Dawid Kain – „Kotku, jestem w ogniu” – recenzja

Dawid Kain – „Kotku, jestem w ogniu” – recenzja

Nie raz słyszałem plotki, że po świecie krążą książki masowego rażenia, będące w stanie zniszczyć każdego czytelnika. Działają jak wirusy i w gruncie swojej treści tym właśnie są: wirusami języka – zarażają sobą odbiorcę nieodwołalnie go transformując.
Kochamy książki, prawda? Czytamy w każdej wolnej chwili, każdym możliwym miejscu  w tramwaju, pociągu, poczekalni. Często mówimy, że żyć bez książek nie umiemy, że się nie da. A co, gdyby naprawdę tak było? Że się nie da?
Znany wszystkim fanom fantasy i horroru Dawid Kain w opowiadaniu Kotku, jestem w ogniu kreuje właśnie taki świat  świat opanowany przez książkoholików, raj dla czytelników, twórców, wydawców, w którym wszystko podporządkowane jest literaturze. Co dla mnie najciekawsze – nawet język!
Handlowałem rzadkimi, wywołującymi specyficzne fazy tekstami literackimi. Załatwiałem je ludziom za mniejszą lub większą opłatą, żeby się uczytali do nieprzytomności, zapominając o różnych smutnych sprawach, które ich dręczyły. Z tego żyłem, chętnych nie brakowało.
Główny bohater, Edward Egan, jest zatwardziałym utracjuszem i dilerem literatury, głównie tej, która wyszła spod pióra jego pomylonego przyjaciela Zampano. Zarabia tyle, żeby wystarczyło na imprezy i używki. Na co dzień mieszka w nieprzyjemnej Postmodernie. My poznajemy go, gdy po jednej z hojnie zakrapianych imprez budzi się daleko od domu, w kościele, otoczony dziwnymi postaciami. Jedna z nich namawia go natrętnie, aby znalazł najważniejsze rzekomo dzieło literackie zwane Raportem, które to skrywa w sobie sens istnienia świata i literatury. Skutkiem pewnych zdarzeń i zbiegów okoliczności, Edward postanawia wyrwać się na chwilę ze swojego smutnego życia i wyrusza na poszukiwanie ów tajemniczego Raportu.
Dawid Kain kreuje dobrze przemyślany świat. Razem z Edwardem przechadzamy się więc uliczkami nazwanymi od nazwisk największych pisarzy wszechczasów, zwiedzamy kościoły m.in. Williama Burroughsa, obserwujemy wojny toczone między obozami Kinga i Forestera. Spotykamy uczytanych do nieprzytomności ludzi, naćpanych czasem, żyjących w ciągłym oszołomieniu, na fabularnym haju. Literacki detoks prowadzi bowiem do śmierci w niewyobrażalnych męczarniach.
 
Jednak przyjmując to założenie trzeba uwierzyć, że naprawdę istnieją światy, gdzie niszowe dzieła autora ukrywającego się pod pretensjonalnym pseudonimem Ducha Świętego nie tylko otaczane są niewyobrażalną czcią i graniczącym z psychozą kultem, ale też sprzedały się w setkach milionów egzemplarzy. Że istnieją światy, w których kraje o nonsensownych nazwach jak Niemcy, Polska czy Rosja nie tylko są realne, ale nawet toczą ze sobą wojny. I to na dodatek z powodów pozaliterackich!
Nie zabrakło więc autorowi ironicznego poczucia humoru, z którego jest znany. Ku uciesze mojego serca pojawia się też charakterystyczna dla Kaina groteska, motywy filozoficzne i liczne nawiązania do popkultury. Miłośnik gore i bizzarro funduje swoim czytelnikom iście ostrą jazdę bez trzymanki.
Niestety warstwa fabularna trochę rozczarowuje. Dlatego właśnie określiłam Kotku, jestem w ogniu mianem opowiadania. Jest to bowiem jednowątkowa opowiastka o podróży Edwarda po tym fantastycznie wykreowanym świecie, która niestety za szybko się kończy, przez co sprawia wrażenie niepełnej, niedokończonej. Uczucie to wzmaga fakt, że proporcje zostały zaburzone. Stosunkowo długie rozwinięcie akcji determinuje ochotę czytelnika na dłuższe, pełniejsze zakończenie. Tu historia nagle się urywa, a ja miałam wrażenie, że mam wersję demo tej kiążki. Ale zapewniam Was, że to jedyny, malutki minus. Wszystkich miłośników tego j a k j e s t n a p i s a n e, zapraszam dalej, bo teraz wyleję na Was falę językowych ekscytacji.
Z rozpędu rzuciłem więc na stertę piętrzącego się na środku pokoju dziadostwa, przeczuwając, że gdzieś u podnóża tej góry badziewia będzie tkwiła odpowiedź na poniekąd filozoficzne pytanie: gdzieś komórkę wpieprzył?
Lubię takie książki, podczas czytania których, uśmiecham się do siebie dlatego, że spodobała mi się konstrukcja jakiegoś zdania, rozbawiło mnie ciekawie użyte słowo. Kotku, jestem w ogniu to kopalnia takich smaczków. Jako że znajdujemy się w świecie, którego istotą istnienia jest literatura, język został zaadaptowany do zaistniałej rzeczywistości, więc w tekście gęsto od ciekawych neologizmów. Nie brakuje również licznych regionalizmów, kolokwializmów oraz tego, co nazwane zostało kainizmami.
Świetnie bawiłam się również znajdując ciekawe literackie powiązania, odwołania do praktycznie każdego gatunku literatury. Autor przywołuje nazwiska pisarzy każdej epoki, różnych narodowości. Ponadto trochę dopieka współczesnym sobie pisarzom, ironizuje ich twórczość, ale ich nazwisk w większości trzeba się domyśleć. Dostaje się też wydawnictwom, czytelnikom i całemu literackiemu światkowi. Prawdziwa gratka dla książkoholików!
Kotku, jestem w ogniu charakteryzuje się nienagannym stylem. Dawid Kain posługuje się wyszukanymi metaforami, nieco abstrakcyjnymi porównaniami i opisami, które bezpośrednio związane są z pisarstwem, drukiem, tworzeniem. A ja po prostu uwielbiam takie atrakcje.
Książka wgryza się w mózg. Mnie pozostawiła z wrażeniem, że jest to jedna z tych pozycji, którą handlował Edward Egan, że wprost naćpałam się tym wszystkim, uczytałam się radośnie i było mi z tym dobrze. Wam też będzie, gwarantuję!
Podsumowanie:
Autor: Dawid Kain
Tytuł: Kotku, jestem w ogniu
Strony: 170
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 8+/10
Za egzemplarz do recenzji dziękuję: