Filozoficznie dziś zacznę. Kolejny rok za nami. I kolejny przed nami. Jaki był 2016 rok dla mnie? Zdecydowanie niezbyt łaskawy. Przyniósł ze sobą wiele zmian, pogrzebał wiele marzeń. Ogólnie mówiąc, dość mocno mnie spoliczkował. Nie miałam tyle czasu ile chciałam, nie poświęciłam tyle uwagi książkom i Białym Mebelkom, jak sobie postanowiłam na koniec roku 2015. Ale nie ma tego złego… Niektóre moje książkowe plany udało się zrealizować. I może właśnie od tego zaczniemy.

Zeszłoroczne postanowienia 

Postanowienia noworoczne mają to do siebie, że zazwyczaj się nie spełniają. Podejmowane pod wpływem jakiejś presji „bonowyroktonowaja” jak szybko pojawiają się w naszej głowie, tak szybko odchodzą. Wraz z motywacją. Dlatego właśnie ja od kilku lat postanawiam nic nie postanawiać i udaje mi się w tym wytrwać. No… w większości. Co roku czynię bowiem czytelnicze plany i końcówka 2015 też takowe przyniosła. Co ciekawe, większość z nich udało mi się spełnić.

Przede wszystkim Remigiusz Mróz. Od niego rozpoczęłam poprzedni rok i na nim go również zakończyłam. Z tym, że chciałam się Mrozem zachwycić, a… się rozczarowałam. Nie do końca więc po mojej myśli. Lektura Kasacji zniechęciła mnie na jakiś czas do Remigiusza. Po kilkumiesięcznej przerwie sięgnęłam po Zaginięcie… Tego drugiego nawet nie doczytałam do końca. A chciałam, tak bardzo chciałam zrozumieć fenomen Chyłki. Nie zrozumiałam. Fenomenu nie ma. W końcu jednak trafiłam na Behawiorystę. Powiedzieć, że się zachwyciłam to tak, jakby nie powiedzieć nic. Recenzja niebawem. Udało mi się również zachwycić Donną Tartt, czytać więcej Kinga (choć Mrocznej Wieży znów nie ruszyłam). Jonathan Carroll pojawił się natomiast w tym roku tylko raz ze swoim Czarnym Koktajlem.

Nie złamałam się jednak i nie sięgnęłam po czwartą część Millenium. Nie żałuję. Nie sięgnęłam także po żadną książkę Katarzyny Bondy, a twórczość Szczepana Twardocha nadal czeka na swoją kolejkę. Bilans wychodzi zatem na plus.

Największe rozczarowanie 

Nie recenzowałam wszystkiego, co przeczytałam. Nie lubię bowiem pisać o książkach, które mi się nie podobały, które mnie rozczarowały bądź męczyły. Ogromnym rozczarowaniem zeszłego roku okazała się powieść Pauli Hawkins Dziewczyna z pociągu. Mateńko, ile szumu! Ile gadania! Jaki PR bezbłędny! I rzekomo nawet sam Stephen King oderwać się nie mógł… Dobrze, że książki, które tworzy są o niebo lepsze od tych, którymi sam się „zachwyca”.

Sięgnęłam również po Motylka Katarzyny Puzyńskiej, o której głośno było w blogosferze. Autorka płodna, pisząca ładnym językiem, który zwrócił moją uwagę. Pisząca jednak nie do końca przemyślane książki, w których praktycznie żaden z ciekawie rozpoczętych wątków nie został dokończony… Przynajmniej Motylek takową książką się okazał.

Jednak największym koszmarem roku 2015 staje się Studnia Zagubionych Aniołów. „Dzieło” to wyszło spod pióra Artura Laisena, który również jako osoba prywatna nieco mnie rozczarował. Z publikacją recenzji również był nie lada problem. W końcu jednak recenzja się ukazała, konflikt został zażegnany, ale niesmak pozostał… Nie jest to jednak koszmar tak straszny jak zeszłoroczny Generał Barcz. Tyle słowem pocieszenia.

Najlepsza książka roku 2016

W poprzednim roku przeczytałam zdecydowanie za dużo bardzo dobrych książek, więc wybór tej najlepszej, tej która najmocniej skradła moje serce jest zadaniem nad wyraz trudnym. O tytuł ten walczyły w mojej głowie cztery pozycje: Po drugiej Stronie Rafała Cuprjaka, Magiczne lata Roberta McCammona, Człowiek o 24 twarzach Daniele Keyesa i Hotel New Hampshire Johna Irvinga.
I choć okrzyknęłam Człowieka o 24 twarzach jedną z najlepszych książek, jaką w życiu przeczytałam, Hotel New Hampshire wytargał mnie emocjonalnie, a Magiczne lata zwyczajnie zachwyciły, wzruszyły i rozrzewniły, to postanowiłam przyznać (wyimaginowaną co prawda) Statuetkę Najlepszej Książki 2016 roku Rafałowi Cuprjakowi!
Szok, stres, niedowierzanie… Rozumiem. Zapewne większość z Was zastanawia się, kim w ogóle jest Cuprjak i co takiego zrobił, że położył na łopatki samego Johna Irvinga i Roberta McCammona. Szczerze mówiąc – nie wiem. Po prostu Po drugiej stronie to książka MOJA, całkowicie i w stu procentach napisana jakby dla mnie. Wspaniały, plastyczny język, mistrzowskie operowanie słowem, „lejąca się” konstrukcja zdań, realizm magiczny, którego autentyczności nie śmiem nawet podważać i niezwykle prawdziwa historia, która targa emocjami, oraz pozostawia dużo miejsca na refleksję. To tę książkę polecałam w tym roku najczęściej, to właśnie za jej sprawą pożyczałam znajomym swojego Kindle’a, żeby mogli  się zapoznać, to do tej książki wracałam najczęściej, czytając losowe fragmenty. Rafał! Możesz być z siebie dumny… Tajemna Historia Donny Tartt też była brana pod uwagę. W moim subiektywnym odczuciu powaliłeś wszystkich! Jeszcze raz dziękuję i pamiętaj, że czekam na kolejną powieść, a zaraz po niej – kolejny wywiad w jakimś przytulnym miejscu!

Najśmieszniej 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniała o Marcie Kisiel. Zeszłoroczny zachwyt nad Dożywociem spotęgowany został Siłą niższą, która ukazała się w 2016 roku. Recenzja ukaże się niebawem. Na razie mogę powiedzieć tylko, że Siła niższa to pozycja równie zabawna, co jej poprzedniczka, ale także zdecydowanie dojrzalsza, z jeszcze lepszym wyczuciem słowa, jeszcze lepiej skomponowanymi dialogami i… wyciskająca jeszcze więcej łez wzruszenia.

20. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie 

Tak, jak obiecałam, na Targach się pojawiłam i tym razem już z wejściówką dla bloggerów. Niestety również nieco się rozczarowałam… Organizacja tych Targów pozostawiała wiele do życzenia: począwszy od niekończących się kolejek, przez nieprzemyślaną całkowicie wymianę książek organizowaną przez LubimyCzytac.pl, aż do braku możliwości wyjścia z Hali EXPO na papierosa i powrotu na tę samą wejściówkę…

Jednak klimat ten sam. Książki, książki, wydawanie pieniędzy, pot, tłum, książki, książki i spotkania! Spotkania, czyli to, co najpiękniejsze w tej całej inicjatywie. Oczywiście nie udało mi się dotrzeć do wszystkich. Musiałam opuścić spotkanie z Katarzyną Puzyńską, Marka Krajewskiego zastałam, gdy już odchodził, a podczas dyżuru Jakuba Żulczyka niestety musiałam być jeszcze w pracy w Częstochowie. Stojąc w niebotycznej, niewiarygodnej, największej i rekordowej kolejce po podpis Remigiusza Mroza (dla siostry, ja swój miałam z poprzedniego spotkania z Mrozem w Częstochowie), przegapiłam również moment, w którym Olga Tokarczuk podpisywała Księgi Jakubowe. Książkę jednak zakupiłam, a Pani Olga wyrosła obok mnie, jak spod ziemi i ją podpisała. To będzie najpiękniejsze wspomnienie. I może jeszcze Profesor Bralczyk patrzący mi w oczy i mówiący, że jestem „dzika”. Tak… To były bardzo udane spotkania!

Koniec tego gadania. Pochwalę się zdjęciami!

I tym samym mam całe #kiślowersum pobazgrane przez samą Ałtorkę i jej pierdolca. A wierząc słowom Marty – już nigdy mnie nie zapomni i z nikim nie pomyli! 💗

I tylko Profesora Jana Miodka brakło… Spotkanie udane, jednak niewiele zrozumiałam, ponieważ panowie dżentelmeni postanowili mówić do mnie głównie po łacinie. Gdybym wiedziała, bardziej bym się na studiach przykładała do nauki tego wcale nie (jak się okazało) wymarłego języka.

Drugie zdjęcie z Remigiuszem Mrozem w tym roku i drugi podpis. A on i tak pamięta tylko mój „synkretyzm gatunkowy”. Trzeba postarać się to zmienić!

Targowy stosik.

A więc – DO ZOBACZENIA ZA ROK!

Noworoczne postanowienia czytelnicze 

W tym roku jest to nie lada problem. Zdecydowanie największym postanowieniem jest jak zawsze: Czytać Więcej. Jeszcze więcej. I jeszcze! Więcej Tartt, więcej polskich autorów i wszystkie książki Jakuba Żulczyka, od którego rozpoczęłam ten 2017 rok. I którego od pierwszego zdania pokochałam. Chciałabym również sięgnąć po więcej Irvinga, bo Hotel New Hampshire mógł być początkiem pięknej przyjaźni.
A! I obiecuję, że spuszczę manto Genius Creations jeżeli w 2017 roku nie pojawi się nowa książka Rafała Curjaka. Obiecuję! 

Słowo i poezja!