Recenzja: Dygot
Autor:
Jakub Małecki

Recenzent:
Ocena:
5

Podsumowanie:

Ciężko jest także jednoznacznie powiedzieć, o czym właściwie jest Dygot, bo jest to książka całkowicie niejednoznaczna. Mam jednak cichą nadzieję, że nie jest o wszystkim, czym jest nasze życie, bowiem byłoby to niezmiernie smutne.

Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni.
 
Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uciekającą z Polski Niemkę, a wkrótce po tym rodzi mu się syn – biały, bezbarwny odmieniec. Córka Bronka Geldy zostaje natomiast przeklęta przez Cygankę, której ten poskąpił pieniędzy. Tragiczne losy tych dwóch rodzin krzyżują się ze sobą za sprawą wielu zawirowań losu i ludzkich słabości. Od początku wiadomo jednak, że miejsca na szczęśliwe zakończenie tutaj nie ma. Jednak czy w Dygocie Jakuba Małeckiego w ogóle jest miejsce na jakiekolwiek zakończenie?
Zachęcona porównywaniem Małeckiego do Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk oraz piękną, elektryzującą okładką (a jakże!) postanowiłam w końcu sięgnąć po Dygot, który już niejednokrotnie zerkał na mnie z księgarnianych półek. Czy spełnił moje oczekiwania? I tak, i nie. Ale od początku.

Każdego wieczoru stojący za stodołą wiśniowy smok podpalał słońce schodzące powoli z nieba. W rogu podwórka zardzewiały paszczarz zabierał się do gryzienia ziemi stalowymi kłami. Ożywał wiszący w stodole wąż – owijał się wokół krokwi i pożerał biegające w sianie myszy. Na poddaszu domu karły tańczyły ze sobą w milczeniu, szurając maleńkimi stopami. W studni budził się chichoczący skrzat, który za dnia ze znudzeniem powtarzał tylko obce głosy. Po polach biegały czarne potwory bez głowy, ale o setkach palców. Za drzewami ukrywały się chude istoty, których języki szeleściły o suche podniebienia. Milczący i bardzo wysoki starzec dziurawił niebo srebrną szpilką.
Gdy zabrałam się za lekturę Dygotu miałam wrażenie, że będzie to jedna z tych prostych opowieści, które ciągną się i ciągną i w sumie mogłyby nigdy się nie skończyć. Jedną z tych opowieści, którą pochłania się jednym tchem. Jedną z tych historii z życia wziętych, które po prostu się toczą tak, jak toczy się życie. Opowieścią taką, jak Profesor Stoner – o wszystkim i o niczym, o życiu, namiętnościach, wzlotach, upadkach, o ludziach. I tak zaiste było.
Małecki umiejscawia swoją powieść na przestrzeni kilkudziesięciu lat – od 1938 roku, tuż przed wojną, aż po XXI wiek. Bohaterowie żyją w czasach gwałtownych przemian i ogromnego postępu technologicznego, który autor subtelnie, aczkolwiek dosadnie akcentuje: pierwsze radio, samochody, telewizory, lądowanie człowieka na Księżycu… Na tle tych wszystkich historycznych zawirowań dzieje się życie zwyczajnych ludzi, życie pełne dramatów, cierpienia, miłości, pijaństwa, wiary, zabobonów, potańcówek, seksu, przemocy, dorastania. Wszystkiego tego, co tak naprawdę na co dzień wypełnia życie każdego z nas. …a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej.

Zawsze zawstydzony, zawsze jakby obok ludzi, obok życia, obok samego siebie. No dobrze, był biały, był inny, ale wcale nie aż tak biały i nie aż tak inny. Poradziłby sobie. Mógł normalnie. Mógł wszystko normalnie.
Ale nie. On musiał mówić po swojemu, łazić po swojemu, myśleć po swojemu. Musiał dawać się bić tym pieprzonym łobuzom, którym gdyby chciał, mógłby łby poukręcać. Musiał cierpieć, męczyć się, unikać dziewczyn, unikać kolegów, unikać wszystkiego, czego da się unikać. Musiał być jakiś zasranym jękiem świata, jakby ten świat potrzebował jeszcze jednego jęku, jakby nie miał ich już wystarczająco dużo.
Wiele lat, kilka pokoleń, wiele osobnych historii, które w jakiś sposób łączy postać Wiktora Łabędowicza, dotkniętego albinizmem syna Ireny i Jana. To on stanowi, w moim odczuciu, trzon tej historii. Uważany za odmieńca, od urodzenia wycofany, odosobniony, przeklinany i gnębiony przez nietolerancyjnych mieszkańców prowincji Wiktor stara się jak może, aby żyć normalnie. Jednak bycie aż tak innym w tak specyficznym środowisku nie jest łatwe. Nie jest chyba w ogóle możliwe, bo jesteś krzyk, jesteś dygot, jesteś kropla w rzece.
Emilia Gelda, jako mała dziewczynka zostaje poparzona w wyniku wybuchu granatu i od tego czasu co wieczór modli się o gładką skórę. Okaleczona później już kobieta boi się nagości, boi się mężczyzn, boi się, że do końca życia będzie sama. Zwykłe życie połączy ją z Wiktorem, aby wiele lat później ich jedyny syn Sebastian rozwikłał rodzinną tajemnicę sprzed lat.
Bardzo ważnym elementem świata przedstawionego jest słowo. Zarówno to pisane, jak i to mówione. To właśnie słowa Niemki sprawiają, że Jan Łabędowicz obwinia się o bezbarwność swojego syna. Słowa Cyganki sprawiają, że Bronek Gelda obwinia się o pożar, w którym poparzona została jego córeczka. To właśnie słowa ludzi sprawiają, że Wiktor czuje się, jakby był nienormalny. To właśnie słowa księdza rzucone z ambony sprawiają, że chłopi pragną dopaść pełzającego między nimi węża. To właśnie słowa, od czytania których uzależnia się Irena sprawiają, że zaczyna ją nudzić zwykłe, normalne życie. To właśnie słowa, codziennie podlewane goryczą i niepowodzeniami determinują wybory i decyzje bohaterów. W Dygocie słowo ma niezwykłą moc.
Równie istotna jest tutaj rola Boga. Boga, którego Emilka codziennie prosi o gładką skórę, a jej słowa giną gdzieś w niezmierzonej pustce. Boga, którego niewybrednymi słowami wyzywa i przeklina Sebastian, a jego słowa tylko niosą się echem po pustej świątyni. Boga, którego w świecie stworzonym przez Jakuba Małeckiego chyba w ogóle nie ma.
Irena popadała w nałóg. Kiedy Janek nauczył ją czytać, rzuciła się na książki z taką żarłocznością jakby lata czytelniczej abstynencji wytworzyły w niej uczucie głodu, którego nie sposób zaspokoić. To co robiła nie było nawet czytaniem – odurzała się i popadała w obłęd. Ugniatała rzeczywistość jak ciasto i formowała z niej światy.
Jeżeli chodzi o realizm magiczny, który często przypisuje się tej powieści – może gdzieś z boku się pojawia, może gdzieś ktoś o ten magiczny realizm się ociera, jednak jest to bardziej takie ludzkie i naturalne ocieranie się o to, co nadnaturalne, to co gdzieś głębiej, gdzieś pod spodem, o to, co rozmyte. W moim przekonaniu jednak Dygot nie jest książką, którą można wpisać w nurt realizmu magicznego. W ogóle ciężko mi ją wpisać w jakikolwiek nurt. Ale mniejsza o terminologię…
To, co bez wątpienia w Dygocie jest magiczne, to język. Niezwykle plastyczny, subtelny, dosadny i autentyczny. Po prostu piękny. Opowieść płynie, toczy się i faluje, jak ta opowiastka słuchana nad ranem przy gasnącym ognisku. I jeszcze dialogi, które idealnie oddają charakter nie tylko bohaterów, ale całej polskiej prowincji tamtych czasów. Majstersztyk! Jest to moje pierwsze spotkanie z Jakubem Małeckim, ale na pewno nie ostatnie. Ten lekki, magiczny a zarazem prawdziwy styl mnie kupił. W całości. Bez żadnego „ale”.
Ciężko jest także jednoznacznie powiedzieć, o czym właściwie jest Dygot, bo jest to książka całkowicie niejednoznaczna. Mam jednak cichą nadzieję, że nie jest o wszystkim, czym jest nasze życie, bowiem byłoby to niezmiernie smutne.

Życie to jest jeden, wielki dygot.
 
Podsumowanie:
Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Dygot
Strony: 312
Wydawnictwo: SQN
Moja ocena: 9,5/10

Ja wiem, że dużo cytatów. Ja wiem. Ale najchętniej to przepisałabym tutaj większość książki. I tak starałam ograniczyć się do minimum i wybrać te najlepsze.
Słowo i Poezja!
Cześć!