Ayelet Gundar-Goshen – „Budząc lwy” – recenzja

Ayelet Gundar-Goshen – „Budząc lwy” – recenzja

Sięgając po Budząc lwy izraelskiej autorki Ayelet Gundar-Goshen, oczekiwałam książki na naprawdę nieprzeciętnym poziomie; thrillera psychologicznego nie tylko z nazwy; emocjonującej i trzymającej w napięciu przygody. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego i jego Seria z Żurawiem przyzwyczaiło mnie już do dobrej, orientalnej literatury. To, co w rzeczywistości otrzymałam, okazało się przerastać moje najśmielsze oczekiwania względem tej pozycji. Otrzymałam bowiem nie tyle „thriller psychologiczny z dylematem moralnym w tle”, ile dzieło pod wieloma względami wybitne i niepowtarzalne.

Ayelet Gundar-Goshen – Budząc Lwy

Wydawnictwo Uniwersystetu Jagiellońskiego
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 352
Kryminał, sensacja, thriller
Tytuł oryginału: Leahir arajot
Tłumaczenie: Marta Dudzik-Rudkowska

Budząc lwy – fabuła

Ejtan Grin to szanowany neurochirurg, wymarzony mąż i kochający ojciec. Wiedzie niemal idealne życie. Jednak pewnej nocy, gdy wraca do domu po kolejnym dyżurze, potrąca człowieka – afrykańskiego imigranta. Dość szybko ocenia, że mężczyzny nie da się już uratować. A na szali leży jego reputacja i idealna rodzina. Postanawia więc uciec z miejsca wypadku, wywołując tym samym lawinę konsekwencji.

I zapewne nikt nigdy by się nie dowiedział, że to właśnie on, Ejtan Grin, był sprawcą tego wypadku. Ofiarą był przecież jeden z wielu nielegalnych imigrantów… Jednak następnego dnia po wypadku u progu domu Ejtana staje nieznajoma kobieta z jego portfelem w dłoniach i twierdzi, że jest żoną zabitego Erytrejczyka.

Sirkit nie chce jednak pieniędzy za swoje milczenie; chce czegoś dużo bardziej cennego, co zaburzy idealne życie lekarza. Ejtan rozpoczyna więc walkę o swoją reputację i rodzinę. Kłamstwa gonią kłamstwa, nawarstwiają się i z dnia na dzień stają się coraz bardziej nie do zniesienia. Sytuacji nie poprawia fakt, że to właśnie żona Ejtana prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Erytrejczyka.

Ejtan natomiast z dnia na dzień zachowuje się coraz dziwniej – okłamuje swoją żonę, znika na całe noce, co rusz bierze wolne w pracy. I nikt nie wie, że w tym czasie zajmuje się nielegalnymi imigrantami w prowizorycznym szpitalu utworzonym w starym warsztacie. I z dnia na dzień coraz bardziej zbliża się do Sirkit…

Budząc lwy – recenzja

Choć Budząc lwy to psychologiczny thriller, nie odnajdziemy w nim fabuły klasycznego thrillera. Decyzja Ejtana o pozostawieniu konającego Erytrejczyka na drodze nie przewróciła jednej kostki domina. Ona sprawiła, że runęło ich kilka. I nie będziemy tutaj z zapartym tchem obserwować postępów śledztwa, porywających zwrotów akcji i nieudolnych prób ukrycia prawdy, którą sprawiedliwość wyciągnie na światło dzienne. Ta książka to raczej sieć emocjonalnych zależności; konsekwencje, z którymi muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie, podejmując takie, a nie inne decyzje. Autorka zmusza nas do obserwowania rzeczywistości taką, jaka ona jest dla bohaterów, jak każde wydarzenie wpływa na inne, zmieniając tę rzeczywistość, a co za tym idzie – zmieniając bohaterów i powodując podejmowanie decyzji, które prowadzą do powstawania kolejnych konsekwencji.

Tutaj to nie fabuła zagra pierwsze skrzypce, a samo słowo. I choć o wydarzeniach opisanych nie jestem w stanie powiedzieć nic złego, to nie one zrobiły na mnie największe wrażenie. W powieści na pierwszy plan wysuwa się nietuzinkowa, niecodzienna i niezwykle poetycka narracja, naszpikowana strumieniami świadomości bohaterów, ich przemyśleniami i refleksjami.

I Liat wiedziała: sen jest niebezpieczny. Jest coś niemal obraźliwego w pomyśle, że na siedem godzin dziennie zmuszony jesteś rozstać z tymi, których kochasz. Każdy idzie w swoją stronę. Nikt nic nie wie. Pojęła to, gdy była jeszcze dzieckiem. Jeszcze zanim jej ojciec wyprowadził się do Ronit, nienawidziła pory zasypiania. Wszystkie te kołysanki, głaskania po główce, lalki leżące obok niej pod kołdrą nie zdołały osłodzić jej upokorzenia snu. Dzisiaj zasypia z większą łatwością, ale nadal z mglistym uczuciem porażki.

s. 108

Ayelet Gundar-Goshen nie ułatwia sobie zadania i narrację prowadzi z perspektywy obiektywnego obserwatora, który ma wgląd do wnętrza bohaterów. Zabieg ten sprawia, że konstrukcja powieści jest całkiem wyjątkowa i niełatwa w odbiorze. Budząc lwy to książka momentami „przegadana”. Niewiele się tu dzieje, a jednocześnie dzieje się bardzo dużo. Bardzo długie i poetyckie zdania mieszają się z tymi wyjątkowo krótkimi. Przyznam, że na początku lektura mnie męczyła, chciałam ją odłożyć, twierdząc, że jest za trudna. Ale w pewnym momencie mnie wciągnęła. W pewnym momencie przepadłam i czułam, jak z każdym kolejnym zdaniem rozbudza się moja ciekawość. Miałam wrażenie, że książka lada moment stanie w płomieniach, a ja razem z nią.

Budząc lwy to powieść uboga w dialogi, których miejsce zajmują refleksyjne i naszpikowane emocjami relacje wydarzeń. To właśnie ta zaskakująca i odważna konstrukcja oraz ładny lecz prosty język sprawiają, że nie jest to książka, o której będziemy rozmawiać w szerokich kręgach, o której rozpisze się polska blogosfera książkowa. Teraz albo już się w ten sposób nie pisze, albo pisze się bardzo rzadko i do wąskiego grona odbiorców. Bez wątpienia jednak Budząc lwy to książka warta uwagi. To małe arcydzieło współczesnej literatury, które na długo pozostawi Was z hybrydowym uczuciem pewnego obrzydzenia i zachwytu, sprawi, że zaczniecie myśleć o wszystkim, o czym wcale myśleć nie chcieliście, wyciągnie na światło dzienne to, co na co dzień tak skrzętnie staracie się schować, ukryć nawet przed Wami samymi, uświadomi, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…


Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Magdalena Krauze – „Czekałam na Ciebie” – recenzja

Gdy byłam małą dziewczynką, z uwielbieniem zaczytywałam się w powieściach z serii „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”. Nasza mała biblioteka była pełna tych młodzieżowych romansów, które umilały mi jesienne, deszczowe popołudnia. Gdy przeczytałam wszystkie tytuły, moja przygoda z romansami dobiegła końca. Dość wcześnie odkryłam bowiem Stephena Kinga, thrillery i kryminały. Przepadłam. Dopiero od niedawna wychodzę poza swoją strefę literackiego komfortu, z ciekawością sięgając po inne gatunki. Romanse jednak do nich nie należą. Zwykle. W tym roku przeczytałam jednak całe dwa, z czego pierwszy – Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler – okazał się kompletną klapą, potwierdzającą moje uprzedzenia. Drugi natomiast, czyli Czekałam na Ciebie Magdaleny Krauze zupełnie mnie zaskoczył.

Magdalena Krauze – Czekałam na Ciebie

Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 21 lipca 2019
Liczba stron: 340
Literatura obyczajowa, romans
Język oryginału: polski

Czekałam na Ciebie – fabuła

Tutaj nie będzie nic odkrywczego, ani zaskakującego. Mamy bowiem dwudziestoośmioletnią kobietę. Jest singielką. Oczywiście na własne życzenie i, oczywiście, jest z tego powodu bardzo zadowolona. Ma pracę w redakcji kobiecego pisma, którą kocha i najlepszą przyjaciółkę, którą kocha jeszcze bardziej. Kocha jeszcze swoich rodziców, którzy wciąż ją rozpieszczają, koleżanki z redakcji i swojego szefa. Nic więcej do szczęścia jej nie potrzeba.

Paulinę poznajemy w momencie, gdy dostaje awans na zastępcę redaktora naczelnego „Afrodyty”, a jej ukochany szef odchodzi na emeryturę. Ma go zastąpić nieznajomy przybywający prosto ze stolicy. Wiadomo już, jak to się skończy, prawda? Prawda!

Paulina wpada na Igora w drzwiach i od razu rozpoznaje w nim swoją licealną miłość. Nogi jej miękną, serce „fika kozły”, a cały zdrowy rozsądek cofa się w czasie o 10 lat. Ale to dopiero początek. Bo przecież to właśnie Igor okazuje się nowym naczelnym „Afrodyty”. Co ciekawe, nie rozpoznał w nowej znajomej z pracy otyłej koleżanki z klasy. A sama Paulina także nie zamierza mu się przypominać.

I choć twardo upiera się przy tym, że Igor jest zwykłym palantem, a jej wielka miłość minęła już dawno temu, w towarzystwie nowego szefa jakość nie umie się opanować. Ale to przecież też nic zaskakującego. Co więc tak bardzo mnie zaskoczyło?

Czekałam na Ciebie – recenzja

Czekałam na Ciebie to typowe romansidło, pełne schematów i utartych motywów. Bohaterowie też wydają się być zupełnie tacy sami, jak w innych książkach z tego gatunku. Wiadomo – jej dłoń tonie w jego dłoni, ona tonie w jego ramionach. Bohaterka do znudzenia powtarza, że „jej serce fika kozły” i bez ustanku wspomina o zapachu swojego ukochanego oraz bijącym od niego, niemal nieludzkim cieple.

On za to jest tak szarmancki, romantyczny i niesamowity, że aż się ulewa. No, ideał! Wad pozbawiony, bo przecież wyrósł z bycia zidiociałym licealistą przepełnionym buzującymi hormonami i teraz jest mężczyzną prawdziwym, z krwi i kości. Kocha dzieci, kocha przyrodę, kocha pościelowe piosenki i kocha ją. Od pierwszego wejrzenia, wiadomo. Ja osobiście z taką ciepłą kluchą bym nie mogła, ale to przecież nie mój wybór.

Jest słodko, romantycznie i patetycznie momentami. Następnie mamy wielkie bum! – zupełnie niespodziewaną bombę zrzuconą przez los na niczego nieświadomych i zakochanych bohaterów. Jest trochę dramatu i łez, bo tak być musi, aby spektakularny powrót był bardziej efektowny. I teraz to już tylko „żyli długo i szczęśliwie”. Choć nie do końca, bo autorka postanowiła kilkoma ostatnimi zdaniami ten idylliczny obrazek potrzaskać, pozostawiając czytelniczki w niecierpliwym oczekiwaniu na ciąg.

I to nawet nie ten końcowy twist tak mnie zaskoczył. Można się ich bowiem spodziewać w romantycznych powieściach, które mają zaplanowaną kontynuację.

Zaskoczyło mnie to, że tak dobrze bawiłam się podczas lektury. Magdalena Krauze stworzyła książkę mimo wszystko autentyczną, lekką i radosną. I właśnie lekko i radośnie się ją czyta. Ja, wbrew wszelkim prawom mojej logiki, zwyczajnie nie mogłam się od tej historii oderwać. Bynajmniej nie za sprawą wciągającej fabuły i nietuzinkowych bohaterów. Nie. Nie chciałam się odrywać, bo prostu czułam się dobrze, czytając to; czytając romansidło!

Literatura kobieca ma to do siebie, że zwykle nie może poszczycić się naturalnymi dialogami czy zwyczajnie fajnym i niewymuszonym humorem. Czekałam na Ciebie może się tym poszczycić. Oczywiście, autorce zdarzają się niewielkie potknięcia na tym polu, jednak giną gdzieś między innymi rzeczami, które są po prostu dobre.

Jakieś to wszystko jest takie proste, autentyczne, konstrukcyjnie spójne. Bohaterzy, choć całkowicie szablonowi, nie wydają się być wydmuszkami powstałymi w wyniku zwykłej pisaniny. Mam nadzieję, że w kontynuacji ten trend się utrzyma.

Dzięki Czekałam na Ciebie chyba zrozumiałam, o co w tym całym czytaniu romansów chodzi. Bo przecież nie po to, żeby szukać intertekstualności, zachwycać się innowacyjną konstrukcją fabuły czy wnikliwymi portretami psychologicznymi postaci. Wydawało mi się, że literatura bez tego nie ma sensu. Ale co może być bez sensu w tym, że człowiek po prostu dobrze się bawi i dobrze się czuje? Czekałam na Ciebie to takie moje guilty pleasure.

Oby więcej takich perełek na polskim gruncie literatury kobiecej wykiełkowało. Autorce pozostaje mi pogratulować, że udało jej się przekonać mnie do swojej książki. Ale przecież nie tylko mnie, bo w Internecie już natknęłam się na pochwalne teksty i komentarze czytelniczek, które na co dzień również romansów nie czytają. Cóż, brawo!


Moja ocena: 7/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Horrory to jest coś co lubię. Ba! Ja kocham horrory, kocham się bać. Mam to od dziecka, więc po tylu latach strachu na życzenie, mało co jest w stanie naprawdę mnie przestraszyć. Od dłuższego czasu nawet książki Stephena Kinga nie robią na mnie wrażenia pod tym względem. Zabierając się za lekturę Ostatnich dni Jacka Sparksa, nawet nie podejrzewałam, że to właśnie ta książka obudzi we mnie uśpiony od wielu lat strach przed ciemnością. Ale tak się stało. Mało tego! Dwukrotnie obudziłam się z krzykiem w nocy! Nie polecam więc tej książki, jako rozluźniającej lektury przed snem. Jednakowoż, ogólnie, polecam ją całkowicie.

Jason Arnopp – Ostatnie dni Jacka Sparksa

Ostatnie dni Jacka Sparksa – fabuła

Kontrowersyjny dziennikarz, któremu znudziło się dziennikarstwo i zaczął parać się pisaniem niebezpiecznych książek, Jack Sparks, postanawia stworzyć dzieło „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych”. Książka ta ma w swoim zamyśle demaskować wszystkich oszustów, którzy mamią społeczeństwo nawiedzeniami, opętaniami, klątwami i innymi duchami. Jack zamierza po prostu zrównać z ziemią cały ten paranormalny biznes.

W tym celu udaje się do Włoch, gdzie uczestniczy w egzorcyzmach trzynastoletniej Marii Corvi. Te jednak nie robią na nim większego wrażenia. Stwierdza jedynie, że było to tylko bardzo dobrze zaaranżowane przedstawienie. Po jego obejrzeniu postanawia wrócić do domu. Na lotnisku jednak ktoś wrzuca na jego kanał na YouTube przerażający, tajemniczy film, który rozpoczyna serię niebezpiecznych wydarzeń. Próby dotarcia do źródła filmu i zdemaskowania jego autorów kończą się dla Jacka śmiercią. Bo „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” to właśnie zapis ostatnich dni Sparksa, a o jego śmierci dowiadujemy się już na pierwszej stronie (gdyby tytuł jednak był za mało sugestywny).

Ostatnie dni Jacka Sparksa – recenzja

Książka w książce. Nie jest to może jakaś świeża i odkrywcza pod względem konstrukcyjnym koncepcja, jednak ja ją bardzo lubię.

Ostatnie dni Jacka Sparksa to nic innego, jak książka „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” uzupełniona o przedmowę i posłowie Alistaira Sparksa (brata) oraz różnego rodzaju zapisy rozmów, e-maili czy SMSów. Dzięki temu książka ta nabiera niezwykłej autentyczności (z tego co wiem, niektórzy czytelnicy nie domyślili się, że jest to literacka fikcja).

Sama postać Jacka Sparksa jest nader irytująca i odpychająca. Dziennikarz jest egocentryczny, narcystyczny i arogancki. Niejednokrotnie miałam ochotę palnąć mu w ten zakuty łeb. Jego historia jasno pokazuje, że są to cechy złe i do niczego dobrego nie mogą zaprowadzić. Nawet w ostatnich minutach życia nie przestaje być zwykłym palantem. I choć w ciągu tych kilku dni w Jacku zachodzi dość spektakularna przemiana, wciąż pozostaje on Jackiem Sparksem. Sprawia to, że cała postać jest od początku do końca autentyczna; nie rozwarstwia się; nie odkleja od siebie.

Skupmy się jednak na tym, co w książce najistotniejsze, czyli na strachu, który wywołuje. Cóż takiego wymyślił Jason Arnopp, że bałam się zgasić światło, gdy w domu było zbyt cicho? Otóż, proszę Państwa, nic. Straszy nas dokładnie w taki sam sposób, w jaki straszyły nas klasyczne horrory – postaci w ciemnych pomieszczeniach, złowrogi krzyk, histeryczny śmiech, szepty, krew, śmierć i duchy. Autor wykorzystuje wszystkie motywy, które znane są fanom horroru. Na kanwie utartych schematów umiejętnie tworzy jednak coś takiego, co budzi wewnętrzny niepokój. Może dzieje się tak za sprawą konstrukcji zdań? Ale te przecież dalece odbiegają od budowy zdań w typowej powieści, tworząc raczej autentyczną relację. Czasem ma się wrażenie, że relację tę zdaje czytelnikowi jakiś obłąkany wariat. I może w tym tkwi sekret? Może to właśnie obłęd przeraża bardziej niż demony?

W Ostatnich dniach Jacka Sparksa znalazło się także miejsce typową krwawą jatkę niczym żywcem wyjętą z klasycznego slashera – pękające głowy, rozrywane ciała i wszystko to, co znamy z filmów Quentina Tarantino albo Dario Argento. W mojej wyobraźni właśnie tak wyglądała scena na ranczu Big Coyote – jak pomieszanie czarnej komedii z klasyką kina gore.

Przyznam się szczerze, że byłam pewna, iż masakra, która dokonała się na ranczu jest tym, co tę książkę zepsuje; że będzie jej przysłowiowym gwoździem do trumny. Tymczasem Arnopp postanawia nas zaskoczyć, tworząc twist, a nawet kilka twistów po kolei. Powstaje lynchowski, niepokojący suspens. Wszystko powoli zaczyna się wyjaśniać, ale jednocześnie niejasnych aspektów jest coraz więcej. Bum! Czułam jak z każdym zdaniem coraz szerzej otwierałam oczy (pewnie otwierałam też usta i wyglądałam całkiem komicznie w tym autobusie). Ja nawet nie wiedziałam, że umiem tak szeroko otworzyć oczy!

I choć zakończenie historii zaskoczyło mnie i zachwyciło naprawdę bardzo mocno, to same okoliczności śmierci Jacka Sparksa pozostawiły dość spory niedosyt. Czegoś mi tutaj zabrakło. Biorąc pod uwagę wydarzenia z całej książki, Jack Sparks powinien umrzeć w bardziej spektakularny sposób.


Przekład: Lesław Haliński

Wydawnictwo Vesper

Moja ocena: 8/10

Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Donal Ryan – „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”

Od czasu do czasu pojawiają się u mnie książki, które wprawiają mnie w osłupienie. Po przeczytaniu tak wielu historii z różnych gatunków, zapoznaniu się z literaturą klasyczną, rozrywkową, komercyjną, dobrą i złą czasem mam wrażenie, że na tym polu już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. I nie chodzi tutaj o jakieś niespodzianki fabularne. Jest to bardziej jakieś emocjonalne poruszenie wywołane całościowym odbiorem książki. Zdarza się to rzadko, przyznaję, ale się zdarza.

I zdarzyło się, właśnie teraz, za sprawą powieści Donala Ryana Dwadzieścia jeden uderzeń serca.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – fabuła

Małe irlandzkie miasteczko zostaje dotknięte przez gospodarczy krach. Upadają największe firmy, które zatrudniały miejscowych mieszkańców. Zamknięcie największej firmy budowlanej nie tylko doprowadza do finansowej ruiny jej pracowników, ale obnaża także nieuczciwość pracodawcy.

I to jest chyba wszystko, co można powiedzieć o fabule tej niewielkiej powieści. Nie o fabułę się tu bowiem rozchodzi.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca – recenzja

Jest milion słów i nieskończona ilość sposobów ich łączenia, ale wszyscy dążymy do tej samej prawdy; wszyscy próbujemy się wytłumaczyć.

Tak w jednym z wywiadów powiedział Donal Ryan. Poprzez realizację swojej książki udowadnia tę tezę.

Dwadzieścia jeden uderzeń serca to dwadzieścia jeden historii; dwadzieścia jeden osób; dwudziestu jeden mieszkańców niewielkiego miasteczka. Wśród nich robotnicy, ich żony, rodzice, dzieci… Bobby, Josie, Lily, Wasia, Realtin, Timmy, Brian, Trevor, Bridie, Jason, Hillary, Seanie, Kate, Lloyd, Rory, Millicenta, Denis, Mags, Jim, Frank i Triona – każde z nich ma swoją prawdę, którą chce nam opowiedzieć; każde próbuje się przed nami, czytelnikami, wytłumaczyć.

Dwadzieścia jeden historii upchniętych na zaledwie 161 stronach. Ta książka jest naprawdę ambitna i odważna pod względem konstrukcyjnym. Autor postanowił każdego z bohaterów uczynić na krótką chwilę narratorem. Wygląda to trochę tak, jakby ustawił ich wszystkich w szeregu i powiedział: każdy ma 3 minuty, mówicie! A oni mówią.

Co ciekawe, żadne z nich nie skupia się na kryzysie, na oszustwie, na braku pracy czy utracie finansowej płynności. Przez te kilka minut, starają się opowiedzieć siebie. Mamy więc mnóstwo dramatu, obłędu, szaleństwa, samotności, ogromnej miłości, rodzinnych tragedii, śmierci, zawiści, zła, dobroci, niezrozumienia, niewinności. Jest tutaj wszystko, co tak naprawdę znaleźć możemy w każdej społeczności.

Czytanie tej historii przypomina składanie wielowymiarowej mozaiki z niewielkich elementów. Każda z tych historii to także element, który składa się na fabułę. Nie będzie tu wielkiego zaskoczenia, trzymania w napięciu i kulminacyjnego momentu. Nie. Bo Dwadzieścia jeden uderzeń serca bardziej przypomina życie niż hollywoodzki dramat. Czy poznając te historie, poznajemy prawdę? Czym w istocie jest owa prawda? Czy jest tylko jedna?

Nie jest trudno stworzyć 21 postaci. Dużo trudniej jest je stworzyć i każdej dać prawo głosu. Wiąże się to z koniecznością stworzenia dwudziestu jeden charakterów, a co za tym idzie – dwudziestu jeden idiolektów. Nie chodzi przecież o to, żeby wszyscy mówili chórem. Dlatego każdy z tych głosów musi być wyrazisty. Tym bardziej, że każdy z nich ma naprawdę niewiele czasu na opowiedzenie swojej prawdy. Niemożliwe?

Donal Ryan pokazuje, że możliwe. I robi to bezbłędnie. Na tym właśnie polega konstrukcyjna ambicja tej powieści; w tym tkwi jej artyzm. Niektórzy nawet w wielu tomach nie są w stanie oddać tak wiele, ile Ryan oddał w tej niewielkiej powieści. Co więcej, to niekonwencjonalne podejście do struktury historii sprawia, że jest ona naszpikowana skrajnymi emocjami i takie samie wywołuje w czytelniku. Czy istnieje lepszy komplement dla literatury?


Tłumaczenie: Ewa Pater-Podgórna

Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Nie czekając na kolejny sezon…

Tak samo jak lubię seriale, lubię też książkowe serie. Nie lubię jednak czekać na kolejne sezony czy tomy. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że Pani Listonosz doręczyła mi paczkę z Vice Versa tego samego dnia, którego skończyłam czytać Post Scriptum. Mogłam więc od razu wziąć się za kontynuowanie przygody w pełnym absurdów świecie Mileny Wójtowicz, nie rozstając się z Piotrem i Sabiną nawet na chwilę.

Liczyłam się z tym, że drugi tom może nie sprostać moim oczekiwaniom, ponieważ pierwszy ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tymczasem Vice Versa tę poprzeczkę najpierw przeskoczyło, a następnie podniosło jeszcze wyżej, całkowicie moje oczekiwania przerastając.

Vice Versa – fabuła

Po niekonwencjonalnym rozprawieniu się z niedoszłą łowczynią nienormatywnych, życie Sabiny i Piotra powoli wraca do normy. Piotr stara się zaakceptować swoją nienormatywność, przepracowując pewne kwestie, a Sabina zatrudnia asystentkę i wciąż pochłania słodycze w ilościach hurtowych. Wspomniana asystentka nie spodziewała się, że podpisując umowę z PS Consulting, podpisuje cyrograf, który nieodwołalnie wprowadzi ją w świat nienormatywności. Żaneta Wawrzyniak sama bowiem do końca normatywna nie jest, co zupełnie jej się nie podoba. Dodatkowo ma na głowie uzależnioną od cukru szefową z piekła rodem, szefa na skraju emocjonalnego załamania lawendowego oraz studia ochrony środowiska. I jakby tego było mało, śledzi ją dziergająca na drutach staruszka…

Wkrótce pojawiają się także pogłoski o skażonym terenie, który ma negatywny wpływ na istoty nienormatywne. I to własnie jej, asystentce, Żanecie Wawrzyniak, przyjdzie się z tym wszystkim uporać. A przecież trzeba jeszcze uratować mitycznego Złotego Cusia, który ponad wszystko kocha piosenki Dawida Podsiadły. Żanetka prędko spokoju nie zazna…

Vice Versa – recenzja

Druga część opowieści ze świata Sabiny i Piotra to doskonały dowód na to, że nie jest potrzebna fabuła, jeżeli ma się tak charakterne i autentyczne postaci. To nie tak, że w Vice Versa fabuły w ogóle nie ma. Nie. Ona po prostu schodzi gdzieś na dalszy plan, ustępując miejsca bohaterom, którzy tutaj grają pierwsze skrzypce. A tutaj tych bohaterów mamy cały ogrom. Niektórych znamy już z pierwszej części, niektórzy są zupełnie nowi, jednak każdy z nich w tej historii jest niezbędny i każdy dostał zestaw niepowtarzalnych cech.

W Vice Versa ważne zadanie dostała matka Piotra – Marysia Strzelecka oraz jej partnerka – Ludmiła Marciniak, która okazała się być prawdziwym łowcą potworów. Obie kobiety został obdarzone tak wybuchową mieszanką cech, że ich duet okazał się bezbłędny.

Vice Versa to książka, której nie da się jednoznacznie zaszufladkować pod względem gatunkowym. Mamy tutaj urban fantasy, mamy komedię kryminalną, nieco dramatu i szczyptę parodii. Wszystko to Milena Wójtowicz wymieszała w idealnych proporcjach, tworząc książkę, która mnie ujęła i szczerze zauroczyła – swoją lekkością, plastycznością i nietuzinkowym poczuciem humoru.

Niezwykle ucieszyło mnie, że autorka postanowiła nieco więcej uwagi poświęcić głównym bohaterom i ich relacji. W pierwszej części przyjaźń Sabiny i Piotra była tylko zarysowana. Vice Versa zagłębia się w charakter tej skomplikowanej relacji i pokazuje ją z dwóch perspektyw, które topią serca. Z resztą nie tylko przyjaźń Piotra i Sabiny została mocno zaakcentowana. Książka w ogóle krąży blisko tematów międzyludzkich relacji. Obserwuje, analizuje, ale nie ocenia i nie stara się umoralniać. Co ciekawe, żadna z postaci nie jest ani zła, ani dobra. U Wójtowicz dużo jest szarości umotywowanej uczuciami, pragnieniami i dążeniami. Dlatego właśnie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, spójne i prawdziwe.

Moje stopione serce zdobył także absurdalny, acz niezwykle zabawny komizm sytuacyjny, którego wisienką na torcie okazał się pewien gnom. Nie mogłam nie śmiać się również na myśl o mitycznym stworzeniu, zakochanym w piosenkach Dawida Podsiadły i w ogóle w muzyce rozrywkowej. Żart zawarty w dialogach jest bezpretensjonalny i niewymuszony, a same dialogi – autentyczne. Sama autorka nie stara się na siłę być zabawna. Zabawny jest po prostu cały świat, który stworzyła i który ja bez zastrzeżeń kupuję całą sobą.


Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Maksym Aleksandrowicz – „Linia Maginota” – recenzja

Co to jest Linia Maginota?

Linia Maginota (fr. Ligne Maginot) – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie mówiąc o „Linii Maginota” ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Maginota

Po przeczytaniu całej definicji, genezy i historii, po zapoznaniu się z kształtem, zastosowaniem bojowym oraz rozmieszczeniem umocnień Linii Maginota, wciąż nie mam pojęcia, dlaczego debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza zyskała właśnie taki tytuł.

Zastanawiam się również, czy blurb Linii Maginota pisał ktoś, kto faktycznie przeczytał tę książkę. Bo naprawdę ma on niewiele wspólnego z tą historią.

Zastanawia mnie, czy osoby wymienione jako odpowiedzialne za przeprowadzenie redakcji i korekty tej książki, faktycznie swoją pracę wykonały.

Pierwszy raz od dawna odczułam ulgę, że dobrnęłam do końca. I jest mi bardzo przykro, ponieważ krytykować nie lubię…

Maksym Aleksandrowicz – Linia Maginota

Linia Maginota – fabuła

Adam to przedsiębiorca, który prowadzi niewielką firmę budowlaną, zatrudniającą dwóch pracowników – Ryszarda i Patryka. Cała trójka przyjaźni się. Ledwo wiążąc koniec z końcem, mężczyźni trzymają się razem nawet wtedy, gdy pojawiają się problemy natury finansowej i szef nie ma z czego wypłacić wynagrodzenia.

Ich życie odmienia się – niestety nie na lepsze – gdy Adam postanawia przyjąć pewne zlecenie. Sytuacja staje się napięta już wtedy, gdy pojawiają się opóźnienia w wypłatach. Zaognia się jednak dopiero wtedy, gdy Adam staje się świadkiem morderstwa swojego zleceniodawcy.

Od tej chwili cała trójka będzie musiała uciekać, aby ochronić siebie i swoich najbliższych. Wkrótce okaże się, że ucieczka nie jest możliwa, bo zabójcy to międzynarodowa, zorganizowana grupa przestępcza, która posiada swoich ludzi nawet w wymiarze sprawiedliwości i organach ścigania.

Kto jest kim i komu można zaufać? Czy w takiej sytuacji można zaufać komukolwiek?

Linia Maginota – recenzja

Po lekturze kilkudziesięciu stron zorientowałam się, że Linia Maginota nie jest tym, czego oczekiwałam. Brnąc dalej, utwierdzałam się w przekonaniu, że w sumie wyszło na dobre, bo historia jest naprawdę ciekawa. I nie tylko historia. Miałam wrażenie, że tutaj to bohaterowie grają pierwsze skrzypce.

Autor skupił się na kreowaniu postaci, żmudnym tworzeniu ich psychologicznych portretów i całkiem wiarygodnych historii. I nie czułam się wcale rozczarowana. Zamiast krwistej sensacji z gospodarczymi zawirowaniami w tle, dostałam – jak mi się na początku wydawało – całkiem niezły dramat społeczny, czyli coś, co naprawdę lubię. Długaśne retrospekcje czy peregrynacje w głąb psychiki bohaterów zepchnęły fabułę na dalszy plan. Podobał mi się styl, podobał mi się język, podobały mi się autentyczne dialogi. Odczuwałam realne zainteresowanie nie tyle fabułą, co właśnie postaciami i ich historiami. I wszystko szło w dobrą stronę. Sensacyjno-kryminalne wydarzenia wciąż wydarzały się w tle, przykuwając coraz więcej mojej uwagi, a ja byłam pod wrażeniem zamysłu i konstrukcji Linii Maginota.

I nagle stało się coś, czego nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Całkowicie nieuzasadnione i pozbawione jakiegokolwiek sensu postępowanie jednej z bohaterek zburzyło ten żmudnie i konsekwentnie tworzony świat. I było to pierwsze z wielu naiwnych rozwiązań fabularnych. Do tego momentu wszystko wydawało się być spójne, przemyślane i konsekwentne. Później było już tylko gorzej.

Bohaterowie jakby odkleili się od wcześniej wykreowanych portretów, postępując wbrew jakimkolwiek zasadom logiki. Absurdy fabularne zaczęły się mnożyć. Błędy stylistyczne i interpunkcyjne przestałam w pewnym momencie zliczać, starając się je po prostu ignorować. Czułam się oszukana, zła i zażenowana. Miałam wrażenie, że gdzieś w połowie historii autorowi brakło pomysłów na zakończenie i postanowił sięgnąć po tanie i naiwne rozwiązania, które tak dobrze znamy z amerykańskiego kina stricte rozrywkowego.

Zamiast trzymającej w napięciu historii sensacyjnej, otrzymujemy nonsensowną bajeczkę, której nie powstydziłby się niejeden szurnięty zwolennik teorii spiskowych. Linia Maginota przedstawia bowiem plany zniszczenia Polski poprzez… niszczenie przedsiębiorstw sektora budowlanego.

Kulminacyjny moment został całkowicie zdominowany przez dłużący się i groteskowy monolog czarnego charakteru, który w moich oczach jawił się jako jedna z tych kreskówkowych myszy, które każdej nocy bezskutecznie opanowywały świat.

Linia Maginota zapowiadała się bardzo dobrze. I to są chyba jedyne dobre słowa, które potrafię z siebie wykrzesać.

Linia Maginota – podsumowanie

Czasem pisanie krytycznych recenzji sprawia mi przyjemność. Czasem bawię się bardzo dobrze, wytykając fabularne braki czy językowe potknięcia. W tym przypadku jednak czuję jedynie złość, ogromne rozczarowanie i ulgę, że skończyłam czytać.

Linia Maginota to debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza, który bez wątpienia jakiś talent ma. Mam więc nadzieję, że nie będzie to ostatnia jego książka i przy następnej okazji autor będzie miał więcej szczęścia co do redaktorów i korektorów, od których zależy bardzo wiele. Mam też nadzieję, że następnym razem nie podda się tak szybko i nie postawi na łatwe i niemądre rozwiązania. Bo przecież Maksym Aleksandrowicz umie tworzyć bohaterów. Zabrakło tutaj konceptu i konsekwencji. W szczególności tego ostatniego.


Moja ocena: 4/10

Wydawnictwo Novae Res


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję autorowi.