Wojciech Klęczar – „Wielopole” – recenzja

Wojciech Klęczar – „Wielopole” – recenzja

Wojciech Klęczar należy do pisarzy raczej melancholijnych i refleksyjnych, leniwych nawet. W jego książkach nie uświadczymy wartkiej akcji trzymającej w napięciu, intryg i zagadek czy pościgów i rozlewu krwi. I absolutnie nie jest to wada, bo Klęczar świetnie sprawdza się w innych rzeczach – w obserwowaniu, analizowaniu, wnioskowaniu i pointowaniu otaczającego świata. Te swoje spostrzeżenia przelewa na papier, a czytając, ma się wrażenie, że przelał je dosłownie i teraz my w tym słowotoku zmuszeni jesteśmy się zanurzyć – powoli i spokojnie unosić się na jego falach, od czasu do czasu tylko napotykając na jakąś przeszkodę w postaci gorzkiej prawdy, która wyziera do nas spomiędzy słów. I takie własnie jest Wielopole – debiutancka książka Wojciecha Klęczara.

Wojciech Klęczar – Wielopole

Wydawnictwo FORMA
Data wydania: marzec 2016
Liczba stron: 94
Literatura piękna
Język oryginału: polski

Wielopole – fabuła

Ciężko jest mówić o fabule w Wielopolu. Ta książka to zbiór krótkich opowiadań i szortów, które łączy postać narratora – barmana z Prokrastynacji. To on przedstawia nam świat widziany zza barowej lady; przedstawia nam swoich klientów. Każdy szort poświęcony jest innej osobie, każda z tych osób również jest inna. Wszystkie postaci, które poznamy, mają jednak ze sobą coś wspólnego – wszystkie nie żyją naprawdę, istnieją gdzieś na pograniczu rzeczywistości i nigdy niespełnionych marzeń i planów. Chcą być kimś, kogo sobie wyimaginowali, żyją tym wyimaginowanym życiem i na ten wymyślony twór starają się kreować siebie. Ile w tym wszystkim jest gorzkiej prawdy o współczesnych ludziach, szczególnie tych młodych, pragnących wiele, niewiele robiąc i wierzących w to, że należy im się wszystko i z tego tytułu już wszystko osiągnęli. A resztę przecież mogą osiągnąć na wyciągnięcie ręki. A jeżeli im się nie udaje, zawsze mogą obarczyć winą wszystkich dookoła, użalając się nad sobą i nienawidząc świata. Większość z nich w rzeczywistości nie osiąga nic, żyjąc wciąż w zawieszeniu, nie żyjąc tak naprawdę wcale. Współczesne pokolenie podsumowane na kilkudziesięciu stronach.

Ostatnie, tytułowe opowiadanie to już krótka (choć objętościowo najdłuższa ze wszystkich innych) historia samego narratora, człowieka, który –podobnie jak wszyscy jego barowi klienci – również prokrastynuje. I streszczać jego historii nie będę, bo nie ma to najmniejszego sensu. Warto natomiast wspomnieć, że choć Wielopole to zbiór opowiadań, to jest ono tak skonstruowane, że można je śmiało traktować jak powieść szkatułkową, której pełny obraz uzyskujemy, poznając historię barmana.

Wielopole – recenzja

W Wielopolu Wojciech Klęczar zabiera nas na wycieczkę po Krakowie nocą, po krakowskich barach i pubach, po miejscach, które wciąż istnieją. Zabiera nas także w sentymentalną podróż po knajpach, po których zostały tylko wspomnienia. I wspomnienia te są o tyle gorzkie, że przecież są całkiem świeże; całkiem niedawno stały się tylko wspomnieniami.

Podążając za Klęczarem po krakowskich uliczkach, możemy odczuć ten tłok, ten zaduch, ten klimat zadymionych i gwarnych pomieszczeń. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że autor dość dokładnie wtajemnicza czytelnika w topografię Krakowa. Jest to przede wszystkim zasługa języka, jakim opisuje rzeczywistość – języka niezwykle plastycznego, ale nie przesiąkniętego patetycznością i wymuszonym artyzmem. Zdania są długie, czasem bardzo długie, wielokrotnie złożone, a przy tym zwyczajnie proste. Choć muszę przyznać, że miejscami pojawiają się w Wielopolu słowa niezbyt popularne, które pośród słownictwa poniekąd potocznego mocno się wyróżniają. Myślę jednak, że tutaj nieco lepsza mogłaby ten problem zniwelować. Podobnie jak konstrukcje niektórych zdań, które będąc nieco topornymi, wprowadzały dysonans.

Wielopole to książka przegadana. Taka, jak lubię. W ogóle ten leniwy styl opisywania świata, który preferuje Klęczar, mocno do mnie trafia. Bo wszystko, o czym pisze, my, czytelnicy, niespiesznie możemy obserwować w wygodnej pozycji. Tylko miejscami ukłuje nas prawda o nas samych – a to wypowiedziana wprost, bez ogródek, a to przemycana między wierszami, ale równie cierpka.

Co ciekawe, w Wielopolu, choć jest to proza realistyczna, pojawia się pewien oniryczny element, który de facto stanowi klucz do interpretacji. Klęczar na chwilę odrywa nas od krakowskiego barowego zgiełku i zabiera tam, gdzie wszystko może stać się jasne. Albo wręcz przeciwnie, jak to było w moim przypadku. Jest to jedna z ostatnich scen opowieści głównego bohatera. I zaskakuje. Dokładnie tak, jak zaskakiwać powinno zakończenie.


Moja ocena: 9,5/10


Rafał Niemczyk – „Mama umiera w sobotę” – recenzja

Rafał Niemczyk – „Mama umiera w sobotę” – recenzja

Znacie to uczucie, gdy po skończeniu książki nie macie ochoty sięgać po żadną inną w obawie, że żadna nie okaże się już tak dobra? Znacie to uczucie, kiedy po zamknięciu książki żałujecie, że ją właśnie przeczytaliście, bo tym samym pozbawiliście się szansy na przeczytanie jej po raz pierwszy? Ja znam, spotkałam się z nim kilka razy. Jednak w przypadku zbioru opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka ten żal jest chyba najdotkliwszy

Debiut Niemczyka nie jest zwyczajnym debiutem. Nie tego zwykle oczekujemy od debiutantów. Mama umiera w sobotę to dzieło odważne, pełne niesamowitości, symboliki i niedopowiedzeń, które uporczywie drąży mózg. To książka, która jest kompletna. Mnie wystarczyło przeczytać jedno opowiadanie w ciągu dnia. Tylko jedno. Przez cały kolejny dzień myślałam o nim, wracałam do niego, a niektóre opowiadania przeczytałam wielokrotnie. Po każdym czułam się… literacko spełniona. Tak po prostu.
Zbiór zawiera siedem opowiadań, które podzielić można w dwojaki sposób. Pierwszy z nich sugerują nam układ oraz oprawa graficzna – podział na trzy tematyczne bloki. Ten jednak nie do końca do mnie przemawia. W swoim odczuciu podzieliłabym je raczej na dwie grupy: opowiadania bardziej realistyczne oraz te zawierające wątki magiczne/metafizyczne/niesamowite. W tym podziale możemy zauważyć również wyraźną różnicę w konstrukcji, formie i języku. O ile opowiadania realistyczne są raczej oszczędne w słowach, przemyślane konstrukcyjnie i niemal surowe, o tyle te bardziej fantastyczne zaskakują emfatyczną narracją, poetyką i intertekstualnością.
Jednym z takich opowiadań jest Gambino (przeczytane przeze mnie trzykrotnie), nafaszerowane wręcz symboliką, metaforyką i mnóstwem tropów, a wszystkie je zrozumieć może chyba tylko sam autor. Tę opowieść o dziwnej relacji tajemniczego, starszego mężczyzny z dzieckiem (które nie jest jego wnukiem) autor skonstruował i napisał tak, aby jak najbardziej skołować czytelnika. Ta historia pozostawia najwięcej niedopowiedzeń ze wszystkich, będąc przez to niemal nie do zrozumienia, a każda kolejna jej lektura zwraca uwagę na inne aspekty. To coś mrocznego, coś niesamowitego i enigmatycznego, co towarzyszy tej osobliwej parze od początku ich wędrówki sprawia, że w to opowiadanie nie da się nie „wsiąknąć”.
Warto zwrócić także uwagę na Przypadek Brzydala – opowiadanie, którego nie powstydziłby się sam Edgar Allan Poe. W tej historii narracja jest stylizowana na romantyczną prozę i prowadzona przez głównego bohatera – zdeformowanego człowieka, życiem którego rządzi niepohamowana zazdrość o swoją przepiękną żonę. Tutaj również nie zabraknie wielu tropów i nawiązań, chociażby do popularnego w literaturze motywu sobowtóra, Doppelgängera (którego znać możemy m.in. z Twin Peaks, serialu wspomnianego w blurbie).
Choć opowiadanie Ściana było tym, które wstrząsnęło mną chyba najbardziej – zarówno ze względu na fabułę, jak i jego naprawdę głębokie przesłanie – to Stodołę uważam za najlepsze opowiadanie zbioru i to ono właśnie najbardziej emanuje klimatem Twin PeaksIle tutaj jest niepokoju, ile mroku, nadziei, śmierci, marzeń! Ile tutaj jest wszystkiego, co najbardziej lubię – subtelnego ocierania się o realizm magiczny, absurdu, tajemnicy i naprawdę nietuzinkowej narracji, która w jakiś sposób delikatnie dotyka mimetyzmu. To finałowe opowiadanie jest doskonałym (doskonałym!) zamknięciem tego skończonego zbioru.

Jeżeli chodzi o opowiadania realistyczne, niczym nie odstają one od tych fantastycznych. Tytułowa historia szokuje podejściem głównego bohatera do śmierci swojej matki. Nie ma tu miejsca na żal, tęsknotę i żałobę. Jest suche rachowanie i kombinowanie, jak skutecznie dobrać się do pozostawionych przez denatkę pieniędzy, zanim zrobi to reszta rodzeństwa. Brzmi znajomo? Właśnie…
Absurd zawarty w Trupie w piwnicy też zdaje się mieć odzwierciedlenie w codziennym życiu. Pismo urzędowe wysłane do głównego bohatera przez pomyłkę, całkowicie odmienia jego życie, powoduje narastającą w głowie paranoję. Opowiadanie nasuwa na myśl Proces Kafki, a cała sytuacja nieco przypomina tę z Zabicia ciotki Bursy.
Jak my byśmy się zachowali w takich okolicznościach? Czy naprawdę zdarzenia przedstawione przez Niemczyka są takie nieprawdopodobne? Czy może autor chce nam w nieco wyolbrzymiony sposób pokazać, że to jest właśnie codzienność, że tacy jesteśmy? 

Nie można też nie wspomnieć o minimalistycznych, ale jakże wymownych ilustracjach autorstwa Katarzyny Michałkiewicz-Hansen. Oszczędne w formie i treści obrazy są idealnym dopełnieniem historii, wnoszą do nich jeszcze więcej niepokoju.
Mama umiera w sobotę pokazuje, że Rafał Niemczyk nie jest kolejnym pisarzem, który zamierza zawojować polską scenę literacką jakimiś napompowanymi, wydumanymi i pseudoszokującymi historyjkami. Książka ta pokazuje, że autor jest człowiekiem niezwykle oczytanym i tymi swoimi przeczytanymi książkami jawnie się inspiruje. Jego opowiadania nie są jednak kalką tego, co już znamy. Znane motywy są tutaj tylko kanwą, na której Niemczyk stworzył swoje historie, na której zaznaczył swoją obecność. Intertekstualność w Mamie…, choć jest obszerna, jest całkowicie nienachalna, rzekłabym nawet, że aluzyjna, taktowna. Odnaleźć w niej możemy wspomnianego wcześniej Poego, Andrzeja Bursę, Franza Kafkę, J.L. Borgesa, trochę popkultury. Każdy coś odnajdzie, każdemu gdzieś coś w duszy zagra podczas lektury. I to zagra bardzo przyjemnie.
Takiego kaca jak po Niemczyku nie miałam nawet po sylwestrze. Mama umiera w sobotę szokuje, zmusza do refleksji, pobudza te rzadko poruszane struny podświadomości, których poruszać może się boimy. Jest przy tym zbiorem przenikliwym i owianym tajemnicą, niepokojem, lękiem. Jest zbiorem absolutnie doskonałym.
Podsumowanie:
Autor: Rafał Niemczyk
Tytuł: Mama umiera w sobotę
Ilustracje: Katarzyna Michałkiewicz-Hansen
Strony: 224
Wydawnictwo: Afera
Moja ocena: 11/10

Chciałabym z tego miejsca podziękować Adrianowi za polecenie i pożyczenie mi tej książki. I za korektę recenzji, choć ma poważniejszej roboty pełno. Dziękuję!

Marta Kisiel – „Pierwsze Słowo” – recenzja

Marta Kisiel – „Pierwsze Słowo” – recenzja

Nie oszukujmy się – Marta Kisiel kojarzy nam się głównie z aniołkami, bamboszkami i różowymi króliczkami, z wyjątkowym humorem i urokiem, za który pokochaliśmy ją bez granic. O dramatach pisać łatwo, trudniej być pisarzem inteligentnym i zabawnym, nie popadając przy tym w śmieszność. Marcie się to udało. Bez dwóch zdań. Jednak Pierwsze Słowo udowadnia nam, że Kiśl to nie tylko jej różowy pierdolec i mistrzowskie operowanie słowem. Ten zbór jedenastu opowiadań pokazuje, że Marta Kisiel nie jedną twarz ma, a jej wyobraźnia jest nieskończona.
Zbiór otwiera opowiadanie „Rozmowa dyskwalifikacyjna”, które choć zabawne, absurdalne i zaskakujące, niesie ze sobą też smutny obraz rzeczywistości – rynku pracy, na którym panuje niekończący się wyścig szczurów, w którym ważny jest młody wiek i milion lat doświadczenia. Całą tę sytuację Ałtorka opisuje z typowym dla siebie lekkim komizmem. Bawi niezmiernie, aby za chwil kilka przenieś nas – niczego nieświadomych czytelników – w duszny, mroczny i martwy zaświat. Towarzyszymy w nim zrozpaczonej matce, która pragnie dostać się do świata zmarłych i wydostać z niego swoją córkę. „Katabasis” to opowiadanie dotykające dość popularnego w literaturze tematu, czerpie z greckich mitologii i wierzeń, ale robi to w sposób niezwykle subtelny i poetycki. Stawia więcej pytań, niż pozostawia odpowiedzi. Ogólnie niejednoznaczność jest cechą charakterystyczną większości opowiadań w Pierwszym Słowie.
Następnie Ałtorka zabiera nas tam, gdzie wszystko się zaczęło – do upiornego domu z gotycką wieżyczką, z zakatarzonym aniołkiem w bamboszkach i innymi stworami. „Dożywocie” pierwotnie było bowiem opowiadaniem, na kanwie którego postała wpierw jedna, a później kolejna książka. A to przecież nie koniec! Kolejnym etapem naszej podróży okazuje się burdel, ładnie nazwany „przybytkiem”. A Kisiel by Kiślem nie była, gdyby ów burdel był zwykłym burdelem. Co to, to nie! Postanowiła więc ów przybytek nawiedzić. I to nie przez byle kogo, bo przez ducha, którego cechuje niezwykła cnotliwość i moralność. Aż chciało by się tam dłużej zabawić, pośmiać się jeszcze i nadziwić…
Tymczasem Ałtorka ma wobec nas zupełnie inne plany. I nie przesadzę, jeżeli powiem, że to właśnie po „Nawiedzinach” rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Prawdziwe 50 twarzy Marty Kisiel, która snuje przed nami mroczną i przygnębiającą wizję świata, który choć z pozoru niemożliwy, to jakoś tak nieprzyjemnie znajomy. Świata rządzonego przez korporacje, diety i inne modne fitnessy. Świata, w którym tak przyziemna rzecz jak śmierć, pozostaje całkowicie niezauważalna. „Przeżycie Stanisława Kozika” to pierwsze opowiadanie w zbiorze, które naprawdę daje do myślenia i pozostawia czytelnika z wszędobylskim uczuciem niepokoju. To pierwsze opowiadanie, które pokazuje zupełnie innego Kiśla – mrocznego, mocnego i złowieszczego, wciąż jednak operującego lekkim słowem pisanym i charakterystyczną nutką humoru.
Tych cech nie odnajdziemy już w „Jadeicie” – rasowym horrorze godnym Edgara Allana Poe, horrorze z trupem i duchem. I z erotyczną scenką początkową, niemal jak u Lovecrafta. Kolejne twarze Kiśla do kolekcji. Marta przeraża, szokuje i niepokoi i ani myśli przestać. „Miasto Motyli i Mgły” to ocierająca się o realizm magiczny opowieść o pewnym chłopcu, który w zaskakujący sposób łamie serca.
W tym momencie na chwilę zwolnimy tempo. Ałtorka postanowiła dać nam chwilę wytchnienia i na chwilę znów nas rozbawić. „W zamku tej nocy” to przezabawna wariacja wokół klasycznego romantycznego dramatu, wokół Szekspira, Słowackiego, Mickiewicza. „Szaławiła” natomiast znów zabiera nas do magicznego świata Lichotki (a raczej tego, co z niej zostało). Oda w towarzystwie Bazyla gwarantuje niesamowitą zabawę i kupę śmiechu. Ale Kiśl stał się starym dobrym Kiślem tylko na chwilę.
Dwa ostatnie opowiadania uważam za najlepsze. „Cały świat Dawida” chyba najbardziej przypadł mi do gustu, bowiem styl nasuwał mi na myśl Rafała Cuprjaka. Z resztą nie tylko styl, bowiem także historia, ponura i przykra opowieść o niespełnionych ambicjach, o przytłaczającej szarej rzeczywistości i ludzkich słabościach była dość „cuprjakowa”.
O ostatnim, tytułowym opowiadaniu nie powiem zbyt wiele, bo na samo wspomnienie zbiera mi się na płacz. To nie jest tak, że czytając „Pierwsze Słowo”, łezka zakręciła mi się w oku ze wzruszenia. Nie. Po skończonej lekturze płakałam jak bóbr przez dobre pół godziny. To niesamowite opowiadanie przeraża, zasmuca, wręcz poniewiera emocjonalnie, pozostawiając czytelnika ze zwyczajnym, najczystszym smutkiem i pustką.
Wszystkie opowiadania w zbiorze łączy tak naprawdę motyw śmierci, co wyjaśnia tę przepiękną, zachwycającą okładkę stworzoną przez Tomasza Majewskiego. Ale nie tylko śmierć charakteryzuje Pierwsze Słowo. Wszystkie nowe opowiadania (bo niektóre powstały już wcześniej i gdzieś kiedyś publikowane były) łączy tematyka relacji rodzic-dziecko i wszystkiego, co z tą niejednokrotnie trudną relacją związane. I mam wrażenie, że ma to jakiś związek z faktem, że Kisiel na przestrzeni tych lat sama matką się stała. Jak wiele jest więc rzeczywistości w tych opowiadaniach fantastycznych? Ile prawdy i ile w tym wszystkim prawdziwego Kiśla? Boję się na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć.
Każde z opowiadań utrzymuje wysoki poziom, a różnorodność tematyczna i gatunkowa podkreśla wyjątkowy kunszt Ałtorki. Moje ochy i achy pod adresem języka i stylu Marty Kisiel chyba nigdy się nie skończą. Teraz do tego mogę dorzucić jeszcze zachwyt nad nieskończonością jej wyobraźni oraz uniwersalność tematyczną i gatunkową.
Pierwsze Słowo pokazuje, że Marta Kisiel umie nie tylko w humor, bamboszki i różowe króliki. Udowadnia, że Marta Kisiel to nie tylko mistrzyni słowa, języka i różnorodnych z nimi zabaw. Pierwsze Słowo to nieco inny Kisiel – dojrzały, pesymistyczny, szokujący i skłaniający do refleksji. Ja tego Kiśla całą sobą kupuję i jeżeli dalej ma to tak wyglądać, to Ałtorka może sobie ciągle „nie umieć w opowiadania”. A ja nadal fanką opowiadań nie będę.
 
Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Pierwsze Słowo
Strony: 320
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 11/10
Jonathan Carroll – „Kolacja dla Wrony” – recenzja

Jonathan Carroll – „Kolacja dla Wrony” – recenzja

Jonathan Carroll to jeden z tych nielicznych pisarzy, których wprost uwielbiam, których nie czytam, a pochłaniam, których każda kolejna książka to dla mnie ekscytująca przygoda, od której nie mogę się oderwać. Absolutnie każda! Pełne magii i emocji niezwykłe światy, które kreuje Carroll, nadnaturalne postaci i całkowicie abstrakcyjne sytuacje nie tylko dostarczają mi wiele radości, ale także wiele lat temu wykreowały mój literacki gust i wysoko postawiły poprzeczkę innym pisarzom.

Jonathan Carroll należy do grupy pisarzy, którzy każą czekać swoim fanom na kolejne książki. Szczególnie ostatnimi czasy. Sześć lat czekaliśmy na Kąpiąc Lwa, po niespełna czterech pojawiła się ostatnio Kolacja dla Wrony, która zdecydowanie nie jest tym, czego wszyscy się spodziewali. Ja jednak przez te wszystkie lata wciąż zadawałam sobie pytanie: co temu człowiekowi w głowie siedzi? I ta książka właśnie po części na to pytanie odpowiada, nieco przybliżając mi meandry jego myśli i inspiracji.

Kolacja dla Wrony to zbiór króciutkich opowiadań, esejów, przemyśleń i anegdot z życia Jonathana Carrolla. Niektóre są lepsze, niektóre gorsze, jedne dłuższe, inne krótsze. Każde jednak mówi nam coś o samym autorze, wyjaśnia skąd brały się pomysły na kolejne książki. Nie mogło zabraknąć nieco nadnaturalnych elementów, jak faktycznie szukanie nadziei w szpitalu czy opowiadanie o mieszkającym w brzuchu strachu. Z jednej strony nie ma nic, co łączyłoby te krótkie historyjki. Wszystkie jednak razem starają się przybliżyć nam sens życia, pokazać, w jak prosty sposób można uczynić z niego prawdziwą sztukę. Kolacja dla Wrony pokazuje, jak wiele magii znajduje się w naszej codzienności, ile radości i inspiracji można czerpać z codziennych, zwyczajnych sytuacji. Carroll bez wątpienia pozostaje więc w moich oczach mistrzem czynienia sztuki z życia. I to sztuki przez duże S, bo tej surrealistycznej i abstrakcyjnej, która porusza mnie najmocniej.

Dużą zaletą tej książki jest fakt, że można swobodnie czytać ją „na wyrywki” i zależnie od sytuacji lub ewentualnego nastroju znaleźć coś, co do nas trafi, poprawi humor bądź też wpłynie na nasze zdystansowanie się do trudnych sytuacji. Przynajmniej na mnie tak działa. I podejrzewam, że wywoła podobny efekt u każdego wiernego czytelnika Jonathana Carrolla.

Kolacja dla Wrony zdecydowanie nie jest pozycją, od której należy zacząć swoją przygodę z tym osobliwym pisarzem. Lepiej do tego zda się Kraina Chichów albo Kości Księżyca. Jest to natomiast pozycja obowiązkowa dla każdego, kto się fanem Carrolla mianuje. 

Podsumowanie:
Autor: Jonathan Carroll
Tytuł: Kolacja dla Wrony
Strony: 208
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Moja ocena: 8,5/10
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję: