Rafał Cuprjak – „Mamusiu, przecież byłam grzeczna” – recenzja

Rafał Cuprjak – „Mamusiu, przecież byłam grzeczna” – recenzja

Niespełna trzy lata temu zachwyciła mnie debiutancka powieść Rafała Cuprjaka Po drugiej stronie. Te niecałe trzy lata czekałam na drugą książkę, jak dziecko z utęsknieniem czekające na Gwiazdkę. I choć w debiutantach nie pokłada się zbyt wielkich nadziei, ja w Cuprjaku pokładałam prawie cały swój nakład. Nie zawiodłam się. Ba! Mamusiu, przecież byłam grzeczna to powieść jeszcze doskonalsza, jeszcze mocniejsza i w ogóle BARDZIEJ niż jej poprzedniczka.
Gdyby tak można było napisać obraz, za pomocą słów napisać muzykę i jeszcze pomalować jej dźwięki tak wyraziście, iżby można niemal wyczuć zapach terpentyny zmieszanej z drukarską farbą i papierem… Cuprjak właśnie taki obraz pisze, obraz malowany muzyką, krwią, alkoholem i miłością, obraz przedstawiający zło, obraz składający się z wielu barwnych elementów układających się w zachwycający i przerażający witraż, grający niebieskimi dźwiękami jazzu. Mamusiu, przecież byłam grzeczna to iście mistrzowski pokaz synkretyzmu gatunkowego, synestezji oraz artyzmu pomieszanego z misternie i spójnie, choć nie do końca linearnie, opowiedzianą historią. I to historią nie byle jaką.
W centrum wydarzeń, jak i w centrum Miasta, stoi Skrzydlak – budynek zamieszkiwany przez naszych głównych bohaterów: Anię Kwiatek, Maćka Orła i Marcina Steina. Mamy zatem trzy postaci opowiadające jedną historię. Trzy takie same obrazy, które jednak mienią się różnymi barwami, mają różną perspektywę. Wszystkie pełne są jednak bólu, cierpienia, śmierci, patologii i przede wszystkim zła – zła w postaci najczystszej, zła wszechobecnego i pozornie niepozostawiającego miejsca na choćby iskierkę dobra. Cuprjak, przedstawiając sytuacje codzienne, podejmuje tematy trudne, kontrowersyjne, nierzadko prowadząc swoich bohaterów w skrajności, hiperbolizując i przerysowując. Robi to jednak nienachalnie, bezstronnie, bez oceniania.
Jest też ta druga rzeczywistość, ta alternatywna, ta z obrazu. Rzeczywistość szczęśliwa, świat, w którym nie płynie czas, w którym nie ma miejsca na całe to zło, w którym zapomina się o tym, kim się było tutaj, do którego uciekają te lepsze cząstki osobowości. Świat, w którym oddycha się terpentyną, w którym dźwięki mają barwy i można je złapać i w którym w końcu nie ma żadnego cierpienia. Czy aby na pewno? Cudowny świat zostaje „zainfekowany” plątaniną kabli, wszechobecną Siecią, która z jakiegoś powodu i w jakiś niewyjaśniony sposób staje się portalem pomiędzy tymi dwoma środowiskami…
Na kartach powieści śledzimy nie tylko losy głównych bohaterów, ale także ich rodzin i przodków przodków. Fabuła okryta jest cieniem historii sprzed i z czasów samej wojny, ukazując związki przyczynowo-skutkowe. Z biegiem kartek poznajemy Jerzego Wolańskiego oraz jego rodzinę, poznajemy historię drugiego świata, historię Skrzydlaka i odkrywamy jego duszę. Sporadycznie pojawia się też Nóż oraz bohaterowie, których znamy już z Po drugiej stronie.
I to by było chyba tyle w kwestii zarysowania fabuły. Rafał Cuprjak bowiem po raz kolejny funduje nam niesamowitą, pełną barw i dźwięków układankę, bogatą w rozmaite szczegóły, z których każdy znajdzie swoje miejsce w wielkim finale. Nie jest łatwo więc pokrótce opowiedzieć tę historię. Nie jest też warto. Ją trzeba poznać w każdym detalu, pochłonąć i pozwolić, aby i ona pochłonęła nas, poznać wszystkie zakamarki jej rzeczywistości, wszystkie oblicza miłości oraz sztuki. A tę ostatnią autor zdaje się dostrzegać niemal wszędzie.
Co ciekawe, sam tytuł powieści zaczerpnięty został z wiersza Tadeusza Różewicza, a każdy rozdział rozpoczyna krótki wiersz autorstwa samego Cuprjaka. Nie da się zaprzeczyć, że ta poezja dodaje całej historii jeszcze większego dramatyzmu.

Mamusiu, przecież byłam grzeczna to, podobnie jak jej poprzedniczka, książka trudna i wymagająca. Zachwyca nie tylko samą historią, ale przede wszystkim wyjątkowym i wyrazistym stylem oraz nietuzinkową konstrukcją. Po raz kolejny autor postawił sobie wysoko poprzeczkę, prowadząc narrację pierwszoosobowo, nadając każdemu bohaterowi indywidualny głos. I po raz kolejny podołał. Na mistrzowskim poziomie. Jest to powieść intensywna, niewiarygodnie wręcz emocjonalna i do bólu plastyczna. U mnie wywołała łzy już na samym początku, a nie był to ostatni raz, kiedy obudziła we mnie te lęki, o których na co dzień się nie myśli, które chowa się głęboko, gdzie świadomość stara się nie docierać.

I z Cuprjakiem tak już chyba będzie – sponiewiera nas emocjonalne, przeżuje i wypluje, a my wciąż będziemy prosić o więcej. Więcej tego pięknego, esencjonalnego języka, więcej tej prawdy, więcej wyolbrzymionego zła i w końcu więcej nadziei, która z trudem, ale przebija się przez wersy tej smutnej historii. Bo tak jak bez kolców nie może istnieć róża, tak i bez zła nie ma prawa istnieć dobro.
Podsumowanie:
Autor: Rafał Cuprjak
Tytuł: Mamusiu, przecież byłam grzeczna
Strony: 350
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 10++/10
 
Moim zdaniem pasuje.
Dziękuję Rafałowi za wyjątkowy egzemplarz książki, który przyszedł do mnie pocztą. Osobiście. Do mnie! Dzięki wielkie raz jeszcze. Z tego miejsca chcę Cię, Rafał, także przeprosić, że tak długo musiałeś czekać. Przepraszam po stokroć!
 
Rafał Cuprjak – „Po drugiej stronie” – recenzja

Rafał Cuprjak – „Po drugiej stronie” – recenzja

Można to porównać do układania puzzli składających się z bardzo wielu elementów. Nie wiesz jednak, jaki będzie efekt końcowy. Dopasowujesz kolejne części nieznanego obrazu i gdy wydaje Ci się, że już się domyślasz – dokładasz kolejny element i okazuje się, że to jednak nie to. Tak właśnie czyta się debiutancką powieść Rafała Cuprjaka Po drugiej stronie.

Dlatego pojawia się tutaj problem z zarysowaniem tej wielowątkowej fabuły, która składa się z wielu miejsc, planów czasowych, postaci i wydarzeń. Przede wszystkim postaci i aż dziw, że autor sam się podczas pisania nie pogubił, a każdy z ogromu rozpoczętych wątków zostaje zakończony.
Chociaż Aleksander nie wymyka się kanonom kreowania ekscentrycznych artystów, jest postacią zgoła nietuzinkową. Poza schizofrenią, alkoholizmem oraz przeuroczym, wyimaginowanym przyjacielem posiada malarski talent i specjalny dar, dzięki któremu jego dzieła żyją. Dosłownie! Niczym te Edgara Freemantle’a z tytułową Ręką Mistrza, ale w tym przypadku to coś o wiele większego.
Gdzieś obok Aleksandra żyją inne postaci, a każdy rozdział powierzchownie nas z nimi zapoznaje, tworząc niezrozumiałą mozaikę nic nieznaczących postaci i ich – niełączących się w żaden przyczynowo-skutkowy związek – historii. Mówiłam, że to jak puzzle?
Poznajemy zbuntowanego, ujaranego gandzią Cypisa, uzależnioną od cyberseksu Moni, ekskluzywną dziwkę Natalię, biznesmana Antoniego, bohaterów żyjących w czasach Drugiej Wojny Światowej i wiele innych pobocznych postaci, których w pewnym momencie łączy motyw NOŻA. Nie jakiegoś tam zwykłego kuchennego przyrządu, ale tego jedynego, posiadającego obezwładniającą i uzależniającą moc NOŻA, który to do końca pozostaje tak naprawdę największą tajemnicą. Część bohaterów żyje w czasach współczesnych, część żyła kiedyś, inni żyli kiedyś i żyją teraz. Więcej nie zdradzę, bo powiem za dużo.
O czym jest moja książka? O tym, że maluję obrazy. Tworzę coś z niczego, czyli w pewnym sensie jestem bogiem, ale nie tym z Paktofoniki, i nie Jezusem Chrystusem, nawet nie Zeusem, tylko takim małym bogiem, bożkiem. Kiedy zasypiam, obrazy się budzą, życie w nich toczy się normalnie, tak jak u nas, tam też jedzą, płodzą dzieci, łoją wódę, kłócą się, jarają gandzię. Taki świat wykreowałem.
To było ryzykowne zagranie ze strony autora, aby tworzyć tak wiele, tak bardzo psychologicznie złożonych postaci oraz tyle miejsc wydarzeń, jednak Rafał Cuprjak wybrnął z postawionego sobie wyzwania całkowicie obronną ręką. Jak? Wszystko dzięki precyzji i konsekwencji w konstruowaniu fabuły oraz narracji, która poprowadzona została w sposób iście mistrzowski! Jest ona bowiem pierwszoosobowa, co też jest dla pisarza pewnym utrudnieniem. Nawet, gdy jest prowadzona z perspektywy jednej osoby. Poprzeczka znów podniesiona wysoko, ponieważ Pan Autor postanowił wczuć się w każdą postać. Nie. On był każdą z tych postaci, dlatego nie można mówić tutaj o problemie gubienia się kto jest kim, z kim i dlaczego. Zapoznawał nas z ich myślami, pragnieniami, lękami. Przede wszystkim tymi ostatnimi, bowiem nie da się ukryć, że Po drugiej stronie to misternie skonstruowana opowieść o strachu w czystej postaci. Ale nie tylko o tym. Tak bardzo chciałabym powiedzieć Wam więcej o fabule, ale lepiej będzie, gdy poznacie ją sami.
Należy (i naprawdę warto!) wysilić więc całą szarą masę, bo nie jest to książka łatwa, lekka i przyjemna. Autor trochę ułatwia czytelnikom tę powieściową podróż, po kolei prowadzi za rękę, lecz gdy pozornie odpowiada na jedno pytanie, tym samym stawia kolejne dwa. Popis kreacjonizmu na najwyższym poziomie!
I teraz to, co lubię najbardziej, czyli język. Tutaj również się nie zawiodłam, a Rafał Cuprjak zaspokoił moje wszelkie estetycznie zachcianki w tym zakresie. Nasuwa mi się porównanie tego osobliwego języka do plastyczności i poetyki Sklepów Cynamonowych Brunona Schultza, a więc czego chcieć więcej? Może trochę abstrakcji i magii, które odnaleźć można w książkach Jonathana Carrolla? Proszę bardzo, jest!
Zdaję sobie sprawę, że niektórych czytelników mogą męczyć długie, zawiłe zdania i pewna toporność w ich konstrukcji. Myślę, że definiują one jednak nieprzeciętny idiostyl* autora. Co ciekawe każda z postaci posiada swój indywidualny idiolekt* zależny od środowisk w jakich przebywają, prac, jakie na co dzień wykonują, płci, wieku czy doświadczenia, więc Po drugiej stronie to prawdziwy rarytas dla miłośników językowych smaczków. 
Zachwyca mnie też pewna naturalność w prowadzeniu dialogów i co dziwne – fakt, że nie ma ich za dużo. Lepiej czyta mi się książki ubogie w rozległe opisy i lubię dobre dialogi. W tej powieści zauważyć można pewną ich oszczędność, jednak wcale mnie to nie męczyło, a nawet w tym przypadku zadziałało na plus. Zastąpione zostały bowiem świetnymi monologami określającymi bohaterów – bez zbędnych słów (choć chciałoby się tutaj użyć bardziej dosadnego języka).
Moim zdaniem zbędna jest też dyskusja dotycząca przynależności gatunkowej tej powieści. Horror, thriller, thriller metafizyczny, fantasy, dramat… Nazywajcie sobie tę książkę, jak chcecie, wkładajcie do dowolnej szuflady. U mnie znajduje się ona po prostu pod literką N – Najlepsze.
Po drugiej stronie to bez dwóch zdań najbardziej wymagająca książka, jaką ostatnio czytałam. Jedna z tych niewielu pozycji, które pozostawiają mnie w zachwycie na długie tygodnie, nie dają o sobie zapomnieć. Wracam do niej często i czytam wyrywkowe fragmenty, ciesząc swoje oczy i serce wysublimowanym stylem, układając tę mozaikę na nowo. Mam wrażenie, że to książka napisana specjalnie dla mnie!
Gdy dopasujecie do siebie wszystkie porozrzucane elementy tych fabularnych puzzli, ujrzycie obraz tak psychodeliczny i piękny, że długo jeszcze będziecie chcieli na niego patrzeć, zaczarowani abstrakcyjną jego kolorystyką. Naprawdę warto i szczerze polecam tę perełkę, którą odnalazłam na swoim lokalnym podwórku.

Podsumowanie:
Autor: Rafał Cuprjak
Tytuł: Po drugiej stronie
Strony: 350
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 10++/10

Będzie jeszcze niedługo mój wywiad z Rafałem Cuprjakiem, którego udzielił mi twarzą w twarz przy ciepłej herbacie i zimnym piwie. Oczekujcie i czytajcie!
Słowo i Poezja!

* idiostyl, idiolekt – posłużyłam się definicjami Andrzeja Kudry z artykułu Idiolektostylem w mur, czyli o idiolekcie, idiostylu i krytycznej analizie dyskursu – na przykładzie felietonów Krzysztofa Skiby w tygodniku „Wprost”, dostęp online 26.06.2016.