Recenzja: Spotkanie w Wenecji
Autor:
Elizabeth Adler

Recenzent:
Ocena:
1

Podsumowanie:

Czy ja w ogóle jestem kobietą? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy sięgam po jakąkolwiek pozycję z literatury typowo kobiecej, czyli w sumie rzadko, bo katować się nie lubię.

Czy ja w ogóle jestem kobietą? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy sięgam po jakąkolwiek pozycję z literatury typowo kobiecej, czyli w sumie rzadko, bo katować się nie lubię. W ramach poszerzania swoich literackich horyzontów postanowiłam jednak sięgnąć po takową książkę, którą zarekomendowała mi Pani Bibliotekarka. Tym bardziej, że blurb raczej mnie zachęcił.
„Jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc. Błagam spotkaj się ze mną w Wenecji”. Właścicielka paryskiego antykwariatu jest zaskoczona rozpaczliwym telefonem od obcej kobiety. Tym bardziej że nieznajoma twierdzi, że wie coś o jej narzeczonym, który dzień przed planowanym ślubem zniknął bez słowa wyjaśnienia… Z niepokojem, ale i z nadzieją Preshy wyrusza do Wenecji. Nie podejrzewa, że została uwikłana w sieć kłamstw, podstępów i zbrodni.
Taki oto zaraz fabuły znalazłam z tyłu książki. Uwierzyłam więc, że nie będzie tak źle, że to może nie będzie zwyczajny romans, że te thrillerowe wątki sprawią, że będę się świetnie bawiła. Och, jakże się pomyliłam. Znów się pomyliłam. Spotkanie w Wenecji Elizabeth Adler jest bowiem niczym innym jak zwyczajnym romansidłem pełnym bohaterek, których naprawdę nie potrafię zrozumieć (choć bardzo się starałam!), sztampowych kreacji czarnych charakterów i jednego cudownego mężczyzny. I chyba niedługo stracę zaufanie do bibliotekarzy!
Jeżeli chodzi o fabułę, to blurb mówi nam mniej więcej tyle, co wcale. Owszem, są podstępy, są kłamstwa, są też i zbrodnie, jednak nasza bohaterka (wspomniana Preshy) wcale nie jest taka nieświadoma. Wręcz przeciwnie – jest całkowicie świadoma, jednak zbyt głupia i naiwna, żeby tego uniknąć. Do tego mamy jeszcze tajemniczą kobietę – Lily Song – nieznaną kuzynkę Preshy, która mieszka w Chinach, trudni się wykonywaniem podróbek rzeźb i sprzedażą kradzionych dzieł sztuki. Towarzyszy jej Mary-Lou, zimna, zła i przebiegła złodziejka antyków, która za wszelką cenę chce być bogata i, żeby swój cel osiągnąć, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Mało? Mało! W końcu to romans, więc potrzebny jest mężczyzna. I to mężczyzna nie byle jaki, bo istny Adonis, na widok którego wszystkim kobietom miękną nogi i spadają majtki. Bennett robi z bohaterkami, co tylko chce. A wszystko to robi tylko dla pieniędzy. Szok i niedowierzanie! Oczywiście jest też ten dobry mężczyzna, ten, bez którego nie byłoby happy endu. Ale wszystkiego zdradzić nie mogę.
Cała akcja skupia się oczywiście w okół gorącego seksu, zimnego szampana, brudnych pieniędzy oraz wielkich miłości i rozczarowań. I oczywiście naszyjnika. Tajemniczego naszyjnika, od którego wszystko się zaczęło…
Świat przedstawiony to świat ludzi bardzo bogatych, świat ubrań od słynnych projektantów, Ritzów, kawioru, szampana, futer i prywatnych odrzutowców. Co najgorsze jednak, jest to świat naprawdę głupich kobiet (które, mam wrażenie, tylko piją szampana, słuchają śpiewu ptaków, knują jak stać się jeszcze bogatsze lub głupsze), papierowych, szablonowych postaci, przewidywalnej akcji i jałowych dialogów. Nie ma chyba absolutnie nic, co by mi się w tej książce podobało, nic co by do mnie trafiło i poruszyło. Nic.
– Preshy – mruknął przez sen. – Chyba nie potrafię bez ciebie żyć. Wyjdziesz za mnie?
Zakochana w ich romansie, hotelu i tej chwili, nie wahała się ani chwili.
– Tak. – Obsypała jego twarz pocałunkami. 
– Kiedy? – zapytał.
– Teraz – odparła ze śmiechem. 
W notce biograficznej autorki, wydawca umieścił zapis dotyczący jej książek: (…)Ich akcja rozrywa się w najpiękniejszych zakątkach świata. Fakt – mamy Szanghaj, Paryż i moją ukochaną Wenecję ze swoją wyjątkową architekturą i niepowtarzalnym klimatem. Ale cóż z tego, skoro bardziej klimatyczne opisy tych miast znajdziemy na Wikipedii? Adler naprawdę „przeleciała” te piękne miasta po łebkach. Mistrzowsko zmarnowany potencjał… 
Mój mąż znów pytał mnie: „a czego ty znowu tak stękasz? Po co w ogóle sobie to robisz?. Nie mam pojęcia. Ja naprawdę nie wiem, czemu sobie to robię. Czemu nie potrafię po prostu przestać czytać, skoro wiem, że nic między nami nie będzie. Zawsze czytam do końca. Chyba tylko po to, żebym sobie potem mogła ponarzekać i miała co wpisać w podsumowanie roku w kategorii Najgorsza przeczytana książka. Zmarnowane całe popołudnie, a ja nie lubię marnować wolnego czasu, którego i tak mam bardzo mało.
Jeżeli jednak lubicie takie książki, a wiem, że jest masa kobiet, które lubią, to sięgnijcie po nią. Dla fanów tego typu historii na pewno będzie to świetna zabawa. Dla mnie niestety Spotkanie w Wenecji okazało się totalną porażką.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Kategoria: książka z miastem w tytule. Do czego Zuza mnie jeszcze zmusi? Poddać się nie poddam, podjęłam wyzwanie, dam radę! W końcu sama sobie wybieram tytuły. Nie mam do nich jakoś szczęścia. Podobnie jak do ciuchów w lumpeksach.

Pamiętajcie, że do wyzwania może dołączyć każdy, w każdej chwili. Świetna zabawa gwarantowana! (wiem, że brzmi to raczej sarkastycznie po powyższej recenzji, ale to naprawdę prawda!)