Kolejny miesiąc, a więc kolejny (już drugi mój!) post tematyczny Śląskich Blogerów Książkowych. A temat dzisiejszego posta bardzo wdzięczny i przyjemny. Książka papierowa, e-book i audiobook, czyli tematy, które wciąż dzielą moli książkowych, powodując liczne, zupełnie niepotrzebne, kłótnie. Bo co to za różnica, jak czytamy i czy słuchanie audiobooka to czytanie, czy nie czytanie? Jest to całkowicie bez znaczenia. Ważne, że czytamy, że poszerzamy horyzonty, że o książce możemy porozmawiać niezależnie od tego, czy ją przeczytaliśmy, czy wysłuchaliśmy.
Ja się przyznam szczerze, że audiobooków nie lubię i nie słucham. Nie z powodów ideologicznych, w żadnym wypadku! Najzwyczajniej w świecie nie umiem się skupić, jak ktoś mi coś czyta. Ja jestem wzrokowcem. Ja muszę mieć literki przed oczyma. Inaczej po pięciu minutach wzmożonego wysiłku nad skupianiem uwagi… kompletnie nic nie wiem, nie pamiętam. Ach, jakże ja bym chciała umieć słuchać audiobooków. Jakiś cudowny głos czytałby mi książkę, podczas gdy ja oddawałabym się w pełni przyjemności płynącej z obierania ziemniaków, wieszania prania, mycia podłogi czy budowania pociągu z klocków po raz enty tego dnia… Ale nie umiem. Takie moje małe upośledzenie (nie jedyne!).
Jestem za to ogromną fanką czytników i e-booków. Mój mąż często powtarza mi, że każdy szanujący się miłośnik książek uzna takie czytanie za profanację. Ale co on tam wie, jak z nosem w konsoli siedzi? Nic. A ja wiem! Wiem na przykład, że czytając e-booka, mogę sobie śmiało chrupać serowe chrupki. Mogę też jeść kanapki, pizzę, cukierki czy rosół. Jeść przy czytaniu uwielbiam, ale ktoś mi kiedyś do głowy wbił (bardzo skutecznie!), że nad książkami się nie je. Więc nie jadłam. Dopóki nie zostałam szczęśliwą posiadaczką Kindle’a. Hulaj dusza, piekła nie ma!
Albo wyobraźcie sobie taką sytuację (choć żadna mama wyobrażać sobie tego nie musi): lato, piękna pogoda, słoneczko przygrzewa przyjemnie, więc… (oczywiście!) plac zabaw! Brzdąc podekscytowany niczym na Gwiazdkę, a ja rozpoczynam pakowanie. Soczek, buteleczka, chrupki jakieś, pampersik na wszelki wypadek, pieluszka, chusteczki nawilżane, łopatki i inne niezbędne w piaskownicy sprzęty. Wiecie, jak jest. Torba pęka w szwach, a chciałoby się jeszcze wcisnąć książkę. Może się uda, może się nie uda, ale załóżmy, że się udało. Idziecie na ten plac zabaw i uciech, brzdąc zajmuje się już konsumpcją piasku i zwykłymi dziecięcymi czynnościami w towarzystwie innych brzdąców radosnych. Chwila dla siebie. Wygrzebujecie tę książkę, otwieracie i… po minucie łzawią Wam oczy, bo słońce odbija się od białych stronic, przyjemny wiaterek szarpie kartki, doprowadzając Was na skraj nerwicy z oczopląsem. Wiem, jak jest, byłam tam. Ale czytnik spokojnie ładuję sobie do swojej małej torebeczki, do której mieści się jeszcze tylko portfel oraz klucze i żaden wiatr mi nie straszny, i żadne słońce też!
I jeszcze rzecz podstawowa. Wybierając się na wakacje, nie muszę się ograniczać w wyborze tytułów. Biorę wszystko, co chcę, nie zajmując potrzebnego w walizce miejsca i nie narażając się na dźwiganie ciężarów lub ewentualne wysłuchiwanie od dźwigającego męża: na cholerę żeś tyle tych książek nabrała?! I tak pewnie nie będziesz miała czasu żeby czytać! Tak, pewnie nie będę miała… Ale to już inna historia.
Mieszkam na wsi, choć podobno to miasto jest. Słabo trochę widzę tę terminologię, biorąc pod uwagę, że ów „miasto” nie zostało wyposażone w księgarnię. Chcąc więc kupić sobie książkę, sprawdzam rozkłady jazdy autobusów do Częstochowy, organizuję niańkę dla Pokurcza, a tydzień później, zwarta i gotowa, jadę do metropolii, aby dokonać zakupu. Albo nie. Bo mogę też przecież kupić e-booka przez Internet i w kilka minut mieć go na czytniku. Ot, nowa książka bez stawiania połowy rodziny w stan pełnej gotowości. Fajnie, prawda?
Czytanie e-booków ma jednak też swoje wady, a najgorszą z nich jest bateria w czytniku (czy innym urządzeniu, na którym czytacie). Fakt, czytniki mają to do siebie, że nie rozładowują się nawet po całodziennym użytkowaniu. Czasem od jednego ładowania do drugiego mija miesiąc. A moja głowa ma to do siebie, że zapomina. O ładowaniu też zapomina. Niejednokrotnie więc zdarzyła mi się sytuacja, w której rozsiadłam się wygodnie w pociągu, otwarłam Kidnle’a i jedyne, co mogłam zobaczyć, to przekreślona bateria, błagająca o posiłek z kabla. Papierowa książka by mi tego nie zrobiła. Nigdy!
Choć technologiczne udogodnienia w kwestii czytania przyjmuję raczej entuzjastycznie, to jednak papierowa książka w wydaniu klasycznym ma pierwsze miejsce w moim sercu. Nie ma nic lepszego niż wielogodzinne buszowanie w księgarniach i antykwariatach, wąchanie papieru i tuszu, podziwianie okładek i szukanie „tej jednej, jedynej”, którą zabiorę ze sobą do domu, a ona w zamian zabierze mnie na niezwykłą przygodę. Nie ma nic piękniejszego niż poustawiane na regałach i półkach woluminy, które są duszą i sercem mieszkania. Za książką klasyczną można się schować, unikając wzroku natrętnego obserwatora w  miejskim autobusie. Papierową książką można też przyłożyć ewentualnemu osobnikowi o niecnych zamiarach. Papierową książkę można wąchać, kartkować, wąchać, podziwiać, wąchać i tulić. I wdychać zapach drukarni, oczywiście.
Podsumowując, nie ma nic lepszego niż dobra książka. Format nie ma znaczenia. Zgadzacie się ze mną? Co sami preferujecie? Jakie czytanie najczęściej wybieracie?

Photo by Aliis Sinisalu on Unsplash