Recenzja: Znalezione nie kradzione
Autor:
Stephen King

Recenzent:
Ocena:
4

Podsumowanie:

Cokolwiek by się nie stało, King bardzo dobrze wie, jak kraść czas. Tym razem tak było i pewnie dalej tak będzie!

Dla czytelników jednym z najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami – że nie tylko potrafią czytać (…), ale że są w tym zakochani
Już kilka dni zabieram się do napisania tej recenzji, ale jest mi niezwykle trudno. Niby wiem, co mi się w książce podobało, na czym się zawiodłam, niby pochłonęłam ją w dwa dni na jednym oddechu i z niesłabnącą przez ponad 400 stron atencją, jednak zrecenzowanie książki swojego ulubionego pisarza wydaje mi się zadaniem niemal tak karkołomnym, jak odpowiedzenie swojej ukochanej osobie na pytanie: „za co mnie kochasz?”. Ponoć się da…
Na wstępie czuję się w obowiązku obalić teorię, jakoby Znalezione nie kradzione miało być kontynuajcą Pana Mercedesa. Książka ta jest po prostu drugą z cyklu o przygodach Billa Hodgesa, na pewno jednak lepszą od swojej poprzedniczki.
Już na pierwszy rzut oka daje się zauważyć, że książki są ze sobą powiązane. Obie okładki utrzymano w ponurym deszczowym klimacie, a ich charakterystycznym elementem jest niebieski parasol. Czy posiada tego samego właściciela? Czy to ten sam parasol?

Stephen King – Znalezione nie kradzione – recenzja

Jednego z głównych bohaterów, Morrisa Bellamy’ego, poznajemy w 1978 roku, gdy wypowiada najbardziej charakterystyczne dla książki słowa „ –  Pobudka, geniuszu”, a następnie dopuszcza się morderstwa na swoim znienawidzonym idolu – Johnie Rothsteinie.
Następnie autor prowadzi zdumionego czytelnika wprost pod City Center, czyli w miejsce, które każdy już zna – miejsce pierwszej masakry Pana Mercedesa. Znów oglądamy wydarzenia z dnia Targów Pracy, jednak oczami innego bohatera – Toma Saubersa. W tym czasie Morris Bellamy siedzi w więzeniu i to wcale nie za morderstwo…
Kilka lat po wydarzeniach pod City Center Pete Saubers – syn Toma – znajduje zakopany łup Bellamy’ego. Dzięki temu ratuje rodzinę i odnajduje swoją pasję. Nie zdaje sobie jednak sprawy, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajduje. Szczególnie, że Bellamy właśnie odzyskał wolność, a przez wiele lat przy życiu utrzymywała go tylko świadomość bezpiecznie zakopanego skarbu.
King lubi trzymać czytelnika w niepewności, ściskać mu żołądek kilkoma trafnymi stwierdzeniami i nagle pozornie odwracać jego uwagę od tego, czym już oddycha – od akcji. Tutaj autor serwuje nam plastyczne, poetyckie, realistyczne, długie i szczegółowe opisy, a my – wbrew pozorom je kochamy, chłoniemy. Do tego całego napięcia, które już zostało zbudowane autor dorysowuje tło, kreśli konkretne kształty, niemal otacza akcję scenografią.
Akcja spokojnie płynie, jest wciąż spowalniana przez narrację, która skacze między dwoma planami czasowymi i opisami przeszłości. W Znalezione nie kradzione nie mogło zabraknąć opisów dzieciństwa. Wszelkie retrospekcje również dodają wielowymiarowości każdej postaci i sytuacji.
Nie patrzymy na bohatera pod kątem, tego jaki jest i co robi, ale poznajemy go, zaczynamy rozumieć, kim był i co się wydarzyło, że stał się taki, jaki jest teraz. Próbujemy go tłumaczyć, dopisywać motyw do każdego działania. Dlatego właśnie przez pewien czas odczuwamy sympatię do Morrisa Bellamy’ego, której motorem jest współczucie i próba zrozumienia. Ja jednak na końcu pozostałam z litością i nutką obrzydzenia.
 Morris zdążył go uderzyć tylko raz, ale za to mocno, tak że podbił mu oko. Oczywiście potem Womack skopał mu dupę, i to porządnie, ale ten cios był jak olśnienie. Morris mógł się bić. Dobrze wiedzieć.
***
Obu chłopców zawieszono, a wieczorem Morris wysłuchał dwudziestominutowego wykładu matki na temat biernego oporu (…).
Dzięki tym wszystkim zabiegom czytelnik nie biegnie bezmyślnie po kartach książki w pogoni za akcją, ale zatrzymuje się, myśli i analizuje.
Jestem fanką języka powieści Stephena Kinga i wydaje mi się, że nie ma nikogo, kto jeszcze o tym nie wie. Przede wszystkim zachwycają mnie wszelkie wulgaryzmy w jego wykonaniu. Żadna „kurwa” nie pojawia się tutaj przypadkowo, każda jest przemyślana,  na swoim miejscu i tak jest również w przypadku tej książki. Ale czy kogoś dziwią przekleństwa u Kinga? Dialogi są wiarygodne, prawie naturalistyczne, cięte i oczywiście wulgarne.
 – Namówiłem ich na dwadzieścia godzin w tygodniu.
 – Kurwa, stary, jesteś za młody, żeby tak tyrać!
Przez kolejne tygodnie Allgood nie każdej nocy gwałcił go w dupę, bo w pozostałe gwałcił go w usta. W sumie Morris wolał w dupę, bo tam nie ma kubków smakowych.
Gdy tylko przyśpiesza akcja, czas narracji zmienia się z przeszłego na teraźniejszy. Dzięki temu wydarzenia nabierają tempa, a my niemal męczymy się, próbując dotrzymać im kroku. Obserwujemy wszystko, jakby działo się tu i teraz, właśnie w tym momencie i to również wpływa na wiarygodność językową utworu.
Morris ma teraz Pete’a jak na dłoni. Unosi broń, lecz zanim zdąży strzelić, Tina wychyla się do przodu, zaciągając sznur, i zdrową stopą kopie go w tył nogi. Kula przelatuje między szyją a ramieniem Pete’a.
Co jeszcze typowe dla autora to liczne nawiązania do popkultury. W Znalezione nie kradzione odnajdziemy ponadto odwołania do wielkich dzieł literackich i klasycznych pisarzy. King dyskretnie, subtelnie przywołuje również swoją twórczość i to też jest już chyba stały element jego książek.
Wrócę jeszcze na chwilę do samego utworu. Pamiętacie może, kim był Brady Hartsfield? O tak… Pan Mercedes wciąż żyje i oczywiście jego postać pojawia się nie tylko przy okazji przywoływania masakry spod City Center. Bill Hodges posiada bowiem pewną obsesję na punkcie zabójcy z mercedesa i odwiedza go w ośrodku dla obłąkanych, w którym aktualnie Brady przebywa. Zakończenie książki należy do Hartsfielda i wydaje mi się, że również do niego będzie należeć ewentualna kolejna część cyklu. Stephen King na ostatnich stronach Znalezione nie kradzione potwierdza swoją przynależność do horroru.
Czy czeka nas powrót do korzeni? Czym autor uraczy nas przy kolejnym spotkaniu z Billem Hodgesem? Ja spodziewam się dreszczy, gęsiej skórki, czegoś nadnaturalnego. Cokolwiek by się nie stało, King bardzo dobrze wie, jak kraść czas. Tym razem tak było i pewnie dalej tak będzie!