Recenzja: Król
Autor:
Szczepan Twardoch

Recenzent:
Ocena:
2

Podsumowanie:

Mnie osobiście ta książka nieco znudziła w pewnym momencie, męczyła wręcz (ale nie tak, jak Twardoch męczyć powinien) i sprawiała, że nie miałam ochoty czytać dalej.

Długo zastanawiałam się, jak w ogóle zacząć tę recenzję. Zacznę więc szczerze. Czytając Króla Szczepana Twardocha, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem zwyczajnie głupia, że chyba nie do końca rozumiem, że może ta książka jest na mój rozum za mądra. Myślałam: „dobra, idź sobie poczytaj te swoje czytadła, które nie wymagają większego wkładu umysłowego”. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że tak bardzo nużyła i wręcz męczyła mnie powieść, która była tak głośna, tak rozkrzyczana, taka oh i ach, a dodatkowo stworzona przez najbardziej obiecującego pisarza współczesnego pokolenia? Po napisaniu niemal całej recenzji rzuciłam więc okiem na krążące w mass mediach opinie o Królu i… kamień spadł mi z serca, ponieważ w swoich osądach i odczuciach nie pozostałam osamotniona.

Za największą wadę Króla uważam fakt, że został on napisany właśnie przez Szczepana Twardocha. Bo nie jest to książka zła, tego zdecydowanie nie można o niej powiedzieć. Jednak po tym autorze oczekuje się więcej, bardziej, mocniej. Po niesamowitej Morfinie czy Wiecznym GrunwaldzieKról zaprezentował się raczej blado, wtórnie i niestety… wyjątkowo przesadnie. I nie jestem w stanie pisać o tej powieści, nie porównując jej do poprzednich dzieł autora, które niemal ociekały geniuszem i wykręcały bebechy, jakby powiedział Witkacy.

Jak dowiadujemy się z okładki, historia opowiada o Warszawie lat 30., Warszawie przedwojennej, polsko-żydowskiej, Warszawie nazwanej „polskim piekłem”. I tutaj pojawia się pierwsza przesada, bowiem opis rzeczywistości 1937 roku przywodzi raczej na myśl rzeczywistość lat 90.: drogie samochody, niewyobrażalna ilość kokainy i wybitnie wulgarny język. Mówiąc o przesadzie, nie można nie wspomnieć o postaci głównego bohatera, Jakuba Szapiro, którego hiperboliczna kreacja zahacza już o groteskę. Jakub to bohater typowy, ale także nieprawdziwy i zupełnie nieprzekonujący – budzący respekt król Warszawy, niepokonany bokser z trudnym dzieciństwem, jeszcze trudniejszą młodością i niezwykle trudnym charakterem. Cechuje go wątpliwa charyzma, która sprawia, że każda (!) kobieta go pragnie, na każde jego słowo wszystkie gotowe są ściągać majtki i uprawiać ostry i dziki seks. Wszędzie. Cały czas. I mnogość wielkich kwantyfikatorów w tym  zdaniu nie jest z mojej strony przesadą.

Co też razi oczy to niemal zabójcze stężenie testosteronu i męskość poniesiona niemal do rangi kultu. W świecie, w którym dominuje drastyczna, miejscami nie do zniesienia przemoc, seks i narkotyki, obecność kobiet jest niemal deficytowa a te, które już się pojawiają, sprowadzane są do roli tanich kurew, puszczalskich cwaniar lub uciśnionych i nieszczęśliwych, acz pogodzonych ze swoim parszywym losem kur domowych, których życiorysy mógłby z powodzeniem sfilmować Wojciech Smarzowski.

To właśnie chyba przesada jest tym, co powoduje czytelnicze znużenie i zmęczenie. Zarówno w konstrukcji postaci i wulgarności języka, ale także w ilości niewyobrażalnej przemocy, opisów mordów i wynaturzonego seksu. To także odbiera powieści wiele realizmu. Bo poza tym, że bohaterowie nie wylewają za kołnierz, ćpają na potęgę, uprawiają seks i mordują się w bardzo sadystyczny sposób, w książce nie wiele się dzieje. 

Jednak Król to nie tylko przesada przez duże P. Ta powieść ma również wiele plusów. Jest na przykład o wiele bardziej przystępna niż jej poprzedniczki. Dzieje się tak dlatego, że mniej w niej jest wewnętrznych monologów, mniej nierealnych bytów czy „strumienia świadomości”. Mamy jasno (pozornie) określonego narratora, który opowiada nam o wydarzeniach, których był świadkiem. Metafizyczne elementy ograniczone zostały do unoszącego się nad Warszawą wieloryba Litani oraz brata diabła Pantaleona Karpińskiego.

Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie jestem człowiekiem, jestem nikim, nie ma mnie, nie istnieję, jestem chudym, ubogim synem nikogo i patrzę na tego, który zabił mojego ojca, patrzę jak stoi w ringu, piękny i silny. 

Dużym plusem jest także niezmienna zabawa formą i językiem, którym Twardoch operować umie mistrzowsko. Autor posiada umiejętność ujmowania rzeczywistości w sposób niezwykle autentyczny ale także bolesny i mocny. Bo mimo wszystko w Królu jest dużo prawdy: prawdy o ludziach, o życiu, o emocjach.

W tle powieści, na drugim planie pokazany jest przygnębiający obraz polskiej sceny politycznej 1937 roku. Autor wyciąga na światło dziennie to, co polska historia od lat wypiera, o czym w szkołach się nie mówi. Bo przecież Polacy pokazywani są jako naród, który w czasie II Wojny Światowej pomagał Żydom. Prawda jest jednak inna i Szczepan Twardoch przypomina między innymi ławkowe getta czy obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej. Ponadto ożywia mniej znane i zapomniane już autentyczne postacie, np. Ryfkę Kij – właścicielkę jednego z najbardziej ekskluzywnych przedwojennych burdeli czy Pantaleona Karpińskiego – prawą rękę znanego gangstera Łukasza Siemiątkowskiego.

W gruncie rzeczy Król nie jest książką złą. Nie do końca odpowiada mi obraz rzeczywistości, jaką wykreował autor, jednak pewne aspekty zasługują na pochwałę. Samo zakończenie nieco zaskakuje, ale także pozostawia pewien niedosyt. Mnie osobiście ta książka nieco znudziła w pewnym momencie, męczyła wręcz (ale nie tak, jak Twardoch męczyć powinien) i sprawiała, że nie miałam ochoty czytać dalej. Jednego plot twistu się domyśliłam na początku, drugi natomiast mocno mnie zaskoczył. Ostatecznie bilans prezentuje się raczej neutralnie. Oczekiwałam od tej powieści czegoś innego, czegoś bardziej, czegoś mocniej. Myślę, że brakło trochę Twardocha w Twardochu, a zarazem było go za dużo. Tak. Chyba właśnie tak… 

Podsumowanie:
Autor: Szczepan Twarodch
Tytuł: Król
Strony: 429
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Moja ocena: 6/10