Recenzja: Dożywocie
Autor:
Marta Kisiel

Recenzent:
Ocena:
5

Podsumowanie:

Dajcie się na kilka chwil porwać Marcie Kisiel do Lichotki, ponieść niesłabnącemu rozbawieniu, a jestem pewna, że nikt z Was się nie rozczaruje! 

Jak coś jest dobre, to po prostu dobre jest i należy powiedzieć to głośno, wykrzyczeć wszem wobec i każdemu z osobna. Zapraszam Was zatem do miejsca, w którym zatrzymał się czas. Do miejsca, którego stróżem jest zakatarzony aniołek, kucharzem potwór z głębin zła, a lokatorem wielokrotny samobójca z zamiłowaniem do romantycznej poezji. Dodając do tego kilka utopców, otrzymujemy prawdziwy miszmasz istot nadprzyrodzonych. Jedyne, czego w tym wszystkim brakuje, to… fabuła.
„Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i… wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. (…) Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości chyba tylko muzealnej – wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza (…)”
Na odludziu, w małym gotyckim domku zwanym dalej Lichotką rozgrywa się prawdziwa walka między romantykiem a klasykiem. Choć nie do końca, a może nawet wcale klasykiem, ale Konradem Romańczukiem w osobie własnej. Prawdziwy romantyk jest jednak na pewno. I jak na osiemnastowieczne widmo przystało, posiada krótką miłosną historię i dłuższą historię samobójstw. Zajmuje się też wszelkiego rodzaju robótkami ręcznymi, przynajmniej dopóty, dopóki nie skończą mu się palce. Oprócz tego od ponad dwustu lat trudni się byciem znudzonym i nieszczęsnym paniczem Szczęsnym. Z tym zaiste ogromnym bagażem codziennych obowiązków pomaga mu się uporać Licho – mały, uroczy aniołek z wyszarpanymi skrzydełkami, alergią na pierze i pedantycznym zamiłowaniem do porządków. W samym centrum owego pełnego ciepła bałaganu pojawia się Konrad z wizją wspaniałego, spokojnego domu na odludziu, który odziedziczył w spadku i w którym to zamierza stworzyć swoje Dzieło Życia. Plany pokrzyżuje mu jednak Siła Wyższa i Lichotka, która ze spokojem nie ma nic wspólnego. Odkrycie przez Romańczuka macek wydostających się z piwnicy i buszujących po kuchni oraz kilku złośliwych utopców okupujących wannę przyprawia go o mały zawał serca. Tutaj zaczyna się cała przygoda. I chociaż akcja osadzona jest w czasach współczesnych, to dzięki klimatowi, jaki stworzyła Ałtorka, ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tam w pierwszych latach dziewiętnastego wieku.  
Skupmy się jednak na tym, co bez wątpienia stanowi największy atut książki. Nie tylko postaci i ich perypetie bawią czytelników, ale też sposób, w jaki Ałtorka serwuje ten humor. Kluczowy jest tutaj język, w obliczu którego tonę w estetycznych ochach i achach. Marta Kisiel posiada bowiem coś, co ja nazwałabym wyczuciem języka. W odpowiednim momencie jest on cięty, dosadny, a miejscami wprost przesłodki i uroczy.
„Urżnąłeś mi anioła – powtórzył Konrad(…).”
„- Napaliłom na górze w kominku – oznajmiło Licho, wpadając do kuchni z naręczem wielgachnych ręczników – i wyciągnełom dodatkowe koce, alleluja. Krakersik zaraz zagrzeje rosołku, a ja naplumkam świeże kluseczki.”
 
„Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.”
 
W powyższych fragmentach widać szczególne zamiłowanie Ałtorki do tworzenia nowych słów oraz do używania wszelkiego rodzaju spieszczeń. W Dożywociu pojawiają się one w szczególności przy opisach Licha i jego perypetii, co najprawdpodobniej ma na celu chwycenie czytelnika za serce. Czy jest zatem ktoś, kogo nie wzrusza mały aniołek bez spodenek, z celofanowymi włosami, w różowych bamboszkach i z wściekle różowym króliczkiem pod pachą, który mówi (aniołek, nie króliczek):  Nie dałom rady zabrać mopa i wiaderka z wodą? Mnie ujął i dożywotnio zdobył moje serce. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Licho jest najurokliwszą książkową postacią, jaką dane mi było poznać, a przynajmniej najlepiej nakreśloną. Zupełnie innym językiem przedstawiony jest panicz Szczęsny, którego Ałtorka kreuje na widmo nader irytujące i dziwne. 
 
„Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. – Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.”
 
Ciekawym zabiegiem jest też przemieszanie kilku stylizacji językowych: stylu potocznego, romantycznej prozy poetyckiej, języka religijnego i dziecięcego. Można do tego jeszcze dodać swoisty żargon Krakersa, jednak jego bulgoty i buczenia trudno byłoby scharakteryzować. Każda z postaci posiada swój własny, znamienny dialekt i to właśnie sprawia, że stają się one wprost obezwładniające i niezapomniane. Wszelkie braki fabularne uzupełniane są w Dożywociu właśnie przez oryginalny język i kostyczny dowcip, przez który momentami niemal tarzałam się po podłodze, z bólem brzucha myśląc: „Ojoj, alleluja…”
Dożywocie to po prostu szalona książka, w mistrzowski sposób napisana powieść. A może zbiór opowiadań, które nierozerwalnie łączą pewne ciągi przyczynowo-skutkowe oraz postać głównego bohatera. Jego niemal romantyczną przemianę, która dokonuje się podczas rocznego pobytu w Lichotce, można zatem nazwać pewną fabułą. Jeżeli chodzi o konstrukcję akcji, wymyka się ona wszelkim kanonom i w tym wypadku jest to ogromna zaleta. Nie ma więc przerostu formy nad treścią. Jest za to jeden wielki maraton śmiechu, nadnaturalne, abstrakcyjne sytuacje niczym u Jonathana Carolla, absurd, który na myśl przywodzi mi Franza Kafkę oraz wiele literackich powiązań, głównie tych z epoką romantyzmu. Wszystko to razem sprawia, że książki się nie czyta – ją pożera się spragnionymi słów oczami!
 
„Współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do „Ballad i romansów” zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku.”
Zakończenie – choć jak na poważne zakończenie przystało, wyciska kilka łez wzruszenia – pozostawia pewien niedosyt. Wydaje mi się jednak, że zawsze dzieje się tak w przypadku książek, które nigdy nie powinny się kończyć, a Dożywocie bez wątpienia takie właśnie jest. Po przeczytaniu ostatniego zdania odczuwamy realny żal z rozstania z urzekającymi postaciami. Dajcie się więc na kilka chwil porwać Marcie Kisiel do Lichotki, ponieść niesłabnącemu rozbawieniu, a jestem pewna, że nikt z Was się nie rozczaruje!