John Irving – „Hotel New Hampshire” – recenzja

John Irving – „Hotel New Hampshire” – recenzja


Korzystaj z każdej okazji, jaka ci się trafi na tym świecie, choćby miało ich być chwilami za wiele, bo pewnego dnia okazje się kończą, wiesz?

 

Są takie książki, które zaraz po przeczytaniu pozostawiają czytelnika w niemej zadumie nad utraconą młodością, miłością lub straconymi marzeniami. Są takie książki, których treść zmusza do refleksji nad życiem. Ba! Jest mnóstwo takich książek i każdy z Was przynajmniej raz w życiu taką czytał. Ja czytałam takich wiele. Książki, które wywołują emocje i burzę myśli należą do gatunku moich ulubionych. I taką właśnie pozycją jest Hotel New Hampshire Johna Irvinga.

Hotel New Hampshire to historia prawdziwa. Nie – nie jest oparta na autentycznych wydarzeniach, a mimo to jest niezwykle prawdziwa. John Irving to nie tylko wybitny gawędziarz, ale także bystry obserwator, który opowiada nam poniewierającą i targającą emocjami oraz intelektem historię rodziny Berrych.  Historię, która wśród czytelników wywołuje dwie reakcje – całkowitą apoteozę lub zniesmaczenie. To drugie wynikać może z pojawiających się w powieści schematów oraz zbyt dosadnej oraz infantylnej estetyki i percepcji świata. Ja zdecydowanie należę do grupy otaczającej tę wyjątkową estetykę nie tylko uwielbieniem, ale także czcią!
Wzruszającą i przerażającą historię Berrych obserwujemy oczami Johnny’ego – jednego z synów Wina i Marry, młodszego brata Franka i Franny oraz starszego brata Lily i Jajo. Poznajemy ją od samego początku – od momentu poznania się Wina i Marry. Patrzymy na ich trudną, dojrzewającą miłość, na problemy, z którymi musieli sobie radzić. Tym bardziej, że Win, głowa rodziny, to wiecznie żyjący w przyszłości marzyciel, a to nikomu nie ułatwia życia. Jest jednak niesamowicie czułym i kochającym ojcem i mężem oraz wielbicielem… niedźwiedzi i hoteli. I właśnie dlatego, zupełnie irracjonalnie, postanawia otworzyć w małym Dairy swój wymarzony hotel – Hotel New Hampshire.

 
Nic tylko marzymy, bez końca, a nasze mrzonki wymykają nam się z rąk – prawie tak żywe, jak tylko potrafimy sobie wyroić. Tak już jest, czy się to komu podoba, czy nie. A skoro nie chce być inaczej, wiecie czego każdy z nas potrzebuje? Dobrego, mądrego niedźwiedzia.
***
Pomyślałem, że ojciec istotnie musi być najbardziej „wzięty z wyobraźni”, bo jest najmniej rzeczywisty – najmniej (z nas wszystkich) chodzi po ziemi.

I to właśnie za murami tego hotelu, w jego licznych pokojach dzieje się prawdziwe życie. Na pierwszy plan wysuwają się skomplikowane rodzinne relacje tego niezwykłego rodzeństwa –niedosłyszącego małego Jajo, karlicy, zdeklarowanego geja, kochających się kazirodczą miłością Johnny’ego i Franny oraz psa Smutka, który zawsze wypływał na powierzchnię i zabił przynajmniej dwie osoby, sam będąc już martwym. Hotel ten stał się ich domem, miejscem, w którym powoli uczyli się życia, doświadczając go niestety z tej najgorszej strony. Miejscem również niezwykłym, gdzie kryły się toalety z maleńkimi kiblami, stoły i krzesła przyśrubowane do podłogi, i gdzie wszyscy hotelowi goście byli na podsłuchu, a gospodarze zaszajbowani na amen.

A ponieważ wszystko tutaj kręci się wokół hoteli i niedoścignionej przyszłości, o której bezustannie marzy Win, rodzina porzuca ten niezwykły dom. Za sprawą kilku zdarzeń i listu od starego przyjaciela Berrych – Freuda, postanawia wyjechać do Austrii, gdzie mają prowadzić inny hotel. Ten także w końcu stanie się nie tylko kolejnym Hotelem New Hampshire, ale także ich nowym domem. I to nie byle jakim! Domem kipiącym seksem i abstrakcją, domem pełnym rozpusty, ale także miłości i tragedii.

Oczami Johnny’ego (którego porównać mogę do postaci Kamila Kuranta) oglądamy więc amerykańską rodzinę zanurzoną w dekadenckiej atmosferze Europy lat 60. – Wiednia owładniętego płatnym seksem i ideologicznymi terrorystami. Bo w takim właśnie miejscu przyszło żyć dorastającym, oswajającym życie dzieciom Wina i Marry. Europejski Hotel New Hampshire bowiem zamieszkiwany był głównie przez prostytutki, ekstremistów oraz… gadającego niedźwiedzia skrywającego pod swoim futrem zagubioną i zakompleksioną duszyczkę. Wszyscy oni mieli ogromny wpływ na kształtowanie się osobowości rodzeństwa oraz na dalsze życie całej, choć niepełnej już, rodziny.

John Irving w Hotelu New Hampshire porusza wiele trudnych problemów: życie w przyszłości, kazirodztwo, homoseksualizm, prostytucję, terroryzm, życie po stracie najbliższych osób, samobójstwo, próbę odnalezienia swojego miejsca na ziemi, bezsensowną gonitwę za marzeniami. Jednak największym i najważniejszym z nich uczynił gwałt – zaczynając od samego aktu, przez traumę, lęk, wyparcie, wściekłość, aż do ostatecznego się z nim rozprawienia. I zaznaczyć muszę, że to ostatnie wywołuje chyba najwięcej skrajnych emocji.

Już wtedy mieliśmy jednak pierwsze przebłyski tego rozczarowania, które należałoby odnotować w każdym rzetelnym elaboracie na temat zemsty. Wszystko, co zrobiliśmy Chipperowi, okazało się w sumie mniej straszne niż krzywda, którą on wyrządził Franny – bo gdyby szale się zrównały, dla nas samych byłoby tego za wiele.
Przez resztę życia czułem się tak, jakbym wciąż trzymał Chippera Dove pod pachami, kilkanaście centymetrów nad jezdnią Siódmej Alei. Właściwie nic się z nim nie dawało zrobić – można go było najwyżej odstawić na ziemię. I tak już miało zostać. Każdy ma swojego Chippera, którego wiecznie tylko podnosi i odstawia z powrotem.

Za jeden z największych atutów tej książki uważam kreację bohaterów. To oni są najbardziej autentycznym elementem historii – są to postaci, które naprawdę umieją się śmiać, płakać i kochać niemal do utraty zmysłów. Irving stworzył doskonałą mozaikę osobowości, galerię charakterów z krwi i kości. Wniknął głęboko w psychikę swoich bohaterów i wyciągnął z niej to, co najbardziej fascynujące i przerażające. Ponadto opowiadając nam losy rodu Berrych, wykorzystał wszystko to, co w realnym życiu jest najprawdziwsze – seks, dramat i komedię. I to komedię czarną, najczarniejszą, podszytą ostrą ironią, pełną smutku (a nawet Smutka!). Choć Hotel New Hampshire to powieść prawie impresjonistyczna, z przejaskrawionymi obrazami i dominującą abstrakcją, autor całkowicie odrzuca jakiekolwiek piękno, jakąkolwiek estetykę w potocznym rozumieniu. W zamian za to w mistrzowski sposób kreuje tragikomiczną opowieść o prawdziwym życiu. Opowieść, która wwierca się w umysł, zniesmacza, obraża, bawi, zaskakuje i wzrusza. Irving bezwstydnie gra na uczuciach czytelników, którzy tańczą dokładnie tak, jak on tego chce.

W hotelu “New Hampshire” jesteśmy zaszajbowani na amen – ale cóż znaczy odrobina powietrza w rurach, a choćby i kupa gówna we włosach wobec miłych wspomnień?
 

Liczni malkontenci twierdzą, że gdy przeczytasz choć jedną książkę Johna Irvinga to tak, jakbyś przeczytał je wszystkie. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że wszystkie chciałabym przeczytać. Chcę znów dać się emocjonalnie sponiewierać, psychicznie wyniszczyć i zostać na wiele miesięcy z książkowym kacem. Bo pomimo tego całego wstrętnego dramatu, wulgarnych i niemal odrażających opisów aktów seksualnych i sytuacji, które wzbudzają moralne zniesmaczenie, Hotel New Hampshire to tragifarsa o przemierzaniu świata w poszukiwaniu tego, czego nie ma. Jest to jednak przemierzanie szczęśliwe, bo pełne prawdziwej miłości. Ta nadzwyczajna rodzina pokazuje, że w bliskości wcale nie liczy się normalność a lojalność. Szczęśliwe zakończenia to natomiast luksus, na jaki może pozwolić sobie tylko fikcja. A mimo to i tak wszystko kończy się szczęśliwie. Poniekąd…

Dopisałeś szczęśliwe zakończenie.
Pomyślałem, że chyba niezupełnie. Ale wiedziałam, że uwzględniając wszystkie okoliczności – smutek, nieszczęście, miłość – sprawy mogły się potoczyć znacznie gorzej.

Autor: John Irving
Tytuł: Hotel New Hampshire
Strony: 560
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 10/10

Mijajcie zdrowi otwarte okna!
I czytajcie.
Słowo i poezja!