Marta Kisiel – „Oczy uroczne” – recenzja

Marta Kisiel – „Oczy uroczne” – recenzja

Bo nie lubię czekać

Chciałabym, żeby było tak, że autorzy wydają kolejne książki w tempie, w jakim czytamy. Chciałabym nie musieć czekać i z wypiekami na twarzy wyglądać zapowiedzi premier nowych tytułów. Z jednej strony. Z drugiej natomiast często jest tak, że im dłużej czekamy, tym lepszy produkt końcowy otrzymujemy. Dlatego wiem, że warto na niektóre książki cierpliwie poczekać. A jako że cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną, to czekanie staram się sobie ułatwić. Jak?

Marta Kisiel należy do grona tych artystów, którzy na swoje dzieła każą czekać i za każdym razem czekanie to wynagradzają z nawiązką. Dlatego choć Oczy uroczne dotarły do mnie nieco przed premierą (13.03), sięgnęłam po nie dopiero teraz. Wiedziałam, że gdy już zacznę czytać, to czytać będę, dopóki nie skończę; że nie odłożę tej książki, dopóki nie zobaczę ostatniego słowa. Tyle miesięcy czekania, żeby potem skonsumować wszystko w jedno popołudnie? Warto więc na ten moment poczekać, tym samym nieco skracając sobie czas oczekiwania na kolejną książkę (nawet jeżeli to tylko pozorne).

Oczy uroczne swoje odleżały, aby w końcu sprawić, że będę miała naprawdę wyjątkowo udane popołudnie (i, oczywiście, podróż do pracy!). NAPRAWDĘ UDANE.

Marta Kisiel – Oczy uroczne

Oczy uroczne to trzecia część serii „Dożywocie”, na którą składają się powieści Dożywocie i Siła Niższa oraz opowiadanie Szaławiła (Pierwsze Słowo). A ta pozycja to właśnie kontynuacja wspomnianego, nagrodzonego Zajdlem opowiadania.

Pamiętacie Lichotkę i jej bezbłędnych dożywotników? Pamiętacie, że na końcu pierwszego tomu spłonęła, a jej mieszkańcy zmuszeni byli się przeprowadzić? Tak właśnie było. Po Lichotce pozostały zgliszcza i działka pośrodku niczego. Tę właśnie działkę na Allegro zakupiła Oda Kręciszewska i postawiła na niej gotową chatkę. I wszystko zapowiadało się bardzo dobrze, dopóki z piwnicy (piwnicy?!) nie wychynęła koza – z wadą zgryzu i jeszcze większą wadą wymowy – będąca w istocie czortem. Zaraz za nią wychynęło także pradawne zło… Tyle tytułem wstępu.

Oczy uroczne – fabuła

Po pokonaniu pradawnego zła, Oda Kręciszewska zadomowiła się w nowym miejscu na dobre. Pracuje w lokalnej przychodni, mieszka w symbiozie z sepleniącym czortem Bazylem (kozą w szaliczku!) i całkowicie zwyczajnym psiakiem, a jej przyjaźń z Rochem ma się bardzo dobrze. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie przepowiednie i powracające niemal każdej nocy koszmary. Zbliża się przesilenie, a Oda, która w istocie jest wiłą, będzie musiała zmierzyć się ze swoją prawdziwą naturą oraz rzeczami o wiele, wiele straszniejszymi.

Oda na podorędziu ma jednak Bazyla, uzależnionego od słodyczy szefa Krzysia oraz nietuzinkowego Michałkę. Ponadto towarzyszą jej inne istoty nie do końca z tego świata, więc wszystko w Oczach urocznych jest „po kiślowemu”. Prawie wszystko…

Oczy uroczne – recenzja

Marta Kisiel przyzwyczaiła swoich czytelników do tego, że umie w humor i umie w zakwasy spowodowane śmiechem. Zbiorem opowiadań Pierwsze słowo udowodniła jednak, że umie też w mrok. „Dożywocie” to seria, która kojarzy się raczej radośnie i z humorem. Od początku jednak dało się słyszeć, że Oczy uroczne będą inne, będą mroczne. W moim odczuciu jednak ta książka jest doskonałą hybrydą Kiśla śmiesznego i Kiśla poważnego.

Podeszłam do książki bardzo poważnie, wiedząc, na co stać Martę Kisiel, gdy staje się poważna. Tymczasem uśmiałam się zdrowo, jak w przypadku poprzednich pozycji z serii. Przynajmniej na początku…

Akcja rozwija się bardzo powoli. Ałtorka pozwala czytelnikom całkowicie zanurzyć się w świecie przedstawionym, poznać wszystkich towarzyszy i okoliczności podróży, na którą planuje nas zabrać. A wiedzieć Wam trzeba, że podróż ta nie do końca jest łatwa i przyjemna. Marta Kisiel bawi i rozśmiesza, aby delikatnie i bardzo subtelnie zagęszczać atmosferę, wprowadzając nas w prawdziwy mrok.

I tutaj, Proszę Państwa, zaczyna się magia. Nie chodzi mi tylko o zarazy, epidemie i cmentarne, odpychające demony. Nie chodzi mi o te wszystkie magiczne istoty i wydarzenia. W Oczach urocznych prawdziwa magia polega na tym, że Kisiel miesza świat całkowicie nadnaturalny z aktualnymi zagrożeniami, lękami i obawami, nie tyle szukając dla nich wyjaśnienia, ile pokazując, w jak wielkim niebezpieczeństwie możemy znaleźć się lada dzień. Ałtorka dotyka prawdziwych, aktualnych problemów, osadzając tę powieść fantastyczną w całkowicie realistycznym świecie. Dlatego właśnie ta historia tak przeraża i przygnębia. Jest w końcu naprawdę prawdopodobna.

Marta Kisiel po raz kolejny dotyka także trudnych relacji matka-dziecko i podkreśla ich znaczenie i wpływ na nasze życie.

Nie zabrakło także miejsca na błyskotliwe dialogi pełne humoru i dowcipu. Nie zabrakło miejsca dla postaci, o których ciężko jest zapomnieć. Nie zabrakło miejsca na zabawę słowem. Choć w przypadku Marty Kisiel możemy mówić o mistrzowskim operowaniu językiem, który pod jej palcami poddaje się niczym kolorowa ciastolina, przybierając nieprawdopodobne kształty, od których ciężko oderwać wzrok. W tej książce nie zabrakło miejsca na nic, a wszystko znalazło się w niej w odpowiednich proporcjach.

Oczy uroczne – podsumowanie

Spodziewałam się książki dobrej. Spodziewałam się historii rewelacyjnej. Spodziewałam się nawet strasznych i przerażających rzeczy. W zasadzie to spodziewałam się wszystkiego. Nie wiem więc, dlaczego Oczy uroczne tak mnie zaszokowały i tak mną wstrząsnęły.

Oczy uroczne stanowią wspaniałe domknięcie cyklu „Dożywocie”. Mam jednak nadzieję, że to nie jest tak naprawdę koniec, że za jakiś czas Marta Kisiel pokaże nam, że właśnie pracuje nad kolejną częścią. Och, Alleluja, byłoby wspaniale! Przecież Licho i Bazyl MUSZĄ się spotkać!


Wydawnictwo Uroboros, Grupa Wydawnicza Foksal


Wszystkich, którzy tęsknią do uroczego Licha i reszty dożywotników odsyłam do lektury Małego Licha i Tajemnicy Niebożątka.

Marta Kisiel – „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – recenzja

Marta Kisiel – „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – recenzja

Pamiętam ze swojego dzieciństwa okres wielkich oczekiwań na premiery kolejnych książek z serii o Harrym Potterze. Pamiętam, jak ten mały czarodziej obudził we mnie miłość do czytania. Od tamtego czasu nie było takich wakacji, których nie rozpoczęłabym lekturą wszystkich części Harry’ego Pottera, po których następował maraton filmowy. I za każdym razem jest tak samo – tak samo magicznie, tak samo niesamowicie. I wiecie co? Bardzo możliwe, że nasze dzieci będą z taką samą miłością i zaangażowaniem zaczytywać się w historiach o małym aniołku z alergią na pierze i jego radosnej ekipie, która to z książki na książkę wciąż się powiększa. Życzyłabym tego sobie i życzyłabym tego Marcie Kisiel.

Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów… albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki.
Małe Licho i tajemnica Niebożątka to kolejna po Dożywociu, Sile Niższej i Szaławile opowieść z uniwersum Lichotki i okolic. Ta jednak dedykowana jest przede wszystkim dzieciom (tym nieco większym), ale zapewne przypadnie do gustu także dorosłym, szczególnie fanom Ałtorki.
Niebożątko, Bożek, Bożęty… Ten dziewięciolatek nie tylko imię ma niezwykłe. Na ogół rzecz biorąc, niezwykłe ma wszystko, poczynając od ojca – seryjnego samobójcy zakochanego w romantycznej poezji oraz robótkach ręcznych, poprzez nietuzinkową rodzinkę i zasmarkanego anioła stróża, aż po swoją wielką tajemnicę. Tajemnicę, której strzeże, jak największego skarbu, jak wielofunkcyjnych chrabąszczy. Tajemnicę, która wkrótce może wyjść na jaw, bowiem wujek Konrad zarządził, że Bożek idzie do normalnej szkoły… I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Bożek nie znał za bardzo innego świata niż ten, który od urodzenia go otaczał. Nie wiedział nawet, czym właściwie jest ta cała szkoła. Nie rozumiał, po co mu ten cały świat. I Licho też nie rozumiało. Tym bardziej, że to wydarzenie zmieniło tak naprawdę wszystko…
Małe Licho i tajemnica Niebożątka to pełna ciepła i miłości opowieść o tym, co jest w życiu dzieci  (i nie tylko!) najważniejsze. Marta Kisiel zauważa i porusza naprawdę istotne dla dziecka problemy – brak rodzica, obojętność dorosłych, brak zrozumienia i akceptacji czy fakt wielkiego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest pójście do szkoły. Uczy także tolerancji i pokazuje, że bycie innym wcale nie jest złe, że bycie innym to tak naprawdę bycie kimś wyjątkowym. To wszystko sprawia, że opowieść ta, choć dedykowana dzieciom, jest bardzo dojrzała i pozbawiona infantylności, którą można przypisać większości tego typu książek. Mało tego! Małe Licho to książka pełna grozy, którą podkreśla romantyczna ballada J. W. Goethego Król Elfów, towarzysząca Niebożątku niemal od narodzin.
Nie byłabym sobą, gdybym nie rozpłynęła się właśnie w tym momencie nad językiem, co uczynić zamierzam. Małe Licho napisane jest językiem prostym, a zarazem bogatym. Ałtorka nierzadko używa słów, które dla dziecka mogą być niezrozumiałe. Po co? A pewnie po to, żeby dziecko zapytało: mamo/tato, a co to jest abdykacja? (Trochę to sadystyczne ze strony Marty Kisiel – jakby dzieci zadawały za mało pytań z gatunku: a co to jest? a po co? a to, co to jest?). To właśnie sprawia, że książka ta edukuje, naprawdę edukuje, wzbudza ciekawość i chęć rozumienia. Nie zabrakło tu również zabawy słowem, zabawy formą i w ogóle żadnej zabawy w Małym Lichu nie zabrakło.
Jeden z moich ulubionych fragmentów Małego Licha to ten, w którym Ałtorka opisuje beztroski czas lata, niczym nieskrępowanej zabawy. Ach, jak ja uwielbiam takie opowieści! To słońce, ten czas ciągnący się w jego promieniach, jak cukierki krówki, te zabawy, wygłupy, czysta, dziecięca radość. To jest to, za czym tak bardzo się tęskni, gdy jest się już dorosłym…
Stary dom ożywał i zaczynał się ten najwspanialszy ze wszystkich czas. Czas długich i ciepłych dni, czas okien otwartych na oścież, czas buszowania po ogrodzie, podjadania owoców prosto z krzaczka, tarzania się w świeżo skoszonej trawie (dopóki mama nie zobaczyła plam na ubraniach), czas szaleństw w stawie, nocowania w namiotach i jedzenia pieczonych ziemniaków prosto z ogniska, chociaż parzyły język i palce.
Małe Licho i tajemnica Niebożątka wciąga, bawi, śmieszy, straszy, wzrusza i uczy. Pokazuje pewne rzeczy nie tylko dzieciom, ale zauważa także to, na co dorośli powinni zwrócić uwagę. Czego więcej chcieć od książki dla dzieci? Może kilka naprawdę wyjątkowych ilustracji? A proszę bardzo! Paulina Wyrt wykonała kawał naprawdę zachwycającej roboty. Jej ilustracje (a dużo ich tutaj, oj dużo!) są  po prostu przepiękne, oddają klimat historii i pomagają młodszym czytelnikom sobie ją lepiej wyobrazić.

Ja osobiście w Małym Lichu odnalazłam to, za co wiele lat temu pokochałam Harry’ego Pottera. Odnalazłam miłość, przyjaźń, wiarę. Odnalazłam akceptację, tolerancję i grozę. Żadnej innej książce wcześniej nie udało się dotknąć tej części mojej świadomości tak wyraźnie, jak przed wieloma laty zrobiła to Rowling. Marta Kisiel naprawdę to zrobiła, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Ilustracje: Paulina Wyrt
Dla dzieci: +10 lat
Strony: 204
Wydawnictwo: Wilga – GW Foksal
Moja ocena: 10/10
Marta Kisiel – „Pierwsze Słowo” – recenzja

Marta Kisiel – „Pierwsze Słowo” – recenzja

Nie oszukujmy się – Marta Kisiel kojarzy nam się głównie z aniołkami, bamboszkami i różowymi króliczkami, z wyjątkowym humorem i urokiem, za który pokochaliśmy ją bez granic. O dramatach pisać łatwo, trudniej być pisarzem inteligentnym i zabawnym, nie popadając przy tym w śmieszność. Marcie się to udało. Bez dwóch zdań. Jednak Pierwsze Słowo udowadnia nam, że Kiśl to nie tylko jej różowy pierdolec i mistrzowskie operowanie słowem. Ten zbór jedenastu opowiadań pokazuje, że Marta Kisiel nie jedną twarz ma, a jej wyobraźnia jest nieskończona.
Zbiór otwiera opowiadanie „Rozmowa dyskwalifikacyjna”, które choć zabawne, absurdalne i zaskakujące, niesie ze sobą też smutny obraz rzeczywistości – rynku pracy, na którym panuje niekończący się wyścig szczurów, w którym ważny jest młody wiek i milion lat doświadczenia. Całą tę sytuację Ałtorka opisuje z typowym dla siebie lekkim komizmem. Bawi niezmiernie, aby za chwil kilka przenieś nas – niczego nieświadomych czytelników – w duszny, mroczny i martwy zaświat. Towarzyszymy w nim zrozpaczonej matce, która pragnie dostać się do świata zmarłych i wydostać z niego swoją córkę. „Katabasis” to opowiadanie dotykające dość popularnego w literaturze tematu, czerpie z greckich mitologii i wierzeń, ale robi to w sposób niezwykle subtelny i poetycki. Stawia więcej pytań, niż pozostawia odpowiedzi. Ogólnie niejednoznaczność jest cechą charakterystyczną większości opowiadań w Pierwszym Słowie.
Następnie Ałtorka zabiera nas tam, gdzie wszystko się zaczęło – do upiornego domu z gotycką wieżyczką, z zakatarzonym aniołkiem w bamboszkach i innymi stworami. „Dożywocie” pierwotnie było bowiem opowiadaniem, na kanwie którego postała wpierw jedna, a później kolejna książka. A to przecież nie koniec! Kolejnym etapem naszej podróży okazuje się burdel, ładnie nazwany „przybytkiem”. A Kisiel by Kiślem nie była, gdyby ów burdel był zwykłym burdelem. Co to, to nie! Postanowiła więc ów przybytek nawiedzić. I to nie przez byle kogo, bo przez ducha, którego cechuje niezwykła cnotliwość i moralność. Aż chciało by się tam dłużej zabawić, pośmiać się jeszcze i nadziwić…
Tymczasem Ałtorka ma wobec nas zupełnie inne plany. I nie przesadzę, jeżeli powiem, że to właśnie po „Nawiedzinach” rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Prawdziwe 50 twarzy Marty Kisiel, która snuje przed nami mroczną i przygnębiającą wizję świata, który choć z pozoru niemożliwy, to jakoś tak nieprzyjemnie znajomy. Świata rządzonego przez korporacje, diety i inne modne fitnessy. Świata, w którym tak przyziemna rzecz jak śmierć, pozostaje całkowicie niezauważalna. „Przeżycie Stanisława Kozika” to pierwsze opowiadanie w zbiorze, które naprawdę daje do myślenia i pozostawia czytelnika z wszędobylskim uczuciem niepokoju. To pierwsze opowiadanie, które pokazuje zupełnie innego Kiśla – mrocznego, mocnego i złowieszczego, wciąż jednak operującego lekkim słowem pisanym i charakterystyczną nutką humoru.
Tych cech nie odnajdziemy już w „Jadeicie” – rasowym horrorze godnym Edgara Allana Poe, horrorze z trupem i duchem. I z erotyczną scenką początkową, niemal jak u Lovecrafta. Kolejne twarze Kiśla do kolekcji. Marta przeraża, szokuje i niepokoi i ani myśli przestać. „Miasto Motyli i Mgły” to ocierająca się o realizm magiczny opowieść o pewnym chłopcu, który w zaskakujący sposób łamie serca.
W tym momencie na chwilę zwolnimy tempo. Ałtorka postanowiła dać nam chwilę wytchnienia i na chwilę znów nas rozbawić. „W zamku tej nocy” to przezabawna wariacja wokół klasycznego romantycznego dramatu, wokół Szekspira, Słowackiego, Mickiewicza. „Szaławiła” natomiast znów zabiera nas do magicznego świata Lichotki (a raczej tego, co z niej zostało). Oda w towarzystwie Bazyla gwarantuje niesamowitą zabawę i kupę śmiechu. Ale Kiśl stał się starym dobrym Kiślem tylko na chwilę.
Dwa ostatnie opowiadania uważam za najlepsze. „Cały świat Dawida” chyba najbardziej przypadł mi do gustu, bowiem styl nasuwał mi na myśl Rafała Cuprjaka. Z resztą nie tylko styl, bowiem także historia, ponura i przykra opowieść o niespełnionych ambicjach, o przytłaczającej szarej rzeczywistości i ludzkich słabościach była dość „cuprjakowa”.
O ostatnim, tytułowym opowiadaniu nie powiem zbyt wiele, bo na samo wspomnienie zbiera mi się na płacz. To nie jest tak, że czytając „Pierwsze Słowo”, łezka zakręciła mi się w oku ze wzruszenia. Nie. Po skończonej lekturze płakałam jak bóbr przez dobre pół godziny. To niesamowite opowiadanie przeraża, zasmuca, wręcz poniewiera emocjonalnie, pozostawiając czytelnika ze zwyczajnym, najczystszym smutkiem i pustką.
Wszystkie opowiadania w zbiorze łączy tak naprawdę motyw śmierci, co wyjaśnia tę przepiękną, zachwycającą okładkę stworzoną przez Tomasza Majewskiego. Ale nie tylko śmierć charakteryzuje Pierwsze Słowo. Wszystkie nowe opowiadania (bo niektóre powstały już wcześniej i gdzieś kiedyś publikowane były) łączy tematyka relacji rodzic-dziecko i wszystkiego, co z tą niejednokrotnie trudną relacją związane. I mam wrażenie, że ma to jakiś związek z faktem, że Kisiel na przestrzeni tych lat sama matką się stała. Jak wiele jest więc rzeczywistości w tych opowiadaniach fantastycznych? Ile prawdy i ile w tym wszystkim prawdziwego Kiśla? Boję się na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć.
Każde z opowiadań utrzymuje wysoki poziom, a różnorodność tematyczna i gatunkowa podkreśla wyjątkowy kunszt Ałtorki. Moje ochy i achy pod adresem języka i stylu Marty Kisiel chyba nigdy się nie skończą. Teraz do tego mogę dorzucić jeszcze zachwyt nad nieskończonością jej wyobraźni oraz uniwersalność tematyczną i gatunkową.
Pierwsze Słowo pokazuje, że Marta Kisiel umie nie tylko w humor, bamboszki i różowe króliki. Udowadnia, że Marta Kisiel to nie tylko mistrzyni słowa, języka i różnorodnych z nimi zabaw. Pierwsze Słowo to nieco inny Kisiel – dojrzały, pesymistyczny, szokujący i skłaniający do refleksji. Ja tego Kiśla całą sobą kupuję i jeżeli dalej ma to tak wyglądać, to Ałtorka może sobie ciągle „nie umieć w opowiadania”. A ja nadal fanką opowiadań nie będę.
 
Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Pierwsze Słowo
Strony: 320
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 11/10
Marta Kisiel – „Toń” – recenzja

Marta Kisiel – „Toń” – recenzja

Nie wiem, co sobie myślałam, gdy biorąc w dłonie Toń Marty Kisiel, oczekiwałam, że będzie to zwyczajny kryminał z historycznym tłem. O, ja głupia! Przecież za samo użycie słów „zwyczajny” i „Marta Kisiel” jednym zdaniu, powinna mnie spotkać powolna śmierć w męczarniach i samotności albo przynajmniej bardzo, ale to bardzo surowa kara. Kilka rozdziałów zweryfikowało moje oczekiwania. Nie umarłam jednak straszną śmiercią i nie cierpiałam wcale. Bawiłam się za to wybornie!

Rodzina Sternów nie należy do tych zwyczajnych rodzin, które uśmiechają się do siebie podczas rodzinnych obiadów. Najprawdopodobniej w ogóle takowych nie jadają. Rodzina Sternów dodatkowo nietypowo składa się z trzech panien: Eleonory, Justyny i stojącej na ich straży, nieco paranoicznej ciotki Klary. Ciotka Klara, poza brzęczącą biżuterią, szeregiem fobii i szeroko pojętym pierdolcem, posiada także trzy zasady, których pod żadnym pozorem nie można złamać. Pod żadnym pozorem! W myśl jednej z nich, gdy wybiera się na wycieczkę, ściąga do Wrocławia bezbłędną, temperamentną i narwaną Justynę, która trzy lata wcześniej wyjechała w poszukiwaniu dorosłości i spokoju. Ta z kolei, łamiąc jedną (a później także i kolejne) z zasad, ściąga na wszystkich lawinę nieszczęść, a lawina odkrywa skrzętnie skrywane i naprawdę mroczne tajemnice rodziny Sternów. Tajemniczości całej historii dodaje także fakt, że już na samym początku powieści, na powierzchnię jeziora wypływa całkiem martwe ciało Mądrzywołka, obojętne na uroki budzącego się do życia dnia
Toń to nie tylko ciekawa i porywająca historia, ale także wspaniała galeria osobliwych osobowości, bohaterów z krwi i kości. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście szalona Dżusi ze swoim zapałem i nietuzinkowym wyglądem. W ślad z nią podążają równie nieprzeciętne Eleonora i ciotka Klara. Wszystkie trzy są tak od siebie różne, że aż iskrzy, a jednocześnie posiadają o wiele więcej wspólnego, niż każda z nich chciałaby przyznać. Do tego szalonego korowodu dołącza tajemniczy, czarujący i budzący prawdziwy lęk antykwariusz Ramzes, niemniej czarujący zegarmistrz Gerd oraz niesamowita i ciepła starsza pani – Matylda. Nie do końca szarą codzienność sióstr ubarwiają także sąsiadki Bimbowe oraz jamnik. Każda, nawet poboczna postać, wnosi do tej opowieści coś od siebie. Coś, bez czego ta niezwykła historia nie mogłaby istnieć.
Nie. Toń nie tylko nie ma nic wspólnego ze zwyczajną książką. Prawdę mówiąc, również o kryminał tylko się ociera. Historia rodziny Sternów pełna jest nadprzyrodzonych postaci i sytuacji nie z tego świata. Marta Kisiel wiele razy mówiła, że tym razem pisze coś „na serio”. Bałam się, że będzie za bardzo „na serio”, że zabraknie tego, co w książkach Ałtorki porywa najbardziej – przerysowania, ironicznych komentarzy, dosadnych dialogów i przede wszystkim humoru. Nie zabrakło. Niczego nie zabrakło.
I choć wydawać by się mogło, że Toń to powieść łatwa i przyjemna, to tak naprawdę pod pledem utkanym z humoru i ozdobionym groteską, Marta Kisiel porusza tematy ważne i niełatwe. Tematy dotyczące relacji międzyludzkich, więzi tych najsilniejszych, bo rodzinnych – tym silniejszych, im bardziej na pozór niedoskonałych. Mówi o trudach codziennego życia i próbach poradzenia sobie z bolesną przeszłością i traumami. A to wszystko napisane w taki sposób, że kąciki ust mimowolnie podnoszą się do góry, wartka akcja nie pozwala nawet na odrobinę nudy i w końcu książkę „wciąga się” w dwa wieczory. Nie zabrakło też, i to ucieszyło mnie nad wyraz, kilku smaczków dla wielbicieli Kiślowersum, ciekawej historycznej nutki oraz mistrzowskiego operowania i zabawy słowem. Żaden bowiem współczesny pisarz nie posiada takiego wyczucia języka, jak Marta Kisiel. I nie ukrywam, że każde przekleństwo użyte w tej powieści, było dla mnie gratką i rarytasem, bo użyte zostało właśnie tam, gdzie użyte być miało.
Po raz kolejny sięgnęłam po książkę Marty Kisiel napalona jak szczerbaty na suchary i po raz kolejny się nie zawiodłam. To pozycja bezsprzecznie obowiązkowa. I to nie tylko dla fanów szalonego pierdolca Marty Kisiel. Ja, zgodnie z życzeniem Ałtorki, utonęłam. Całkowicie.
Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Toń
Strony: 316
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 10/10
Marta Kisiel – „Dożywocie” – recenzja

Marta Kisiel – „Dożywocie” – recenzja

Jak coś jest dobre, to po prostu dobre jest i należy powiedzieć to głośno, wykrzyczeć wszem wobec i każdemu z osobna. Zapraszam Was zatem do miejsca, w którym zatrzymał się czas. Do miejsca, którego stróżem jest zakatarzony aniołek, kucharzem potwór z głębin zła, a lokatorem wielokrotny samobójca z zamiłowaniem do romantycznej poezji. Dodając do tego kilka utopców, otrzymujemy prawdziwy miszmasz istot nadprzyrodzonych. Jedyne, czego w tym wszystkim brakuje, to… fabuła.
„Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i… wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. (…) Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości chyba tylko muzealnej – wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza (…)”
Na odludziu, w małym gotyckim domku zwanym dalej Lichotką rozgrywa się prawdziwa walka między romantykiem a klasykiem. Choć nie do końca, a może nawet wcale klasykiem, ale Konradem Romańczukiem w osobie własnej. Prawdziwy romantyk jest jednak na pewno. I jak na osiemnastowieczne widmo przystało, posiada krótką miłosną historię i dłuższą historię samobójstw. Zajmuje się też wszelkiego rodzaju robótkami ręcznymi, przynajmniej dopóty, dopóki nie skończą mu się palce. Oprócz tego od ponad dwustu lat trudni się byciem znudzonym i nieszczęsnym paniczem Szczęsnym. Z tym zaiste ogromnym bagażem codziennych obowiązków pomaga mu się uporać Licho – mały, uroczy aniołek z wyszarpanymi skrzydełkami, alergią na pierze i pedantycznym zamiłowaniem do porządków. W samym centrum owego pełnego ciepła bałaganu pojawia się Konrad z wizją wspaniałego, spokojnego domu na odludziu, który odziedziczył w spadku i w którym to zamierza stworzyć swoje Dzieło Życia. Plany pokrzyżuje mu jednak Siła Wyższa i Lichotka, która ze spokojem nie ma nic wspólnego. Odkrycie przez Romańczuka macek wydostających się z piwnicy i buszujących po kuchni oraz kilku złośliwych utopców okupujących wannę przyprawia go o mały zawał serca. Tutaj zaczyna się cała przygoda. I chociaż akcja osadzona jest w czasach współczesnych, to dzięki klimatowi, jaki stworzyła Ałtorka, ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tam w pierwszych latach dziewiętnastego wieku.  
Skupmy się jednak na tym, co bez wątpienia stanowi największy atut książki. Nie tylko postaci i ich perypetie bawią czytelników, ale też sposób, w jaki Ałtorka serwuje ten humor. Kluczowy jest tutaj język, w obliczu którego tonę w estetycznych ochach i achach. Marta Kisiel posiada bowiem coś, co ja nazwałabym wyczuciem języka. W odpowiednim momencie jest on cięty, dosadny, a miejscami wprost przesłodki i uroczy.
„Urżnąłeś mi anioła – powtórzył Konrad(…).”
„- Napaliłom na górze w kominku – oznajmiło Licho, wpadając do kuchni z naręczem wielgachnych ręczników – i wyciągnełom dodatkowe koce, alleluja. Krakersik zaraz zagrzeje rosołku, a ja naplumkam świeże kluseczki.”
 
„Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.”
 
W powyższych fragmentach widać szczególne zamiłowanie Ałtorki do tworzenia nowych słów oraz do używania wszelkiego rodzaju spieszczeń. W Dożywociu pojawiają się one w szczególności przy opisach Licha i jego perypetii, co najprawdpodobniej ma na celu chwycenie czytelnika za serce. Czy jest zatem ktoś, kogo nie wzrusza mały aniołek bez spodenek, z celofanowymi włosami, w różowych bamboszkach i z wściekle różowym króliczkiem pod pachą, który mówi (aniołek, nie króliczek):  Nie dałom rady zabrać mopa i wiaderka z wodą? Mnie ujął i dożywotnio zdobył moje serce. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Licho jest najurokliwszą książkową postacią, jaką dane mi było poznać, a przynajmniej najlepiej nakreśloną. Zupełnie innym językiem przedstawiony jest panicz Szczęsny, którego Ałtorka kreuje na widmo nader irytujące i dziwne. 
 
„Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. – Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.”
 
Ciekawym zabiegiem jest też przemieszanie kilku stylizacji językowych: stylu potocznego, romantycznej prozy poetyckiej, języka religijnego i dziecięcego. Można do tego jeszcze dodać swoisty żargon Krakersa, jednak jego bulgoty i buczenia trudno byłoby scharakteryzować. Każda z postaci posiada swój własny, znamienny dialekt i to właśnie sprawia, że stają się one wprost obezwładniające i niezapomniane. Wszelkie braki fabularne uzupełniane są w Dożywociu właśnie przez oryginalny język i kostyczny dowcip, przez który momentami niemal tarzałam się po podłodze, z bólem brzucha myśląc: „Ojoj, alleluja…”
Dożywocie to po prostu szalona książka, w mistrzowski sposób napisana powieść. A może zbiór opowiadań, które nierozerwalnie łączą pewne ciągi przyczynowo-skutkowe oraz postać głównego bohatera. Jego niemal romantyczną przemianę, która dokonuje się podczas rocznego pobytu w Lichotce, można zatem nazwać pewną fabułą. Jeżeli chodzi o konstrukcję akcji, wymyka się ona wszelkim kanonom i w tym wypadku jest to ogromna zaleta. Nie ma więc przerostu formy nad treścią. Jest za to jeden wielki maraton śmiechu, nadnaturalne, abstrakcyjne sytuacje niczym u Jonathana Carolla, absurd, który na myśl przywodzi mi Franza Kafkę oraz wiele literackich powiązań, głównie tych z epoką romantyzmu. Wszystko to razem sprawia, że książki się nie czyta – ją pożera się spragnionymi słów oczami!
 
„Współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do „Ballad i romansów” zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku.”
Zakończenie – choć jak na poważne zakończenie przystało, wyciska kilka łez wzruszenia – pozostawia pewien niedosyt. Wydaje mi się jednak, że zawsze dzieje się tak w przypadku książek, które nigdy nie powinny się kończyć, a Dożywocie bez wątpienia takie właśnie jest. Po przeczytaniu ostatniego zdania odczuwamy realny żal z rozstania z urzekającymi postaciami. Dajcie się więc na kilka chwil porwać Marcie Kisiel do Lichotki, ponieść niesłabnącemu rozbawieniu, a jestem pewna, że nikt z Was się nie rozczaruje!