Recenzja: Budząc lwy
Autor:
Ayelet Gundar-Goshen

Recenzent:
Ocena:
5

Podsumowanie:

To małe arcydzieło współczesnej literatury, które na długo pozostawi Was z hybrydowym uczuciem pewnego obrzydzenia i zachwytu, sprawi, że zaczniecie myśleć o wszystkim, o czym wcale myśleć nie chcieliście (…).

Sięgając po Budząc lwy izraelskiej autorki Ayelet Gundar-Goshen, oczekiwałam książki na naprawdę nieprzeciętnym poziomie; thrillera psychologicznego nie tylko z nazwy; emocjonującej i trzymającej w napięciu przygody. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego i jego Seria z Żurawiem przyzwyczaiło mnie już do dobrej, orientalnej literatury. To, co w rzeczywistości otrzymałam, okazało się przerastać moje najśmielsze oczekiwania względem tej pozycji. Otrzymałam bowiem nie tyle „thriller psychologiczny z dylematem moralnym w tle”, ile dzieło pod wieloma względami wybitne i niepowtarzalne.

Ayelet Gundar-Goshen – Budząc Lwy

Wydawnictwo Uniwersystetu Jagiellońskiego
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 352
Kryminał, sensacja, thriller
Tytuł oryginału: Leahir arajot
Tłumaczenie: Marta Dudzik-Rudkowska

Budząc lwy – fabuła

Ejtan Grin to szanowany neurochirurg, wymarzony mąż i kochający ojciec. Wiedzie niemal idealne życie. Jednak pewnej nocy, gdy wraca do domu po kolejnym dyżurze, potrąca człowieka – afrykańskiego imigranta. Dość szybko ocenia, że mężczyzny nie da się już uratować. A na szali leży jego reputacja i idealna rodzina. Postanawia więc uciec z miejsca wypadku, wywołując tym samym lawinę konsekwencji.

I zapewne nikt nigdy by się nie dowiedział, że to właśnie on, Ejtan Grin, był sprawcą tego wypadku. Ofiarą był przecież jeden z wielu nielegalnych imigrantów… Jednak następnego dnia po wypadku u progu domu Ejtana staje nieznajoma kobieta z jego portfelem w dłoniach i twierdzi, że jest żoną zabitego Erytrejczyka.

Sirkit nie chce jednak pieniędzy za swoje milczenie; chce czegoś dużo bardziej cennego, co zaburzy idealne życie lekarza. Ejtan rozpoczyna więc walkę o swoją reputację i rodzinę. Kłamstwa gonią kłamstwa, nawarstwiają się i z dnia na dzień stają się coraz bardziej nie do zniesienia. Sytuacji nie poprawia fakt, że to właśnie żona Ejtana prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Erytrejczyka.

Ejtan natomiast z dnia na dzień zachowuje się coraz dziwniej – okłamuje swoją żonę, znika na całe noce, co rusz bierze wolne w pracy. I nikt nie wie, że w tym czasie zajmuje się nielegalnymi imigrantami w prowizorycznym szpitalu utworzonym w starym warsztacie. I z dnia na dzień coraz bardziej zbliża się do Sirkit…

Budząc lwy – recenzja

Choć Budząc lwy to psychologiczny thriller, nie odnajdziemy w nim fabuły klasycznego thrillera. Decyzja Ejtana o pozostawieniu konającego Erytrejczyka na drodze nie przewróciła jednej kostki domina. Ona sprawiła, że runęło ich kilka. I nie będziemy tutaj z zapartym tchem obserwować postępów śledztwa, porywających zwrotów akcji i nieudolnych prób ukrycia prawdy, którą sprawiedliwość wyciągnie na światło dzienne. Ta książka to raczej sieć emocjonalnych zależności; konsekwencje, z którymi muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie, podejmując takie, a nie inne decyzje. Autorka zmusza nas do obserwowania rzeczywistości taką, jaka ona jest dla bohaterów, jak każde wydarzenie wpływa na inne, zmieniając tę rzeczywistość, a co za tym idzie – zmieniając bohaterów i powodując podejmowanie decyzji, które prowadzą do powstawania kolejnych konsekwencji.

Tutaj to nie fabuła zagra pierwsze skrzypce, a samo słowo. I choć o wydarzeniach opisanych nie jestem w stanie powiedzieć nic złego, to nie one zrobiły na mnie największe wrażenie. W powieści na pierwszy plan wysuwa się nietuzinkowa, niecodzienna i niezwykle poetycka narracja, naszpikowana strumieniami świadomości bohaterów, ich przemyśleniami i refleksjami.

I Liat wiedziała: sen jest niebezpieczny. Jest coś niemal obraźliwego w pomyśle, że na siedem godzin dziennie zmuszony jesteś rozstać z tymi, których kochasz. Każdy idzie w swoją stronę. Nikt nic nie wie. Pojęła to, gdy była jeszcze dzieckiem. Jeszcze zanim jej ojciec wyprowadził się do Ronit, nienawidziła pory zasypiania. Wszystkie te kołysanki, głaskania po główce, lalki leżące obok niej pod kołdrą nie zdołały osłodzić jej upokorzenia snu. Dzisiaj zasypia z większą łatwością, ale nadal z mglistym uczuciem porażki.

s. 108

Ayelet Gundar-Goshen nie ułatwia sobie zadania i narrację prowadzi z perspektywy obiektywnego obserwatora, który ma wgląd do wnętrza bohaterów. Zabieg ten sprawia, że konstrukcja powieści jest całkiem wyjątkowa i niełatwa w odbiorze. Budząc lwy to książka momentami „przegadana”. Niewiele się tu dzieje, a jednocześnie dzieje się bardzo dużo. Bardzo długie i poetyckie zdania mieszają się z tymi wyjątkowo krótkimi. Przyznam, że na początku lektura mnie męczyła, chciałam ją odłożyć, twierdząc, że jest za trudna. Ale w pewnym momencie mnie wciągnęła. W pewnym momencie przepadłam i czułam, jak z każdym kolejnym zdaniem rozbudza się moja ciekawość. Miałam wrażenie, że książka lada moment stanie w płomieniach, a ja razem z nią.

Budząc lwy to powieść uboga w dialogi, których miejsce zajmują refleksyjne i naszpikowane emocjami relacje wydarzeń. To właśnie ta zaskakująca i odważna konstrukcja oraz ładny lecz prosty język sprawiają, że nie jest to książka, o której będziemy rozmawiać w szerokich kręgach, o której rozpisze się polska blogosfera książkowa. Teraz albo już się w ten sposób nie pisze, albo pisze się bardzo rzadko i do wąskiego grona odbiorców. Bez wątpienia jednak Budząc lwy to książka warta uwagi. To małe arcydzieło współczesnej literatury, które na długo pozostawi Was z hybrydowym uczuciem pewnego obrzydzenia i zachwytu, sprawi, że zaczniecie myśleć o wszystkim, o czym wcale myśleć nie chcieliście, wyciągnie na światło dzienne to, co na co dzień tak skrzętnie staracie się schować, ukryć nawet przed Wami samymi, uświadomi, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…


Moja ocena: 10/10


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.