Recenzja: Pierwszy śnieg
Autor:
Jo Nesbø

Recenzent:
Ocena:
4

Podsumowanie:

Choć na początku miałam wrażenie, że Pierwszy śnieg to kolejna przeciętnie napisana książka, w której wszelkie zabiegi językowe ograniczają się do zwykłego „był, zrobił, poszedł, wrócił, napił się”, po kilku rozdziałach przekonałam się, że Nesbø umie nie tylko w detektywistyczne historie, ale także w ładne pisanie.

Skandynawska literatura kryminalna swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Ludziom znudziły się mroźne, ponure klimaty północy i krew barwiąca śnieg na karmazynowy kolor. Moja fascynacja tą literaturą także już osłabła (szczególnie po ogromnym rozczarowaniu Laurą J. K. Johanssona) i niezwykle rzadko sięgam po książki pochodzące z tamtych rejonów. Ominęła mnie więc wielka fascynacja Jo Nesbø i cyklem o detektywie Harrym Hole’u. W ramach pewnego wyzwania postanowiłam jednak sięgnąć po Pierwszy śnieg – siódmy tom tegoż cyklu.
Kiedy pierwszy śnieg pokrył ulice Oslo, na podwórku Brite Becker stanął bałwan. Nie był on jednak dziełem jej syna i męża. Tego samego dnia kobieta ginie. Komisarz Harry Hole tymczasem dostaje anonimowy list, którego autorem jest tajemniczy „Bałwan”. Zaczyna zauważać pewne związki między tajemniczymi zaginięciami zamężnych kobiet na przestrzeni kilku ostatnich lat – zawsze wtedy, gdy pojawia się pierwszy śnieg. Podejrzewa, że w Norwegii grasuje seryjny morderca, a sam Bałwan może okazać się największym zbrodniarzem, jakiego znał ten kraj. Kim jest Bałwan? Jakie tajemnice z przeszłości wyjdą na jaw? Kogo jeszcze dopadnie psychopata, zanim zostanie złapany? I czy aby na pewno ten, kto został złapany, jest Bałwanem? 
Lubię kryminały, których autor bez skrupułów pogrywa sobie z czytelnikiem. Nesbø prowadzi natomiast grę pozorów na najwyższym poziomie. Podrzuca tropy, pozwala myśleć nam, że wiemy, aby w krótkiej chwili, za sprawą jednego maleńkiego szczegółu udowodnić, jak łatwo jest się pomylić. Bardzo cenię sobie również fakt, że Harry Hole nie do końca jest szablonowym bohaterem. Fakt – nadużywa alkoholu, jest zarozumiały i ma różnorodne problemy. Nie odniosłam jednak wrażenia, żeby był jakoś nad wyraz uzdolniony, posiadał nadprzyrodzone moce, niczym bohaterowie uniwersum Marvela (to ostatnio bardzo powszechne). Harry Hole jest zwykłym człowiekiem – ma swoje demony i problemy. Pozostaje przy tym po prostu świetnym policjantem. Nie jest również jak Joanna Chyłka ze słynnej polskiej serii, która to po mocno zakrapianych wieczorach, rano puszcza pawia i z czystym, jak kryształ umysłem idzie do pracy. Hole umie mieć kaca, jak każdy normalny człowiek. Wielki plus dla Nesbø za stworzenie postaci z pozoru szablonowej, która gdzieniegdzie się tym szablonom wymyka. 
Jeśli się czegoś szuka, łatwo jest przeoczyć coś ważnego.
 
Nie lubię natomiast uczucia, które towarzyszy mi, gdy wymyślę swoje alternatywne rozwiązanie zagadki, a ono okazuje się tym właściwym. Niestety dzieje się tak coraz częściej, co zarazem sprawia, że coraz rzadziej sięgam po kryminały. W tym przypadku było tak samo. Mniej więcej w okolicach setnej strony już wiedziałam. Kilka plot twistów faktycznie sprawiło, że szczerzej otworzyłam oczy i mocno się zdziwiłam, jednak samego zakończenia szybko się domyśliłam.
Pierwszy śnieg to jednak naprawdę świetny kryminał – mroczny, pełen zagadek, trzymający w napięciu i nie jeden raz zaskakujący. Odniosłam również wrażenie, że jest „skondensowany” i jest to jego zaleta. Chodzi o to, że to, że Nesbø na 50 stronach mieści to, co większość rozciągnęłaby na 200. Dzięki temu 400 stron wystarczyło, aby stworzyć świetną, pełną szczegółów i zwrotów akcji historię z pełnokrwistymi bohaterami, którzy sprawiają, że wydaje się być ona żywa.
Choć na początku miałam wrażenie, że Pierwszy śnieg to kolejna przeciętnie napisana książka, w której wszelkie zabiegi językowe ograniczają się do zwykłego „był, zrobił, poszedł, wrócił, napił się”, po kilku rozdziałach przekonałam się, że Nesbø umie nie tylko w detektywistyczne historie, ale także w ładne pisanie. W subtelny sposób nawiązuje do popkultury, polityki i aktualnych sobie wydarzeń. Buduje z pozoru proste, suche zdania, które tak naprawdę pełne są emocji. Przemyca istotne szczegóły w taki sposób, żeby nie zwrócić na nie uwagi od razu. A ja lubię, takie historie, w których od samego początku trzeba wytężyć uwagę, bo wszystko może okazać się istotne. Tym bardziej, że kompozycja bywa nieco zaburzona chronologicznie. Ponadto Jo Nesbø dotyka tematu małżeńskich zdrad, nieślubnych dzieci, które wychowują niczego nieświadomi ojcowie.
Może głupotą jest zaczynać cykl od siódmego tomu. Nie wpłynęło to jednak szczególnie na moją ocenę książki. Z całą pewnością wrócę do początku serii i ponownie dam się porwać mrocznym i mroźnym klimatom Skandynawii oraz nietuzinkowemu komisarzowi.


Książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny, kategoria: zimowy tytuł. Czy coś lepiej nadaje się na zimowy tytuł niż skandynawski kryminał?