Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Vice Versa” – recenzja

Nie czekając na kolejny sezon…

Tak samo jak lubię seriale, lubię też książkowe serie. Nie lubię jednak czekać na kolejne sezony czy tomy. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że Pani Listonosz doręczyła mi paczkę z Vice Versa tego samego dnia, którego skończyłam czytać Post Scriptum. Mogłam więc od razu wziąć się za kontynuowanie przygody w pełnym absurdów świecie Mileny Wójtowicz, nie rozstając się z Piotrem i Sabiną nawet na chwilę.

Liczyłam się z tym, że drugi tom może nie sprostać moim oczekiwaniom, ponieważ pierwszy ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tymczasem Vice Versa tę poprzeczkę najpierw przeskoczyło, a następnie podniosło jeszcze wyżej, całkowicie moje oczekiwania przerastając.

Vice Versa – fabuła

Po niekonwencjonalnym rozprawieniu się z niedoszłą łowczynią nienormatywnych, życie Sabiny i Piotra powoli wraca do normy. Piotr stara się zaakceptować swoją nienormatywność, przepracowując pewne kwestie, a Sabina zatrudnia asystentkę i wciąż pochłania słodycze w ilościach hurtowych. Wspomniana asystentka nie spodziewała się, że podpisując umowę z PS Consulting, podpisuje cyrograf, który nieodwołalnie wprowadzi ją w świat nienormatywności. Żaneta Wawrzyniak sama bowiem do końca normatywna nie jest, co zupełnie jej się nie podoba. Dodatkowo ma na głowie uzależnioną od cukru szefową z piekła rodem, szefa na skraju emocjonalnego załamania lawendowego oraz studia ochrony środowiska. I jakby tego było mało, śledzi ją dziergająca na drutach staruszka…

Wkrótce pojawiają się także pogłoski o skażonym terenie, który ma negatywny wpływ na istoty nienormatywne. I to własnie jej, asystentce, Żanecie Wawrzyniak, przyjdzie się z tym wszystkim uporać. A przecież trzeba jeszcze uratować mitycznego Złotego Cusia, który ponad wszystko kocha piosenki Dawida Podsiadły. Żanetka prędko spokoju nie zazna…

Vice Versa – recenzja

Druga część opowieści ze świata Sabiny i Piotra to doskonały dowód na to, że nie jest potrzebna fabuła, jeżeli ma się tak charakterne i autentyczne postaci. To nie tak, że w Vice Versa fabuły w ogóle nie ma. Nie. Ona po prostu schodzi gdzieś na dalszy plan, ustępując miejsca bohaterom, którzy tutaj grają pierwsze skrzypce. A tutaj tych bohaterów mamy cały ogrom. Niektórych znamy już z pierwszej części, niektórzy są zupełnie nowi, jednak każdy z nich w tej historii jest niezbędny i każdy dostał zestaw niepowtarzalnych cech.

W Vice Versa ważne zadanie dostała matka Piotra – Marysia Strzelecka oraz jej partnerka – Ludmiła Marciniak, która okazała się być prawdziwym łowcą potworów. Obie kobiety został obdarzone tak wybuchową mieszanką cech, że ich duet okazał się bezbłędny.

Vice Versa to książka, której nie da się jednoznacznie zaszufladkować pod względem gatunkowym. Mamy tutaj urban fantasy, mamy komedię kryminalną, nieco dramatu i szczyptę parodii. Wszystko to Milena Wójtowicz wymieszała w idealnych proporcjach, tworząc książkę, która mnie ujęła i szczerze zauroczyła – swoją lekkością, plastycznością i nietuzinkowym poczuciem humoru.

Niezwykle ucieszyło mnie, że autorka postanowiła nieco więcej uwagi poświęcić głównym bohaterom i ich relacji. W pierwszej części przyjaźń Sabiny i Piotra była tylko zarysowana. Vice Versa zagłębia się w charakter tej skomplikowanej relacji i pokazuje ją z dwóch perspektyw, które topią serca. Z resztą nie tylko przyjaźń Piotra i Sabiny została mocno zaakcentowana. Książka w ogóle krąży blisko tematów międzyludzkich relacji. Obserwuje, analizuje, ale nie ocenia i nie stara się umoralniać. Co ciekawe, żadna z postaci nie jest ani zła, ani dobra. U Wójtowicz dużo jest szarości umotywowanej uczuciami, pragnieniami i dążeniami. Dlatego właśnie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, spójne i prawdziwe.

Moje stopione serce zdobył także absurdalny, acz niezwykle zabawny komizm sytuacyjny, którego wisienką na torcie okazał się pewien gnom. Nie mogłam nie śmiać się również na myśl o mitycznym stworzeniu, zakochanym w piosenkach Dawida Podsiadły i w ogóle w muzyce rozrywkowej. Żart zawarty w dialogach jest bezpretensjonalny i niewymuszony, a same dialogi – autentyczne. Sama autorka nie stara się na siłę być zabawna. Zabawny jest po prostu cały świat, który stworzyła i który ja bez zastrzeżeń kupuję całą sobą.


Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Milena Wójtowicz – „Post Scriptum” – recenzja

Same przyjemne rzeczy…

Przepisy BHP raczej w nikim nie budzą niezdrowej ekscytacji. Żaden pracownik ani przedsiębiorca nie wyczekuje audytu BHP i wizyty szurniętej behapówki. Ja dodatkowo dostaję alergii na słowo „coaching”, a niemal każdy trener personalny to mój wróg publiczny numer jeden. Jednak od każdej reguły są wyjątki. Bo w książce Mileny Wójtowicz zarówno zasady BHP jak i ten cały coaching są nieziemsko interesujące i śmiertelnie zabawne!

Post Scriptum – fabuła

Sabina Piechota to typowa behapówka, której wszyscy się boją. No, dobrze, może nie do końca typowa. Jest bowiem prawdziwą strzygą. Uzależnioną od cukru strzygą, która pasjonuje się określaniem ryzyka zawodowego wśród nienormatywnych istot. Piotr Strzelecki natomiast jest wielbicielem świeczek i lawendy, coachem, psychologiem oraz doradcą post mortem. Oznacza to mniej więcej tyle, że prowadzi on terapie dla nienormatywnych i nie do końca już żywych ludzi i nieludzi. A tych, jak się okazuje, w Brzegu jest mnóstwo.

Sabina i Piotr prowadzą razem firmę PS Consulting, której głównymi klientami są wampiry, wiły, wilkołaki, duchy itp. Zupełnie przez przypadek i całkowicie nie z własnej woli wplątują się w kryminalną, paranormalną intrygę. W Brzegu bowiem pojawił się samozwańczy pogromca potworów, który podejmuje próby pozbawienia życia wszystkich nienormatywnych. Sabina i Piotr postanawiają rozpocząć śledztwo. Mając jednak na uwadze całkowity brak zdolności detektywistycznych, zwracają się o pomoc do pewnego policjanta, któremu zdarza się wyć do księżyca… Gdy Winchester-amator sięga po drewniany kołek, sytuacja staje się całkiem niebezpieczna i mocno napięta.

Post Scriptum – recenzja

Aż chciałoby się napisać, jak lekka i przyjemna jest ta książka. Chciałoby się powiedzieć, jak szybko się ją czyta, że człowiek świetnie się bawi i śmieje do książki, jak ujarany wariat. Bo poniekąd tak jest. Ale takie słowa nierzadko sugerują, że książka jest raczej słaba, że jest zwykłym czytadłem na jeden wieczór, a tego o powieści Mileny Wójtowicz powiedzieć nie można. Bo chociaż w Post Scriptum znajdziemy humor, absurd, bezbłędne postaci i wciągającą akcję, nie zabranie także mnóstwa literackich i kulturowych nawiązań, a fabuła, która na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco infantylna, pozbawiona jest banalnych i naiwnych rozwiązań. Post Scriptum to idealny dowód na to, że literatura stricte rozrywkowa może być naprawdę dobra. A w tej powieści dobroci jest naprawdę dużo.

Na początek – bohaterowie. Tak bardzo przerysowani, a jednak tak bardzo prawdziwi w tym stworzonym przez Wójtowicz świecie. Nie mają może wybitnie pogłębionych psychologicznych portretów, ale mają to, czego wielu książkowym postaciom brakuje – charakter i autentyczność. I to wszyscy. Bez wyjątku.

Nierzadko literatura rozrywkowa, a w szczególności jej warstwa komediowa, przepełniona jest banalnymi dialogami i humorem rodem z reklam sieci telefonii komórkowych. W Post Scriptum tego nie znajdziemy. Dialogi oraz żarty są całkowicie niewymuszone i naturalne, co w połączeniu z autentycznymi bohaterami tworzy spójne uniwersum będące gotową i kompletną kanwą, na której można było wysnuć tę kryminalno-detektywistyczną historię rodem z Supernatural. A jest to historia porywająca, zabawna i inteligentna, która subtelnie muska naszą podświadomość, każąc jej na chwilę zagłębić się w refleksji nad swoim „ja”. Bardzo subtelnie i z wyczuciem.

Post Scriptum – podsumowanie

Ktoś kiedyś powiedział mi, że skoro podoba mi się twórczość Marty Kisiel, Milena Wójtowicz także przypadnie mi do gustu. Tak własnie się stało, a porównanie to nie okazało się wyssane z palca (jak początkowo przypuszczałam). Co ciekawe, obie panie należą do Hardej Hordy, którą uważam za twór nie tyle wspaniały, o ile bardzo polskiej literaturze fantastycznej potrzebny. To właśnie tam po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Mileny Wójtowicz i przypomniałam sobie, że przecież jej powieść zalega na moim czytniku od jakiegoś czasu.

I naprawdę żałuję, że po Post Scriptum sięgnęłam dopiero teraz. Bo to kawał naprawdę świetnej, dobrze skonstruowanej, niebanalnej i spójnej współczesnej fantastyki, obok której nie umiem przejść obojętnie. Muszę więc polecać ją wszystkim. A więc polecam!


Moja ocena: 8/10

Wydawnictwo Jaguar