Recenzja: Mężczyzna imieniem Ove
Autor:
Fredrik Backman

Recenzent:
Ocena:
4

Podsumowanie:

Historia Ovego to historia o odkrywaniu radości życia, które przecież znaczy dla nas tak wiele, a jeszcze więcej może znaczyć dla innych. Często wbrew naszej woli.

Starość to obrzydliwy deser…

Stephen King w Bezsenności napisał, że „starość to obrzydliwy deser podany po doskonałym posiłku”. I choć trudno się z nim nie zgodzić, znalazło się wielu, którzy w starości dopatrują się wspaniałych rzeczy. Ja osobiście się jej boję i chcę, żeby w jakiś cudowny sposób mnie ominęła. Starość kojarzy mi się jedynie z samotnością i niedołężnością, uzależnieniem od innych ludzi i nudnym czekaniem na śmierć. Mężczyzna imieniem Ove to książka, która po części potwierdza moje obawy, a po części jednak całkowicie im zaprzecza.

Fredrik Backman – Mężyczna imieniem Ove – fabuła

Śmierć to przedziwna sprawa (…). Lękamy się jej, choć większość z nas najbardziej boi się tego, że śmierć dotknie kogoś innego, a nie nas. Bo największy lęk związany ze śmiercią to ten, że może nas pominąć. I zostawić całkiem samych.

Ove to typowy, zgorzkniały starzec, którego nikt nie chciałby mieć za sąsiada. Czepia się wszystkich i wszystkiego. W imię tylko dla niego pojętych zasad wszystkim dookoła uprzykrza życie. Nie, żeby czerpał z tego jakąś większą satysfakcję. Po prostu taki jest. To wszystko.

Życie nigdy Ovego nie oszczędzało. Wcześnie stracił rodziców i zmuszony był radzić sobie sam. Dyscyplina jaką sobie wtedy narzucił, a która po części była zasługą jego ojca, i konieczność polegania tylko na sobie ukształtowały jego twardy i trudny charakter. Mężczyzna zawsze postępuje tak, jak należy, zgodnie z zasadami. Przez całe życie pozostaje wierny jednej marce samochodów, porządkowi i rutynie oraz jednej kobiecie – Sonji.

W tej wierności niejednokrotnie wydaje się być wręcz groteskowy, w swoim przywiązaniu do zasad – śmieszny. Swoim zachowaniem często przypomina zdziecinniałego starca, od którego lepiej trzymać się z daleka.

To nie było tak, że Ove umarł, kiedy Sonja odeszła. On po prostu przestał żyć.

Smutek to przedziwna sprawa.

Ovego poznajemy mniej więcej 6 miesięcy po śmierci jego ukochanej żony, kiedy to, z uwagi na wiek, traci także pracę. Mężczyzna nie ma najmniejszej ochoty kontynuować swojego samotnego żywota w świecie, którego całkowicie nie rozumie, w którym panuje przeciętność, chaos i brak jakichkolwiek sensownych zasad. Ona była jego przewodnikiem, jego tłumaczem, jego kolorami i wszystkim. A on był dla niej „brązową marynarką swojego ojca, i tym wszystkim, w co tak mocno wierzył, przekonaniem o sprawiedliwości, moralności i ciężkiej pracy, o świecie, w którym to, co słuszne i właściwe, powinno być słuszne i właściwe. Nie dlatego, żeby ktoś miał go za to poklepać po plecach, czy wręczyć medal, ale dlatego, że tak właśnie powinno być”. A teraz jej nie było.

Ove postanawia więc zakończyć swoje życie. Społeczeństwo jednak wciąż mu to uniemożliwia, wprowadzając chaos i nieporządek. A Ove jest wierny zasadom, jak nikt inny, więc odejść zamierza tak, jak należy, robiąc wcześniej wszystko, co należy, aby było, jak należy. To wszystko.

To był świat, w którym rzeczy stawały się niepotrzebne, zanim się zniszczyły. Cały kraj stawał i oklaskiwał to, że już nikt nie potrafi niczego zrobić porządnie. Bezgraniczny podziw dla przeciętności.

Fredrik Backman – Mężyczna imieniem Ove – recenzja

Kiedy zaczynałam czytać Mężczyznę imieniem Ove nie miałam wobec niej jakiś wielkich oczekiwań. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że w moje ręce wpadła kolejna historia o nieprzyjemnym człowieku, któremu nagle zmięknie serce, a różne wydarzenia odmienią jego życie. Ale tak nie było. Mężczyzna imieniem Ove to historia człowieka, który nie tyle się zmienia, ile w efekcie w końcu sobie coś uświadamia.

Nie bez znaczenia w tym całym uświadamianiu jest nowa, nader irytująca Ovego sąsiadka, która „nie jest kompletną idiotką”, kot przybłęda i liczne niespodziewane sytuacje, które spotykają mężczyznę zawsze w chwili, gdy zamierza pożegnać się z tym światem.

Mężczyzna imieniem Ove to książka napisana z pewną dozą subtelnego, niewymuszonego i nietuzinkowego humoru, książka pełna prawdy o ludziach, swoisty portret współczesnego świata i społeczeństwa.

Skonstruowana została w ciekawy sposób. Aktualne wydarzenia przeplatają się tutaj z przeszłością mężczyzny, co w pewien sposób wyjaśnia jego dziwne zachowania, nie usprawiedliwiając ich i sprawiając, że Ovego zaczyna się nieco bardziej… tolerować. To trudne zadanie wyszło autorowi po mistrzowsku.

Na uwagę zasługuje stylistyka zdań, która z początku nieco mnie męczyła. Z biegiem czasu zrozumiałam jednak, że nie bez przyczyny taka właśnie jest. Prosta, rzeczowa, zwykła. Jak Ove.

Choć przecież Ove zwykły nie był. Nie tak do końca. W istocie był to przecież człowiek, który miał za wielkie serce.

Fredrik Backman – Mężczyzna imieniem Ove – podsumowanie

Historia Ovego to historia o odkrywaniu radości życia, które przecież znaczy dla nas tak wiele, a jeszcze więcej może znaczyć dla innych. Często wbrew naszej woli. Ta książka pokazuje, że za każdym zrzędliwym, podstarzałym gburem stoi bagaż jego życiowych doświadczeń, które niekoniecznie muszą być przyjemne. Ale przecież my o tym wiemy, prawda? Kto jednak na co dzień się nad tym zastanawia i naprawdę to rozumie?

Na szczęście w życiu Ovego pojawiła się pewna ciężarna kobieta, która wiedziała. Nie była przecież kompletną idiotką.

Kochać kogoś, to jak wprowadzać się do nowego domu – mawiała Sonja. – Na początku człowiek zachwyca się tym, co nowe, każdego ranka się dziwi, że to należy do niego, jakby się bał, że w każdej chwili ktoś może wpaść przez drzwi i powiedzieć, że zaszła pomyłka, że wcale nam nie przysługuje takie piękne mieszkanie. Ale z biegiem lat fasada niszczeje, tu i ówdzie drewno pęka i już kocha się ten dom nie za to, jaki jest doskonały, tylko raczej dlatego, że nie jest. Człowiek uczy się jego wszystkich kątów i zakamarków. Jak otwierać drzwi, żeby klucz nie blokował się w zamku, kiedy jest zimno na dworze. Które deski w podłodze się uginają, kiedy się po nich stąpa, i jak otwierać drzwi szafy, żeby nie skrzypiały. To właśnie to, te wszystkie małe tajemnice sprawiają, że to naprawdę jest twój dom.


Tłumaczenie: Alicja Rosenau

Wydawnictwo W.A.B


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: książka napisana w oryginale w nietypowym języku (nie po polsku, niemiecku, angielsku, francusku, rosyjsku) – j. szwedzki

Dziś jest 7 lipca, a ja już mam za sobą lekturę całej trójki! Kategorie bowiem świetnie pokryły się z moimi czytelniczymi planami, a Pokurcz nieco się pochorował, więc całkiem sporo śpi i mniej bałagani.

Za polecenie tego tytułu serdecznie dziękuję Macie z bloga Choleryczka. Miałaś rację!