Recenzja: Linia Maginota
Autor:
Maksym Aleksandrowicz

Recenzent:
Ocena:
2

Podsumowanie:

„Linia Maginota” zapowiadała się bardzo dobrze. I to są chyba jedyne dobre słowa, które potrafię z siebie wykrzesać.

Co to jest Linia Maginota?

Linia Maginota (fr. Ligne Maginot) – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie mówiąc o „Linii Maginota” ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Maginota

Po przeczytaniu całej definicji, genezy i historii, po zapoznaniu się z kształtem, zastosowaniem bojowym oraz rozmieszczeniem umocnień Linii Maginota, wciąż nie mam pojęcia, dlaczego debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza zyskała właśnie taki tytuł.

Zastanawiam się również, czy blurb Linii Maginota pisał ktoś, kto faktycznie przeczytał tę książkę. Bo naprawdę ma on niewiele wspólnego z tą historią.

Zastanawia mnie, czy osoby wymienione jako odpowiedzialne za przeprowadzenie redakcji i korekty tej książki, faktycznie swoją pracę wykonały.

Pierwszy raz od dawna odczułam ulgę, że dobrnęłam do końca. I jest mi bardzo przykro, ponieważ krytykować nie lubię…

Maksym Aleksandrowicz – Linia Maginota

Linia Maginota – fabuła

Adam to przedsiębiorca, który prowadzi niewielką firmę budowlaną, zatrudniającą dwóch pracowników – Ryszarda i Patryka. Cała trójka przyjaźni się. Ledwo wiążąc koniec z końcem, mężczyźni trzymają się razem nawet wtedy, gdy pojawiają się problemy natury finansowej i szef nie ma z czego wypłacić wynagrodzenia.

Ich życie odmienia się – niestety nie na lepsze – gdy Adam postanawia przyjąć pewne zlecenie. Sytuacja staje się napięta już wtedy, gdy pojawiają się opóźnienia w wypłatach. Zaognia się jednak dopiero wtedy, gdy Adam staje się świadkiem morderstwa swojego zleceniodawcy.

Od tej chwili cała trójka będzie musiała uciekać, aby ochronić siebie i swoich najbliższych. Wkrótce okaże się, że ucieczka nie jest możliwa, bo zabójcy to międzynarodowa, zorganizowana grupa przestępcza, która posiada swoich ludzi nawet w wymiarze sprawiedliwości i organach ścigania.

Kto jest kim i komu można zaufać? Czy w takiej sytuacji można zaufać komukolwiek?

Linia Maginota – recenzja

Po lekturze kilkudziesięciu stron zorientowałam się, że Linia Maginota nie jest tym, czego oczekiwałam. Brnąc dalej, utwierdzałam się w przekonaniu, że w sumie wyszło na dobre, bo historia jest naprawdę ciekawa. I nie tylko historia. Miałam wrażenie, że tutaj to bohaterowie grają pierwsze skrzypce.

Autor skupił się na kreowaniu postaci, żmudnym tworzeniu ich psychologicznych portretów i całkiem wiarygodnych historii. I nie czułam się wcale rozczarowana. Zamiast krwistej sensacji z gospodarczymi zawirowaniami w tle, dostałam – jak mi się na początku wydawało – całkiem niezły dramat społeczny, czyli coś, co naprawdę lubię. Długaśne retrospekcje czy peregrynacje w głąb psychiki bohaterów zepchnęły fabułę na dalszy plan. Podobał mi się styl, podobał mi się język, podobały mi się autentyczne dialogi. Odczuwałam realne zainteresowanie nie tyle fabułą, co właśnie postaciami i ich historiami. I wszystko szło w dobrą stronę. Sensacyjno-kryminalne wydarzenia wciąż wydarzały się w tle, przykuwając coraz więcej mojej uwagi, a ja byłam pod wrażeniem zamysłu i konstrukcji Linii Maginota.

I nagle stało się coś, czego nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Całkowicie nieuzasadnione i pozbawione jakiegokolwiek sensu postępowanie jednej z bohaterek zburzyło ten żmudnie i konsekwentnie tworzony świat. I było to pierwsze z wielu naiwnych rozwiązań fabularnych. Do tego momentu wszystko wydawało się być spójne, przemyślane i konsekwentne. Później było już tylko gorzej.

Bohaterowie jakby odkleili się od wcześniej wykreowanych portretów, postępując wbrew jakimkolwiek zasadom logiki. Absurdy fabularne zaczęły się mnożyć. Błędy stylistyczne i interpunkcyjne przestałam w pewnym momencie zliczać, starając się je po prostu ignorować. Czułam się oszukana, zła i zażenowana. Miałam wrażenie, że gdzieś w połowie historii autorowi brakło pomysłów na zakończenie i postanowił sięgnąć po tanie i naiwne rozwiązania, które tak dobrze znamy z amerykańskiego kina stricte rozrywkowego.

Zamiast trzymającej w napięciu historii sensacyjnej, otrzymujemy nonsensowną bajeczkę, której nie powstydziłby się niejeden szurnięty zwolennik teorii spiskowych. Linia Maginota przedstawia bowiem plany zniszczenia Polski poprzez… niszczenie przedsiębiorstw sektora budowlanego.

Kulminacyjny moment został całkowicie zdominowany przez dłużący się i groteskowy monolog czarnego charakteru, który w moich oczach jawił się jako jedna z tych kreskówkowych myszy, które każdej nocy bezskutecznie opanowywały świat.

Linia Maginota zapowiadała się bardzo dobrze. I to są chyba jedyne dobre słowa, które potrafię z siebie wykrzesać.

Linia Maginota – podsumowanie

Czasem pisanie krytycznych recenzji sprawia mi przyjemność. Czasem bawię się bardzo dobrze, wytykając fabularne braki czy językowe potknięcia. W tym przypadku jednak czuję jedynie złość, ogromne rozczarowanie i ulgę, że skończyłam czytać.

Linia Maginota to debiutancka powieść Maksyma Aleksandrowicza, który bez wątpienia jakiś talent ma. Mam więc nadzieję, że nie będzie to ostatnia jego książka i przy następnej okazji autor będzie miał więcej szczęścia co do redaktorów i korektorów, od których zależy bardzo wiele. Mam też nadzieję, że następnym razem nie podda się tak szybko i nie postawi na łatwe i niemądre rozwiązania. Bo przecież Maksym Aleksandrowicz umie tworzyć bohaterów. Zabrakło tutaj konceptu i konsekwencji. W szczególności tego ostatniego.


Moja ocena: 4/10

Wydawnictwo Novae Res


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję autorowi.