Artur Laisen – „Studnia Zagubionych Aniołów” – recenzja

Artur Laisen – „Studnia Zagubionych Aniołów” – recenzja

Nie jest łatwo być czytelnikiem tak wybrednym, z bliżej nieokreślonym gustem i na dodatek tak bardzo skrajnym. Właśnie to ostatnie sprawia mi wiele problemów podczas oceniania filmu bądź pisania recenzji przeczytanej książki. Bo albo coś jest w moim mniemaniu absolutnie fenomenalne, albo okazuje się kompletnym chłamem. Czarne lub białe – nie ma zbyt wiele miejsca na szarości. Ponadto zdecydowanie bardziej wolę pisać o książkach, które bezsprzecznie mnie zachwycają – taka natura. Dziś jednak pochylę się nad pozycją, którą zakwalifikowałabym raczej do tych szarych.
Chciałabym rozpocząć od okładki. Choć książek nie ocenia się zwykle ze względu na szatę graficzną, to w tym wypadku okładka zdecydowanie stanowi najmocniejszą stronę (brawa dla Pawła Dobkowskiego!) – czarno-biała, szykowna i minimalistyczna sprawiła, że zapragnęłam ją mieć, czytać. Również blurb zwrócił moją uwagę. Nie były to może Kości Księżyca, jednak znów zapragnęłam poczytać o międzywymiarowych podróżach, innych ciekawych światach, nadnaturalnych postaciach… Ach!, ależ pozory potrafią zmylić.
Joanna, Michał, Tomasz i Kinga to warszawiacy, którzy zostają wyrwani z naszego świata i przeniesieni do magicznego Hamanu, aby rzekomo go uratować. Tego dowiadujemy się z opisu książki. Z samej książki nie dowiadujemy się zbyt wiele.
Trudno jest mi w słowa ubrać coś tak chaotycznego, jak Studnia Zagubionych Aniołów, ciężko jakoś poukładać fabułę, która przebiega tak wielotorowo. Zacznijmy więc od tego, od czego rozpoczyna się powieść – EGENE. Tekst napisany pseudopoetycką prozą ze zdaniami tak długimi, że będąc w połowie już zapominałam, co było na początku. Narrator wprowadza nas w magiczny świat, próbując użyć w tym celu równie magicznego języka, co dla mnie osobiście było nader męczące.
Tak oto natrafiamy na paradoks fraktala, płatka śniegu. Chodź wydaje się taki maleńki, gdy usiłujemy uważnie ogarnąć umysłem jego kształt, prześledzić wszystkie linie, nagle okazuje się, iż w istocie ciągnie się w nieskończoność. My również moglibyśmy teraz wyruszyć w naiwną wyprawę w poszukiwaniu mitycznego początku, który ciągle wymykałby nam się w ostatniej chwili, aż wreszcie dotarlibyśmy do narodzin samego czasu.
 
Po nieco zbędnym wprowadzeniu do historii, rozpoczyna on swoją opowieść, wydawać by się mogło – właściwą. I znów zdania długie, za długie i toporne. Jesteśmy świadkami walki kobiety z mężczyzną. Kto, co, gdzie, kiedy, po co? Nie wiem. Chaos, chaos, chaos. Chaos w słowach, chaos w ciągach przyczynowo-skutkowych, niezrozumiałe, zdawkowe dialogi i… koniec. Krew, śmierć, game over. Ale czy na pewno?
Nagle przenosimy się do Szklanej Wieży, gdzie o swoim żywocie opowiada nam Astronom z T’araf – Istharion. Jego język charakteryzuje ten sam pseudopatos, który wcześniej zaobserwowałam u narratora. On również wypowiada się bezpośrednio do Ciebie, słuchaczu. Lepiej więc słuchaj uważnie, bo ja uważnie nie słuchałam i zupełnie nie wiem, o co ekscentrycznemu starcowi chodziło.
Niektóre elementy tekstu zostały wyróżnione kursywą. Nie wiem, czemu miało to służyć. Może fragmenty były przypadkowo wybrane? Takie odniosłam wrażenie, bo również w tym miejscu panuje niezrozumiały zamęt.
Mogłabym tak dalej analizować rozdział po rozdziale, ale nie w tym rzecz. Bo w końcu mozolnie dochodzimy do momentu, w którym poznajemy naszych bohaterów… i nie tylko ich. Bo poznajemy też inne postaci, które pojawiają się znikąd, nic nie wnoszą i równie nonsensownie znikają. Ale skupmy się na tej czwórce, która finalnie, za sprawą wielu zbiegów okoliczności i pomarańczowego tunelu, znajdzie się w Hamanie. Kinga, Joanna, Michał i Tomasz… O ile jeszcze Kingę od Joanny odróżnić dało się bez większych problemów, o tyle wszelkie męskie postaci wydają mi się być identyczne. Nie ma mowy o pogłębieniu portretów psychologicznych, bohaterowie wydają się być niemal papierowi. Na domiar złego zlewają się z tymi występującymi w pierwszej powieści Laisena CK Monogatari. A szkoda, bo wszystko miało ogromny potencjał.
Jeżeli chodzi o język, to pozostawia sporo do życzenia. W większości wszystko jest poprawne, nie ma zbyt wielu błędów, jednak wydaje się być bardzo kwadratowe i nienaturalne. Autor posiada bowiem niezrozumiałe uwielbienie do słów, których używa się rzadko, które nie są pospolite. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że wyrazy te używane są pośród zwyczajnego słownictwa, przez co bardzo rzucają się w oczy, mocno kontrastują i kłują. Jednym z tych słów, które pojawia się nader często jest interlokutor. Po co? Nie wiem. W takich zwyczajnych sytuacjach zdecydowanie wystarczyłby rozmówca, gdyż Studnia Zagubionych Aniołów nie jest naukową rozprawą o teorii komunikacji. Również zbędne wydało mi się szafowanie pojęciem skonstatować, które również nie jest słowem popularnym, zatem zwraca niepotrzebną uwagę, gdy jest w jednej powieści skumulowane. Miło wiedzieć, że autor zna takie niecodziennie słowa, jednak tutaj należy podjąć decyzję – albo pisze się językiem tuzinkowym, albo wyszukanym. Takie nieuzasadnione mieszanki zdecydowanie nie działają dobrze.
Czy wszystko zasługuje zatem na krytykę? Nie. Bo sam pomysł na historię jest fajny. Studnia Zagubionych Aniołów otwiera sagę Teraia, więc jeszcze będzie się działo. Ciekawa jestem niezmiernie, jak autor zamierza rozwinąć te wszystkie wątki, które rozpoczął, jak chce uporządkować ten fabularny nieład. Dam więc szansę Panu Arturowi, żeby to wyprostował i zachwycił mnie baśniowym Hamenem w kolejnych częściach.
Pozycja zdecydowanie dla wytrwałych miłośników fantasy i im w szczególności polecam tę pozycję. Może odnajdziecie w tej książce tę magię, której ja znaleźć nie potrafiłam.
 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:
 
Długo musieliście czekać na ten tekst, jednak miałam pewne moralne dylematy z nią związane. Postanowiłam jednak, że się pojawi. Kolejne teksty będą się ukazywać częściej, chociaż walczę z licencjatem i The Walking Dead, więc czas to towar deficytowy. Następny w kolejności jest Dawid Kain i jego Kotku, jestem w ogniu. Do zobaczenia!