Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Jason Arnopp – „Ostatnie dni Jacka Sparksa” – recenzja

Horrory to jest coś co lubię. Ba! Ja kocham horrory, kocham się bać. Mam to od dziecka, więc po tylu latach strachu na życzenie, mało co jest w stanie naprawdę mnie przestraszyć. Od dłuższego czasu nawet książki Stephena Kinga nie robią na mnie wrażenia pod tym względem. Zabierając się za lekturę Ostatnich dni Jacka Sparksa, nawet nie podejrzewałam, że to właśnie ta książka obudzi we mnie uśpiony od wielu lat strach przed ciemnością. Ale tak się stało. Mało tego! Dwukrotnie obudziłam się z krzykiem w nocy! Nie polecam więc tej książki, jako rozluźniającej lektury przed snem. Jednakowoż, ogólnie, polecam ją całkowicie.

Jason Arnopp – Ostatnie dni Jacka Sparksa

Ostatnie dni Jacka Sparksa – fabuła

Kontrowersyjny dziennikarz, któremu znudziło się dziennikarstwo i zaczął parać się pisaniem niebezpiecznych książek, Jack Sparks, postanawia stworzyć dzieło „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych”. Książka ta ma w swoim zamyśle demaskować wszystkich oszustów, którzy mamią społeczeństwo nawiedzeniami, opętaniami, klątwami i innymi duchami. Jack zamierza po prostu zrównać z ziemią cały ten paranormalny biznes.

W tym celu udaje się do Włoch, gdzie uczestniczy w egzorcyzmach trzynastoletniej Marii Corvi. Te jednak nie robią na nim większego wrażenia. Stwierdza jedynie, że było to tylko bardzo dobrze zaaranżowane przedstawienie. Po jego obejrzeniu postanawia wrócić do domu. Na lotnisku jednak ktoś wrzuca na jego kanał na YouTube przerażający, tajemniczy film, który rozpoczyna serię niebezpiecznych wydarzeń. Próby dotarcia do źródła filmu i zdemaskowania jego autorów kończą się dla Jacka śmiercią. Bo „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” to właśnie zapis ostatnich dni Sparksa, a o jego śmierci dowiadujemy się już na pierwszej stronie (gdyby tytuł jednak był za mało sugestywny).

Ostatnie dni Jacka Sparksa – recenzja

Książka w książce. Nie jest to może jakaś świeża i odkrywcza pod względem konstrukcyjnym koncepcja, jednak ja ją bardzo lubię.

Ostatnie dni Jacka Sparksa to nic innego, jak książka „Jack Sparks o zjawiskach nadprzyrodzonych” uzupełniona o przedmowę i posłowie Alistaira Sparksa (brata) oraz różnego rodzaju zapisy rozmów, e-maili czy SMSów. Dzięki temu książka ta nabiera niezwykłej autentyczności (z tego co wiem, niektórzy czytelnicy nie domyślili się, że jest to literacka fikcja).

Sama postać Jacka Sparksa jest nader irytująca i odpychająca. Dziennikarz jest egocentryczny, narcystyczny i arogancki. Niejednokrotnie miałam ochotę palnąć mu w ten zakuty łeb. Jego historia jasno pokazuje, że są to cechy złe i do niczego dobrego nie mogą zaprowadzić. Nawet w ostatnich minutach życia nie przestaje być zwykłym palantem. I choć w ciągu tych kilku dni w Jacku zachodzi dość spektakularna przemiana, wciąż pozostaje on Jackiem Sparksem. Sprawia to, że cała postać jest od początku do końca autentyczna; nie rozwarstwia się; nie odkleja od siebie.

Skupmy się jednak na tym, co w książce najistotniejsze, czyli na strachu, który wywołuje. Cóż takiego wymyślił Jason Arnopp, że bałam się zgasić światło, gdy w domu było zbyt cicho? Otóż, proszę Państwa, nic. Straszy nas dokładnie w taki sam sposób, w jaki straszyły nas klasyczne horrory – postaci w ciemnych pomieszczeniach, złowrogi krzyk, histeryczny śmiech, szepty, krew, śmierć i duchy. Autor wykorzystuje wszystkie motywy, które znane są fanom horroru. Na kanwie utartych schematów umiejętnie tworzy jednak coś takiego, co budzi wewnętrzny niepokój. Może dzieje się tak za sprawą konstrukcji zdań? Ale te przecież dalece odbiegają od budowy zdań w typowej powieści, tworząc raczej autentyczną relację. Czasem ma się wrażenie, że relację tę zdaje czytelnikowi jakiś obłąkany wariat. I może w tym tkwi sekret? Może to właśnie obłęd przeraża bardziej niż demony?

W Ostatnich dniach Jacka Sparksa znalazło się także miejsce typową krwawą jatkę niczym żywcem wyjętą z klasycznego slashera – pękające głowy, rozrywane ciała i wszystko to, co znamy z filmów Quentina Tarantino albo Dario Argento. W mojej wyobraźni właśnie tak wyglądała scena na ranczu Big Coyote – jak pomieszanie czarnej komedii z klasyką kina gore.

Przyznam się szczerze, że byłam pewna, iż masakra, która dokonała się na ranczu jest tym, co tę książkę zepsuje; że będzie jej przysłowiowym gwoździem do trumny. Tymczasem Arnopp postanawia nas zaskoczyć, tworząc twist, a nawet kilka twistów po kolei. Powstaje lynchowski, niepokojący suspens. Wszystko powoli zaczyna się wyjaśniać, ale jednocześnie niejasnych aspektów jest coraz więcej. Bum! Czułam jak z każdym zdaniem coraz szerzej otwierałam oczy (pewnie otwierałam też usta i wyglądałam całkiem komicznie w tym autobusie). Ja nawet nie wiedziałam, że umiem tak szeroko otworzyć oczy!

I choć zakończenie historii zaskoczyło mnie i zachwyciło naprawdę bardzo mocno, to same okoliczności śmierci Jacka Sparksa pozostawiły dość spory niedosyt. Czegoś mi tutaj zabrakło. Biorąc pod uwagę wydarzenia z całej książki, Jack Sparks powinien umrzeć w bardziej spektakularny sposób.


Przekład: Lesław Haliński

Wydawnictwo Vesper

Moja ocena: 8/10