Recenzja: Mamusiu, przecież byłam grzeczna
Autor:
Rafał Cuprjak

Recenzent:
Ocena:
5

Podsumowanie:

Jest to powieść intensywna, niewiarygodnie wręcz emocjonalna i do bólu plastyczna. U mnie wywołała łzy już na samym początku, a nie był to ostatni raz, kiedy obudziła we mnie te lęki, o których na co dzień się nie myśli, które chowa się głęboko, gdzie świadomość stara się nie docierać. 

Niespełna trzy lata temu zachwyciła mnie debiutancka powieść Rafała Cuprjaka Po drugiej stronie. Te niecałe trzy lata czekałam na drugą książkę, jak dziecko z utęsknieniem czekające na Gwiazdkę. I choć w debiutantach nie pokłada się zbyt wielkich nadziei, ja w Cuprjaku pokładałam prawie cały swój nakład. Nie zawiodłam się. Ba! Mamusiu, przecież byłam grzeczna to powieść jeszcze doskonalsza, jeszcze mocniejsza i w ogóle BARDZIEJ niż jej poprzedniczka.
Gdyby tak można było napisać obraz, za pomocą słów napisać muzykę i jeszcze pomalować jej dźwięki tak wyraziście, iżby można niemal wyczuć zapach terpentyny zmieszanej z drukarską farbą i papierem… Cuprjak właśnie taki obraz pisze, obraz malowany muzyką, krwią, alkoholem i miłością, obraz przedstawiający zło, obraz składający się z wielu barwnych elementów układających się w zachwycający i przerażający witraż, grający niebieskimi dźwiękami jazzu. Mamusiu, przecież byłam grzeczna to iście mistrzowski pokaz synkretyzmu gatunkowego, synestezji oraz artyzmu pomieszanego z misternie i spójnie, choć nie do końca linearnie, opowiedzianą historią. I to historią nie byle jaką.
W centrum wydarzeń, jak i w centrum Miasta, stoi Skrzydlak – budynek zamieszkiwany przez naszych głównych bohaterów: Anię Kwiatek, Maćka Orła i Marcina Steina. Mamy zatem trzy postaci opowiadające jedną historię. Trzy takie same obrazy, które jednak mienią się różnymi barwami, mają różną perspektywę. Wszystkie pełne są jednak bólu, cierpienia, śmierci, patologii i przede wszystkim zła – zła w postaci najczystszej, zła wszechobecnego i pozornie niepozostawiającego miejsca na choćby iskierkę dobra. Cuprjak, przedstawiając sytuacje codzienne, podejmuje tematy trudne, kontrowersyjne, nierzadko prowadząc swoich bohaterów w skrajności, hiperbolizując i przerysowując. Robi to jednak nienachalnie, bezstronnie, bez oceniania.
Jest też ta druga rzeczywistość, ta alternatywna, ta z obrazu. Rzeczywistość szczęśliwa, świat, w którym nie płynie czas, w którym nie ma miejsca na całe to zło, w którym zapomina się o tym, kim się było tutaj, do którego uciekają te lepsze cząstki osobowości. Świat, w którym oddycha się terpentyną, w którym dźwięki mają barwy i można je złapać i w którym w końcu nie ma żadnego cierpienia. Czy aby na pewno? Cudowny świat zostaje „zainfekowany” plątaniną kabli, wszechobecną Siecią, która z jakiegoś powodu i w jakiś niewyjaśniony sposób staje się portalem pomiędzy tymi dwoma środowiskami…
Na kartach powieści śledzimy nie tylko losy głównych bohaterów, ale także ich rodzin i przodków przodków. Fabuła okryta jest cieniem historii sprzed i z czasów samej wojny, ukazując związki przyczynowo-skutkowe. Z biegiem kartek poznajemy Jerzego Wolańskiego oraz jego rodzinę, poznajemy historię drugiego świata, historię Skrzydlaka i odkrywamy jego duszę. Sporadycznie pojawia się też Nóż oraz bohaterowie, których znamy już z Po drugiej stronie.
I to by było chyba tyle w kwestii zarysowania fabuły. Rafał Cuprjak bowiem po raz kolejny funduje nam niesamowitą, pełną barw i dźwięków układankę, bogatą w rozmaite szczegóły, z których każdy znajdzie swoje miejsce w wielkim finale. Nie jest łatwo więc pokrótce opowiedzieć tę historię. Nie jest też warto. Ją trzeba poznać w każdym detalu, pochłonąć i pozwolić, aby i ona pochłonęła nas, poznać wszystkie zakamarki jej rzeczywistości, wszystkie oblicza miłości oraz sztuki. A tę ostatnią autor zdaje się dostrzegać niemal wszędzie.
Co ciekawe, sam tytuł powieści zaczerpnięty został z wiersza Tadeusza Różewicza, a każdy rozdział rozpoczyna krótki wiersz autorstwa samego Cuprjaka. Nie da się zaprzeczyć, że ta poezja dodaje całej historii jeszcze większego dramatyzmu.

Mamusiu, przecież byłam grzeczna to, podobnie jak jej poprzedniczka, książka trudna i wymagająca. Zachwyca nie tylko samą historią, ale przede wszystkim wyjątkowym i wyrazistym stylem oraz nietuzinkową konstrukcją. Po raz kolejny autor postawił sobie wysoko poprzeczkę, prowadząc narrację pierwszoosobowo, nadając każdemu bohaterowi indywidualny głos. I po raz kolejny podołał. Na mistrzowskim poziomie. Jest to powieść intensywna, niewiarygodnie wręcz emocjonalna i do bólu plastyczna. U mnie wywołała łzy już na samym początku, a nie był to ostatni raz, kiedy obudziła we mnie te lęki, o których na co dzień się nie myśli, które chowa się głęboko, gdzie świadomość stara się nie docierać.

I z Cuprjakiem tak już chyba będzie – sponiewiera nas emocjonalne, przeżuje i wypluje, a my wciąż będziemy prosić o więcej. Więcej tego pięknego, esencjonalnego języka, więcej tej prawdy, więcej wyolbrzymionego zła i w końcu więcej nadziei, która z trudem, ale przebija się przez wersy tej smutnej historii. Bo tak jak bez kolców nie może istnieć róża, tak i bez zła nie ma prawa istnieć dobro.
Podsumowanie:
Autor: Rafał Cuprjak
Tytuł: Mamusiu, przecież byłam grzeczna
Strony: 350
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 10++/10
 
Moim zdaniem pasuje.
Dziękuję Rafałowi za wyjątkowy egzemplarz książki, który przyszedł do mnie pocztą. Osobiście. Do mnie! Dzięki wielkie raz jeszcze. Z tego miejsca chcę Cię, Rafał, także przeprosić, że tak długo musiałeś czekać. Przepraszam po stokroć!