Recenzja: Koniec warty
Autor:
Stephen King

Recenzent:
Ocena:
4

Podsumowanie:

Łącząc elementy klasycznej powieści detektywistycznej i mrocznego thrillera oraz wykorzystując znany już w twórczości Stephena Kinga motyw telekinezy (Carrie), pisarz stworzył świetną książkę, od której niemal nie sposób się oderwać.


Otóż niektórzy nierozważnie trwonią to, za co inni sprzedaliby duszę: zdrowe, wolne od bólu ciało. A dlaczego? Bo są zbyt ślepi, okaleczeni emocjonalnie lub egocentryczni, żeby za ciemną krzywizną ziemi zobaczyć następny wschód słońca. Które zawsze wschodzi, jeśli tylko wciąż oddychamy.

 
W życiu każdego pojawia się w końcu poczucie przemijającego bezpowrotnie czasu i nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Ta świadomość dopadała chyba również niekwestionowanego króla horroru – Stephena Kinga, bowiem w jego książkach coraz częściej pojawia się motyw śmierci i przemijania (Doktor Sen, Joyland, Przebudzenie). W bohaterach kreowanych przez pisarza widocznych jest coraz więcej jego lęków. Nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że pisarz sam skończył już 69 lat i, na nieszczęście dla swoich fanów, jest już bliżej niż dalej.
King przez wiele lat swojej twórczości przyzwyczaił wiernych czytelników do nadnaturalnych suspensów, mrożących krew w żyłach scen z najgorszych koszmarów, głębokiego psychologizmu swoich bohaterów, barwnych opisów czy dziecięcego sentymentalizmu. Nigdy nie lubił również traktowania go jako pisarza horrorów – stworzył bowiem wiele historii stricte fantasy czy kilka dramatów społecznych. Wszyscy jednak bardzo zdziwili się, gdy w 2014 roku na runku pojawiła się pierwsza powieść detektywistyczna Pan Mercedes. Był to całkiem udany debiut na gruncie kryminalnej literatury, jednak niektórych zdziwił fakt, że King postanowił stworzyć całą trylogię o przygodach emerytowanego detektywa Billa Hodgesa. O ile Pan Mercedes był świetnie skonstruowanym kryminałem, o tyle Znalezione nie kradzione nie spotkało się już z takim entuzjazmem. Przypadek gonił przypadek, a nasi bohaterowie mieli niesamowite wręcz szczęście. Co innego w przypadku zakończenia trylogii. Koniec Warty jest bowiem świetnie skonstruowaną książką, idealnym zamknięciem i doskonałym zakończeniem cyklu.
Minęło już 6 lat od pamiętnej katastrofy pod City Center. Emerytowany detektyw Bill Hodges wraz ze swoją wspólniczką Holly Gibney prowadzą dobrze prosperującą firmę „Uczciwi znalazcy”. Bill wciąż posiada jednak tłumioną od lat obsesję na temat zabójcy z mercedesa – Brady’ego Hartsfielda. Ten natomiast leży w  Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu i niczego nieświadomy prowadzi swoje katatoniczne życie, nikomu nie zagrażając. Tak się przynajmniej wszystkim wydaje.

Brady co prawda nie odzyskał kontroli nad swoim ciałem, jednak jest w pełni świadomy. Mało tego – jego zmasakrowany amatorskim happy slapperem mózg zyskał zupełnie nowe, nadprzyrodzone zdolności. Hartsfield nie tylko może wnikać w umysły innych ludzi, ale także przejąć nad nimi kontrolę lub za pomocą podrasowanych konsol wprowadzić niczego nieświadomych użytkowników w stan hipnozy i namawiać ich do różnych rzeczy.

Kiedy dochodzi do serii samobójstw osób związanych z katastrofą pod City Center i pośród niedoszłych ofiar udaremnionego zamachu na koncercie Round Here, Bill i Holly są pewni, że stoi za tym nikt inny, a Brady. Jak to jednak możliwe, skoro delikwent leży w Klinice, robi pod siebie i ślini się, jak niemowlę? Hodges i Gibney są całkowicie świadomi tego, że nikt im nie uwierzy, a to zdecydowanie nie ułatwia sprawy. Podobnie jak fakt, że Bill jest poważnie chory i nie zostało mu dużo czasu.

Zły los lubi złe towarzystwo.
 

W powieści Koniec Warty nie uświadczymy tego, z czego King jest znany. Żadnych retrospekcji, żadnych opisów spowalniających akcję, żadnego ubierania wydarzeń w scenografię. Mocno zaakcentowana jest natomiast presja czasu, potęgowana przez coraz większą falę samobójstw, chorobę Billa i… warunki atmosferyczne. Ogólnie jest źle, a czytelnik cały czas ma wrażenie, że za chwilę będzie jeszcze gorzej. I bynajmniej nie jest to wrażenie mylne. Akcja wciąż przyśpiesza, nie ubłagalnie zbliżając się do kulminacyjnego momentu. Czas działa na niekorzyść Hodgesa i jego przyjaciół, ale także na niekorzyść Hartsfielda – wszyscy w pośpiechu popełniają jakieś błędy. 

 
Nie zabrakło natomiast tego, co ja lubię najbardziej. King jest bowiem mistrzem nie tylko wywoływania w czytelnikach pierwotnych lęków, ale także do tworzenia świetnego tła społecznego i profilowania psychopatów. Poznajemy więc owładniętą rządzą zemsty psychikę Brady’ego od podszewki. Bill ma obsesję na punkcie Hartsfielda, ten natomiast na punkcie starego Det. Em. A to szaleństwo nie może prowadzić do niczego dobrego… 
 
Nie ma nic lepszego niż to, czego się nie widzi.
 
Łącząc elementy klasycznej powieści detektywistycznej i mrocznego thrillera oraz wykorzystując znany już w twórczości Stephena Kinga motyw telekinezy (Carrie), pisarz stworzył świetną książkę, od której niemal nie sposób się oderwać. Koniec Warty to zdecydowanie najlepsza książka z cyklu o Panu Mercedesie – idealne domknięcie przygód starego detektywa i jego paczki. Zakończenie jednak złamało mi serce i pozostawiło mnie z książkowym kacem.
Choć uczciwie muszę przyznać, że było to zakończenie doskonałe….

Podsumowanie:
Autor: Stephen King
Tytuł: Koniec Warty
Strony: 559
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 8+/10