr postanawiają rozpocząć śledztwo. Mając jednak na uwadze całkowity brak zdolności detektywistycznych, zwracają się o pomoc do pewnego policjanta, któremu zdarza się wyć do księżyca… Gdy Winchester-amator sięga po drewniany kołek, sytuacja staje się całkiem niebezpieczna i mocno napięta.

Post Scriptum – recenzja

Aż chciałoby się napisać, jak lekka i przyjemna jest ta książka. Chciałoby się powiedzieć, jak szybko się ją czyta, że człowiek świetnie się bawi i śmieje do książki, jak ujarany wariat. Bo poniekąd tak jest. Ale takie słowa nierzadko sugerują, że książka jest raczej słaba, że jest zwykłym czytadłem na jeden wieczór, a tego o powieści Mileny Wójtowicz powiedzieć nie można. Bo chociaż w Post Scriptum znajdziemy humor, absurd, bezbłędne postaci i wciągającą akcję, nie zabranie także mnóstwa literackich i kulturowych nawiązań, a fabuła, która na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco infantylna, pozbawiona jest banalnych i naiwnych rozwiązań. Post Scriptum to idealny dowód na to, że literatura stricte rozrywkowa może być naprawdę dobra. A w tej powieści dobroci jest naprawdę dużo.

Na początek – bohaterowie. Tak bardzo przerysowani, a jednak tak bardzo prawdziwi w tym stworzonym przez Wójtowicz świecie. Nie mają może wybitnie pogłębionych psychologicznych portretów, ale mają to, czego wielu książkowym postaciom brakuje – charakter i autentyczność. I to wszyscy. Bez wyjątku.

Nierzadko literatura rozrywkowa, a w szczególności jej warstwa komediowa, przepełniona jest banalnymi dialogami i humorem rodem z reklam sieci telefonii komórkowych. W Post Scriptum tego nie znajdziemy. Dialogi oraz żarty są całkowicie niewymuszone i naturalne, co w połączeniu z autentycznymi bohaterami tworzy spójne uniwersum będące gotową i kompletną kanwą, na której można było wysnuć tę kryminalno-detektywistyczną historię rodem z Supernatural. A jest to historia porywająca, zabawna i inteligentna, która subtelnie muska naszą podświadomość, każąc jej na chwilę zagłębić się w refleksji nad swoim „ja”. Bardzo subtelnie i z wyczuciem.

Post Scriptum – podsumowanie

Ktoś kiedyś powiedział mi, że skoro podoba mi się twórczość Marty Kisiel, Milena Wójtowicz także przypadnie mi do gustu. Tak własnie się stało, a porównanie to nie okazało się wyssane z palca (jak początkowo przypuszczałam). Co ciekawe, obie panie należą do Hardej Hordy, którą uważam za twór nie tyle wspaniały, o ile bardzo polskiej literaturze fantastycznej potrzebny. To właśnie tam po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Mileny Wójtowicz i przypomniałam sobie, że przecież jej powieść zalega na moim czytniku od jakiegoś czasu.

I naprawdę żałuję, że po Post Scriptum sięgnęłam dopiero teraz. Bo to kawał naprawdę świetnej, dobrze skonstruowanej, niebanalnej i spójnej współczesnej fantastyki, obok której nie umiem przejść obojętnie. Muszę więc polecać ją wszystkim. A więc polecam!


Moja ocena: 9/10

Wydawnictwo Jaguar

Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Mój stosunek do twórczości Remigiusza Mroza znają już chyba wszyscy. Nie jest też tajemnicą, że serię „W kręgach władzy” ukochałam sobie od pierwszego tomu, twierdząc uparcie, że są to najlepsze książki pisarza. Możecie sobie mówić, co chcecie, wynosić na piedestał Chyłkę do spółki z Zordonem czy Forsta. Osobiście uważam, że Mróz nie popełnił lepszych książek niż Wotum Nieufności i Większość bezwzględna. A teraz mamy do tego istną wisienkę na torcie – trzeci tom serii political fiction, czyli Władzę absolutną.

Od pierwszego tomu seria reklamowana była jako „Polskie House of Cards” z czym nijak nie mogłam się zgodzić. Nie to, że były gorsze. Po prostu wydarzeniom przedstawionym w pierwszych dwóch tomach daleko było do amerykańskich intryg politycznych. Co innego Władza absolutna! Tutaj naprawdę dostajemy House of cards osadzone co prawda w polskich realiach, ale z paskudnymi i krwawymi intrygami niczym nie odbiegającymi od tych, które znamy z książek Michaela Dobbsa czy serialu Beau Willimona. Jest ohydnie, jest krwawo i brzydko. I nie są to bynajmniej wady.

Władza absolutna – fabuła

W zamachu, który miał miejsce na końcu drugiego tomu, ginie nie tylko prezydent Daria Seyda, ale także wszystkie osoby, które potencjalnie mogłyby stanąć na czele państwa. Polskie prawo nie przewiduje takiej sytuacji. Nie ma w zanadrzu listy swoich designed survivors, jak ma to miejsce np. w Ameryce. Ciągłość władzy nie tyle została zachwiana, co zwyczajnie przerwana. Polska stoi na skraju anarchii, pojawiają się pogłoski o planowanych atakach obcych wojsk na terytorium kraju, a zdezorientowani ministrowie zdają się nie wiedzieć, co począć.

Rozpoczyna się więc walka o władzę. Rozpoczyna się najbardziej krwawa kampania wyborcza, jaką widział ten kraj. Politycy nie mają żadnych zahamowań w walce o swój kawałek tortu. Żadnych. Co więcej, pojawiają się doniesienia, jakoby zamach pod sejmem był tylko małą częścią ogromnego spisku. Kto odkryje prawdę? Jaką cenę przyjdzie zapłacić tym, którzy faktycznie będą tego próbowali? Kim jest tajemniczy Ivan, który stara się zniszczyć Patryka Hauera?

Kłamanie stanowiło nawóz, dzięki któremu można było uprawiać politykę – klucz tkwił w tym, by nikt nie wiedział, z jakiego gnoju składa się mieszanka użyźniająca grunt

Patryk Hauer, jak wszyscy, w zaistniałej sytuacji widzi okazję do osiągnięcia celu, do którego dążył przez całe życie. Problem jednak w tym, że bardziej niż samo zdobycie władzy, zacznie interesować go… odkrycie prawdy.

Władza absolutna – recenzja

Po skończonej lekturze drugiego tomu byłam nieco zaskoczona, że autor postanowił uśmiercić swoją główną bohaterkę. Byłam wręcz rozczarowana i przekonana o tym, że nic dobrego z tego nie wyniknie. A jednak! Mróz po raz kolejny mnie zaskoczył, udowadniając, że było to celowe zagranie, preludium do tego, na co naprawdę go stać.

We Władzy absolutnej głównymi bohaterami stali się więc Patryk Hauer i jego małżonka oraz chorąży Kitlińska, która była bezpośrednio odpowiedzialna za bezpieczeństwo byłej prezydent. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, ponieważ bardzo polubiłam tę postać i miałam nadzieję na poznanie jej dalszych losów.

Co takiego wyjątkowego jest w tej części serii? Wszystko! Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz wziął ze swoich pisarskich umiejętności wszystko to, co najlepsze, wycisnął esencję ze swojej twórczości i wszystko to wrzucił do jednego worka, który zatytułował Władza absolutna. Stworzył w ten sposób naprawdę przejmujący i dojrzały thriller, stworzył nieoczywistą fabułę pełną śmiertelnych intryg i, w końcu, stworzył historię o dążeniu do prawdy, która nie tylko zaskakuje. Prawda okazuje się bowiem być tak ohydna, brudna i bezwzględna, że aż ciężko się na nią patrzy.

Jeśli kiedykolwiek potrzebowała potwierdzenia, że polityka zdecydowanie nie była światem dla niej, to właśnie je otrzymała. Brud, jaki osadzał się na wszystkim, co z nią związane, przesłaniał prawdziwy obraz. Ale teraz doskonale go widziała. I była przerażona.
Nie miało znaczenia, w jakiej partii ci wszyscy ludzie się znajdowali. Mogli nazywać się Hauer, Korodecki lub Chronowski. Nie istniała między nimi żadna różnica.

Remigiusz Mróz w końcu przestał bać się przekleństw! Albo może po prostu nauczył się używać ich tam, gdzie ich miejsce (niczym Stephen King, co mówię z pełną świadomością i odpowiedzialnością!). Ponadto Władza absolutna całkowicie pozbawiona jest sztucznych, encyklopedycznych dialogów, które często się autorowi zarzuca. Tutaj nie ma na to miejsca. Nie ma na to czasu. Akcja pędzi na złamanie karku, wciąż się dzieje, dzieje i dzieje. I to całe „dzianie się” wbrew pozorom nie jest męczące. Autor nie pozwolił sobie na żadne łatwe rozwiązania. Żaden element fabuły nie został pozostawiony przypadkowi. Wszystko było przemyślane (mam wrażenie, że od samego początku cyklu), a każdy wątek domknięto.

Jednak aktualność i prawdopodobieństwo przedstawionego scenariusza jest tak przerażająca, że aż, nomen omen, mrozi krew w żyłach. Każdy, kto ma chociaż najmniejsze pojęcie o sytuacji politycznej w Polsce to zauważy.

Kolejna rzecz, która mnie ucieszyła to pojawienie się Gerarda Edlinga znanego z Behawiorysty – kolejnej pozycji, którą uważam za wybitną w dorobku Mroza. Tym razem pojawił się on jednak na dłużej i odegrał całkiem ważną rolę. Miód na moje serce!

Do czegoś jednak doczepić się muszę. To nie jest tak, że postaci kreowane przez Mroza są papierowe i bez wyrazu. Nie, one mają swój charakter. Ale w konstrukcji postaci wciąż mi czegoś brakuje – tego jednego elektronu, który sprawiłby, że one naprawdę by ożyły. Tak, jak żył Edling w Behawioryście.

– Swoją drogą, jak rehabilitacja?
– Całkiem nieźle – odparł Patryk obojętnie. – A twoja?
– Mnie nic nie dolega.
– Racja. Skurwysyństwo to nie choroba, tylko cecha wrodzona.

Władza absolutna – podsumowanie

Władza absolutna to doskonałe zakończenie serii „W kręgach władzy”. Autor jednak nie zamyka sobie furtki, twierdząc, że może jeszcze kiedyś coś w jego głowie się zrodzi. Podobnie z resztą sytuacja miała się w przypadku serii z Chyłką czy Forstem. Wiele razy słyszeliśmy o tym, że „to już ostatni tom”, a po jakimś czasie pojawiał się jednak kolejny.

Jakkolwiek by nie było, uważam, że „W kręgach władzy” doczekało się wspaniałego domknięcia. Kompletnego. Jest to jedna z najlepiej skończonych serii, jakie dane mi było czytać, obok m.in. Pana Mercedesa Stephena Kinga.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że żadna osoba znajdująca się w prawdziwym polskim rządzie, się Władzą absolutną nie zainspiruje. To byłaby istna katastrofa!


Moja ocena: 9/10

Wydawnictwo FILIA, 2018

Cykl „W kręgach władzy”:

  1. Wotum nieufności
  2. Większość bezwzględna
  3. Władza absolutna

Kolejna książka, która swoje na półce odstała, abym w końcu sięgnęła po nią w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: z polityką za pan brat.

Mam wrażenie, że w lipcu nic mnie nie powstrzyma. Na podorędziu mam jeszcze jedną gotową recenzję, kolejna książka już kończy się czytać, a następne przebierają nóżkami ze zniecierpliwienia. Lipiec na Białych Mebelkach zapowiada się bardzo gorąco. I jeżeli dobrze pójdzie, to w tym miesiącu rozpocznę nowy cykl recenzencki! Nie, nie mam za dużo czasu. Po prostu mało śpię. Lato rządzi się swoimi prawami!

Fredrik Backman – „Mężczyzna imieniem Ove” – recenzja

Fredrik Backman – „Mężczyzna imieniem Ove” – recenzja

Starość to obrzydliwy deser…

Stephen King w Bezsenności napisał, że „starość to obrzydliwy deser podany po doskonałym posiłku”. I choć trudno się z nim nie zgodzić, znalazło się wielu, którzy w starości dopatrują się wspaniałych rzeczy. Ja osobiście się jej boję i chcę, żeby w jakiś cudowny sposób mnie ominęła. Starość kojarzy mi się jedynie z samotnością i niedołężnością, uzależnieniem od innych ludzi i nudnym czekaniem na śmierć. Mężczyzna imieniem Ove to książka, która po części potwierdza moje obawy, a po części jednak całkowicie im zaprzecza.

Fredrik Backman – Mężyczna imieniem Ove – fabuła

Śmierć to przedziwna sprawa (…). Lękamy się jej, choć większość z nas najbardziej boi się tego, że śmierć dotknie kogoś innego, a nie nas. Bo największy lęk związany ze śmiercią to ten, że może nas pominąć. I zostawić całkiem samych.

Ove to typowy, zgorzkniały starzec, którego nikt nie chciałby mieć za sąsiada. Czepia się wszystkich i wszystkiego. W imię tylko dla niego pojętych zasad wszystkim dookoła uprzykrza życie. Nie, żeby czerpał z tego jakąś większą satysfakcję. Po prostu taki jest. To wszystko.

Życie nigdy Ovego nie oszczędzało. Wcześnie stracił rodziców i zmuszony był radzić sobie sam. Dyscyplina jaką sobie wtedy narzucił, a która po części była zasługą jego ojca, i konieczność polegania tylko na sobie ukształtowały jego twardy i trudny charakter. Mężczyzna zawsze postępuje tak, jak należy, zgodnie z zasadami. Przez całe życie pozostaje wierny jednej marce samochodów, porządkowi i rutynie oraz jednej kobiecie – Sonji.

W tej wierności niejednokrotnie wydaje się być wręcz groteskowy, w swoim przywiązaniu do zasad – śmieszny. Swoim zachowaniem często przypomina zdziecinniałego starca, od którego lepiej trzymać się z daleka.

To nie było tak, że Ove umarł, kiedy Sonja odeszła. On po prostu przestał żyć.

Smutek to przedziwna sprawa.

Ovego poznajemy mniej więcej 6 miesięcy po śmierci jego ukochanej żony, kiedy to, z uwagi na wiek, traci także pracę. Mężczyzna nie ma najmniejszej ochoty kontynuować swojego samotnego żywota w świecie, którego całkowicie nie rozumie, w którym panuje przeciętność, chaos i brak jakichkolwiek sensownych zasad. Ona była jego przewodnikiem, jego tłumaczem, jego kolorami i wszystkim. A on był dla niej „brązową marynarką swojego ojca, i tym wszystkim, w co tak mocno wierzył, przekonaniem o sprawiedliwości, moralności i ciężkiej pracy, o świecie, w którym to, co słuszne i właściwe, powinno być słuszne i właściwe. Nie dlatego, żeby ktoś miał go za to poklepać po plecach, czy wręczyć medal, ale dlatego, że tak właśnie powinno być”. A teraz jej nie było.

Ove postanawia więc zakończyć swoje życie. Społeczeństwo jednak wciąż mu to uniemożliwia, wprowadzając chaos i nieporządek. A Ove jest wierny zasadom, jak nikt inny, więc odejść zamierza tak, jak należy, robiąc wcześniej wszystko, co należy, aby było, jak należy. To wszystko.

To był świat, w którym rzeczy stawały się niepotrzebne, zanim się zniszczyły. Cały kraj stawał i oklaskiwał to, że już nikt nie potrafi niczego zrobić porządnie. Bezgraniczny podziw dla przeciętności.

Fredrik Backman – Mężyczna imieniem Ove – recenzja

Kiedy zaczynałam czytać Mężczyznę imieniem Ove nie miałam wobec niej jakiś wielkich oczekiwań. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że w moje ręce wpadła kolejna historia o nieprzyjemnym człowieku, któremu nagle zmięknie serce, a różne wydarzenia odmienią jego życie. Ale tak nie było. Mężczyzna imieniem Ove to historia człowieka, który nie tyle się zmienia, ile w efekcie w końcu sobie coś uświadamia.

Nie bez znaczenia w tym całym uświadamianiu jest nowa, nader irytująca Ovego sąsiadka, która „nie jest kompletną idiotką”, kot przybłęda i liczne niespodziewane sytuacje, które spotykają mężczyznę zawsze w chwili, gdy zamierza pożegnać się z tym światem.

Mężczyzna imieniem Ove to książka napisana z pewną dozą subtelnego, niewymuszonego i nietuzinkowego humoru, książka pełna prawdy o ludziach, swoisty portret współczesnego świata i społeczeństwa.

Skonstruowana została w ciekawy sposób. Aktualne wydarzenia przeplatają się tutaj z przeszłością mężczyzny, co w pewien sposób wyjaśnia jego dziwne zachowania, nie usprawiedliwiając ich i sprawiając, że Ovego zaczyna się nieco bardziej… tolerować. To trudne zadanie wyszło autorowi po mistrzowsku.

Na uwagę zasługuje stylistyka zdań, która z początku nieco mnie męczyła. Z biegiem czasu zrozumiałam jednak, że nie bez przyczyny taka właśnie jest. Prosta, rzeczowa, zwykła. Jak Ove.

Choć przecież Ove zwykły nie był. Nie tak do końca. W istocie był to przecież człowiek, który miał za wielkie serce.

Fredrik Backman – Mężczyzna imieniem Ove – podsumowanie

Historia Ovego to historia o odkrywaniu radości życia, które przecież znaczy dla nas tak wiele, a jeszcze więcej może znaczyć dla innych. Często wbrew naszej woli. Ta książka pokazuje, że za każdym zrzędliwym, podstarzałym gburem stoi bagaż jego życiowych doświadczeń, które niekoniecznie muszą być przyjemne. Ale przecież my o tym wiemy, prawda? Kto jednak na co dzień się nad tym zastanawia i naprawdę to rozumie?

Na szczęście w życiu Ovego pojawiła się pewna ciężarna kobieta, która wiedziała. Nie była przecież kompletną idiotką.

Kochać kogoś, to jak wprowadzać się do nowego domu – mawiała Sonja. – Na początku człowiek zachwyca się tym, co nowe, każdego ranka się dziwi, że to należy do niego, jakby się bał, że w każdej chwili ktoś może wpaść przez drzwi i powiedzieć, że zaszła pomyłka, że wcale nam nie przysługuje takie piękne mieszkanie. Ale z biegiem lat fasada niszczeje, tu i ówdzie drewno pęka i już kocha się ten dom nie za to, jaki jest doskonały, tylko raczej dlatego, że nie jest. Człowiek uczy się jego wszystkich kątów i zakamarków. Jak otwierać drzwi, żeby klucz nie blokował się w zamku, kiedy jest zimno na dworze. Które deski w podłodze się uginają, kiedy się po nich stąpa, i jak otwierać drzwi szafy, żeby nie skrzypiały. To właśnie to, te wszystkie małe tajemnice sprawiają, że to naprawdę jest twój dom.


Tłumaczenie: Alicja Rosenau

Wydawnictwo W.A.B


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: książka napisana w oryginale w nietypowym języku (nie po polsku, niemiecku, angielsku, francusku, rosyjsku) – j. szwedzki

Dziś jest 7 lipca, a ja już mam za sobą lekturę całej trójki! Kategorie bowiem świetnie pokryły się z moimi czytelniczymi planami, a Pokurcz nieco się pochorował, więc całkiem sporo śpi i mniej bałagani.

Za polecenie tego tytułu serdecznie dziękuję Macie z bloga Choleryczka. Miałaś rację!

Marta Kisiel – „Oczy uroczne” – recenzja

Marta Kisiel – „Oczy uroczne” – recenzja

Bo nie lubię czekać

Chciałabym, żeby było tak, że autorzy wydają kolejne książki w tempie, w jakim czytamy. Chciałabym nie musieć czekać i z wypiekami na twarzy wyglądać zapowiedzi premier nowych tytułów. Z jednej strony. Z drugiej natomiast często jest tak, że im dłużej czekamy, tym lepszy produkt końcowy otrzymujemy. Dlatego wiem, że warto na niektóre książki cierpliwie poczekać. A jako że cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną, to czekanie staram się sobie ułatwić. Jak?

Marta Kisiel należy do grona tych artystów, którzy na swoje dzieła każą czekać i za każdym razem czekanie to wynagradzają z nawiązką. Dlatego choć Oczy uroczne dotarły do mnie nieco przed premierą (13.03), sięgnęłam po nie dopiero teraz. Wiedziałam, że gdy już zacznę czytać, to czytać będę, dopóki nie skończę; że nie odłożę tej książki, dopóki nie zobaczę ostatniego słowa. Tyle miesięcy czekania, żeby potem skonsumować wszystko w jedno popołudnie? Warto więc na ten moment poczekać, tym samym nieco skracając sobie czas oczekiwania na kolejną książkę (nawet jeżeli to tylko pozorne).

Oczy uroczne swoje odleżały, aby w końcu sprawić, że będę miała naprawdę wyjątkowo udane popołudnie (i, oczywiście, podróż do pracy!). NAPRAWDĘ UDANE.

Marta Kisiel – Oczy uroczne

Oczy uroczne to trzecia część serii „Dożywocie”, na którą składają się powieści Dożywocie i Siła Niższa oraz opowiadanie Szaławiła (Pierwsze Słowo). A ta pozycja to właśnie kontynuacja wspomnianego, nagrodzonego Zajdlem opowiadania.

Pamiętacie Lichotkę i jej bezbłędnych dożywotników? Pamiętacie, że na końcu pierwszego tomu spłonęła, a jej mieszkańcy zmuszeni byli się przeprowadzić? Tak właśnie było. Po Lichotce pozostały zgliszcza i działka pośrodku niczego. Tę właśnie działkę na Allegro zakupiła Oda Kręciszewska i postawiła na niej gotową chatkę. I wszystko zapowiadało się bardzo dobrze, dopóki z piwnicy (piwnicy?!) nie wychynęła koza – z wadą zgryzu i jeszcze większą wadą wymowy – będąca w istocie czortem. Zaraz za nią wychynęło także pradawne zło… Tyle tytułem wstępu.

Oczy uroczne – fabuła

Po pokonaniu pradawnego zła, Oda Kręciszewska zadomowiła się w nowym miejscu na dobre. Pracuje w lokalnej przychodni, mieszka w symbiozie z sepleniącym czortem Bazylem (kozą w szaliczku!) i całkowicie zwyczajnym psiakiem, a jej przyjaźń z Rochem ma się bardzo dobrze. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie przepowiednie i powracające niemal każdej nocy koszmary. Zbliża się przesilenie, a Oda, która w istocie jest wiłą, będzie musiała zmierzyć się ze swoją prawdziwą naturą oraz rzeczami o wiele, wiele straszniejszymi.

Oda na podorędziu ma jednak Bazyla, uzależnionego od słodyczy szefa Krzysia oraz nietuzinkowego Michałkę. Ponadto towarzyszą jej inne istoty nie do końca z tego świata, więc wszystko w Oczach urocznych jest „po kiślowemu”. Prawie wszystko…

Oczy uroczne – recenzja

Marta Kisiel przyzwyczaiła swoich czytelników do tego, że umie w humor i umie w zakwasy spowodowane śmiechem. Zbiorem opowiadań Pierwsze słowo udowodniła jednak, że umie też w mrok. „Dożywocie” to seria, która kojarzy się raczej radośnie i z humorem. Od początku jednak dało się słyszeć, że Oczy uroczne będą inne, będą mroczne. W moim odczuciu jednak ta książka jest doskonałą hybrydą Kiśla śmiesznego i Kiśla poważnego.

Podeszłam do książki bardzo poważnie, wiedząc, na co stać Martę Kisiel, gdy staje się poważna. Tymczasem uśmiałam się zdrowo, jak w przypadku poprzednich pozycji z serii. Przynajmniej na początku…

Akcja rozwija się bardzo powoli. Ałtorka pozwala czytelnikom całkowicie zanurzyć się w świecie przedstawionym, poznać wszystkich towarzyszy i okoliczności podróży, na którą planuje nas zabrać. A wiedzieć Wam trzeba, że podróż ta nie do końca jest łatwa i przyjemna. Marta Kisiel bawi i rozśmiesza, aby delikatnie i bardzo subtelnie zagęszczać atmosferę, wprowadzając nas w prawdziwy mrok.

I tutaj, Proszę Państwa, zaczyna się magia. Nie chodzi mi tylko o zarazy, epidemie i cmentarne, odpychające demony. Nie chodzi mi o te wszystkie magiczne istoty i wydarzenia. W Oczach urocznych prawdziwa magia polega na tym, że Kisiel miesza świat całkowicie nadnaturalny z aktualnymi zagrożeniami, lękami i obawami, nie tyle szukając dla nich wyjaśnienia, ile pokazując, w jak wielkim niebezpieczeństwie możemy znaleźć się lada dzień. Ałtorka dotyka prawdziwych, aktualnych problemów, osadzając tę powieść fantastyczną w całkowicie realistycznym świecie. Dlatego właśnie ta historia tak przeraża i przygnębia. Jest w końcu naprawdę prawdopodobna.

Marta Kisiel po raz kolejny dotyka także trudnych relacji matka-dziecko i podkreśla ich znaczenie i wpływ na nasze życie.

Nie zabrakło także miejsca na błyskotliwe dialogi pełne humoru i dowcipu. Nie zabrakło miejsca dla postaci, o których ciężko jest zapomnieć. Nie zabrakło miejsca na zabawę słowem. Choć w przypadku Marty Kisiel możemy mówić o mistrzowskim operowaniu językiem, który pod jej palcami poddaje się niczym kolorowa ciastolina, przybierając nieprawdopodobne kształty, od których ciężko oderwać wzrok. W tej książce nie zabrakło miejsca na nic, a wszystko znalazło się w niej w odpowiednich proporcjach.

Oczy uroczne – podsumowanie

Spodziewałam się książki dobrej. Spodziewałam się historii rewelacyjnej. Spodziewałam się nawet strasznych i przerażających rzeczy. W zasadzie to spodziewałam się wszystkiego. Nie wiem więc, dlaczego Oczy uroczne tak mnie zaszokowały i tak mną wstrząsnęły.

Oczy uroczne stanowią wspaniałe domknięcie cyklu „Dożywocie”. Mam jednak nadzieję, że to nie jest tak naprawdę koniec, że za jakiś czas Marta Kisiel pokaże nam, że właśnie pracuje nad kolejną częścią. Och, Alleluja, byłoby wspaniale! Przecież Licho i Bazyl MUSZĄ się spotkać!


Wydawnictwo Uroboros, Grupa Wydawnicza Foksal


Wszystkich, którzy tęsknią do uroczego Licha i reszty dożywotników odsyłam do lektury Małego Licha i Tajemnicy Niebożątka.

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

Literatura młodzieżowa

Czytanie przygodowych książek dla młodzieży sprawia mi teraz więcej radości, niż wtedy, gdy faktycznie byłam młodzieżą. Nie wiem, skąd się to bierze. Od jakiegoś czasu coraz częściej sięgam po tytuły dedykowane młodszym czytelnikom i bawię się przy tym wyśmienicie

Kiedy ogłoszone zostały czerwcowe kategorie Trójki e-pik, ucieszyłam się bardzo, ponieważ pasowały one idealnie do kilku zalegających na stosiku tytułów. Kiedy zabrałam się za czytanie książki z trzeciej, ostatniej już kategorii, nieco ostygł mi entuzjazm. Młodzieżowa przygoda, którą wybrałam, postanowiła być książką trudną i w sumie jednak niepasującą do kategorii. Na szczęście tego samego dnia zainwestowałam w abonament Legimi (no, w końcu!) i… wybrałam losowy tytuł z kategorii książek przygodowych. Och, dziękuję Ci ludzkości za ten wspaniały wynalazek, jakim jest Legimi! Bez tego pewnie nigdy na tę książkę bym nie trafiła. I straciłabym naprawdę wiele. 

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – fabuła

Dwunastoletniego Igora wychowuje samotny ojciec – archeolog. Każde wakacje chłopak spędza więc na różnych wykopaliskach. Tego lata historia znów się powtarza – Igor wyjeżdża z ojcem na wykopaliska nad jeziorem Gopło. Poznaje tam swoją rówieśniczkę Hankę. I już od samego początku wiadomo, że te wakacje będą inne. 

NIkt bowiem nie spodziewał się spotkać tutaj gadających myszy, hologramu pewnego znanego czarodzieja w towarzystwie koguta czy dawnego władcy Polski w wydaniu zombie. Igor i Hanka nie mieli pojęcia, że tego lata będą musieli pozbyć się licha pracującego w korporacji czy rozszyfrowywać przepowiednie wieszczek i guślarzy. A to i tak tylko początek. 

Śledztwo prowadzone przez dwoje detektywów ujawni mroczne tajemnice, o których nigdy nie mówiło się głośno w domu chłopca. Wkrótce okaże się również, że Hanka, Igor i ich przyjaciele muszą uratować świat. Wszystko zależy teraz od nich. 

A. Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – recenzja

Nie wiem nawet od tego zacząć moje zachwyty, ponieważ Mysia Wieża pełna jest doskonałości. Zacznę może jednak od klimatu tej opowieści. Lato, wakacje, tajemnica do rozwikłania i dzieciaki jeżdżące na rowerach. Brzmi znajomo? Owszem! Jest to jeden z moich ulubionych motywów literackich. A jeżeli jeszcze dołożyć do tego słowiańską mitologię i historię, której znudziło się już bycie tylko historią, otrzymujemy wybuchową mieszankę idealną! 

Narracja poprowadzona jest z dwóch perspektyw – Hanki i Igora. Choć każde z dwójki dzieci wydaje się pochodzić nie z tej epoki, w rzeczywistości są od siebie bardzo różni, jak ogień i woda. To właśnie sprawia, że opisywane z dwóch perspektyw wydarzenia zaczynają żyć, bawić i naprawdę wciągać czytelnika w wir tych szalonych wydarzeń

Mojej uwadze nie umknęły także błyskotliwe dialogi – naturalne i niewymuszone. A to rzadkość w przypadku książek dla dzieci czy młodzieżowych. Jako dzieciaki z innej epoki, Hanka i Igor posługują się charakterystycznym dla siebie żargonem. I jest to, ku mojej radości, działanie konsekwentne i przemyślane. W istocie każdy bohater Mysiej Wieży jest świetnie skonstruowany. Nawet poboczne postaci zdają się mieć szkielet i charakter, którymi nie mogą się poszczycić niektórzy pierwszoplanowi bohaterowie wielu książek. 

I choć w teorii jest to książka dla dzieci, w praktyce nie wszystko może zostać przez najmłodszych czytelników zrozumiane. Mnóstwo jest bowiem w Mysiej Wieży historii, faktów i poważnych sytuacji, dzięki którym tak naprawdę wszyscy będą świetnie bawić się podczas lektury.

Sięgamy więc po młodzieżową książkę przygodową, a otrzymujemy genialną hybrydę powieści sensacyjnej, przygodowej, historycznej i fantastycznej, okraszoną niekiedy delikatnym dreszczykiem grozy. Wszystko w tej historii ma odpowiednio wyważone proporcje – humor, magia, historia, dialogi, archeologia i wakacyjna przygoda, którą przeżywamy wraz z bohaterami i wcale nie mamy ochoty jej kończyć!

A.Fulińska, A. Klęczar – Mysia Wieża – podsumowanie

Mysia Wieża sprawiła, że pewnego dnia przegapiłam swój przystanek w drodze do pracy. Wsiąknęłam całkowicie, zapomniałam, gdzie jestem, bo duchem byłam w Kruszwicy, szukając podstępnej Dragomiry. I wydaje mi się, że jest to najlepsze słowo podsumowania. 

Wprost nie mogę się doczekać kolejnych książek z serii „Dzieci dwóch światów”. Mam nadzieję, że historia Hanki i Igora dopiero się zaczęła

Wydawnictwo: Galeria Książki


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: młodzieżowa przygoda.

Znów mi się udało trójkę ukończyć i jestem z siebie bardzo zadowolona. Tym bardziej, że ta trójka nie stanowiła jedynych książek, jakie udało mi się przeczytać w czerwcu!

Niebawem widzimy się więc z kolejnej recenzji!