Rafał Niemczyk – „Mama umiera w sobotę” – recenzja

Rafał Niemczyk – „Mama umiera w sobotę” – recenzja

Znacie to uczucie, gdy po skończeniu książki nie macie ochoty sięgać po żadną inną w obawie, że żadna nie okaże się już tak dobra? Znacie to uczucie, kiedy po zamknięciu książki żałujecie, że ją właśnie przeczytaliście, bo tym samym pozbawiliście się szansy na przeczytanie jej po raz pierwszy? Ja znam, spotkałam się z nim kilka razy. Jednak w przypadku zbioru opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka ten żal jest chyba najdotkliwszy

Debiut Niemczyka nie jest zwyczajnym debiutem. Nie tego zwykle oczekujemy od debiutantów. Mama umiera w sobotę to dzieło odważne, pełne niesamowitości, symboliki i niedopowiedzeń, które uporczywie drąży mózg. To książka, która jest kompletna. Mnie wystarczyło przeczytać jedno opowiadanie w ciągu dnia. Tylko jedno. Przez cały kolejny dzień myślałam o nim, wracałam do niego, a niektóre opowiadania przeczytałam wielokrotnie. Po każdym czułam się… literacko spełniona. Tak po prostu.
Zbiór zawiera siedem opowiadań, które podzielić można w dwojaki sposób. Pierwszy z nich sugerują nam układ oraz oprawa graficzna – podział na trzy tematyczne bloki. Ten jednak nie do końca do mnie przemawia. W swoim odczuciu podzieliłabym je raczej na dwie grupy: opowiadania bardziej realistyczne oraz te zawierające wątki magiczne/metafizyczne/niesamowite. W tym podziale możemy zauważyć również wyraźną różnicę w konstrukcji, formie i języku. O ile opowiadania realistyczne są raczej oszczędne w słowach, przemyślane konstrukcyjnie i niemal surowe, o tyle te bardziej fantastyczne zaskakują emfatyczną narracją, poetyką i intertekstualnością.
Jednym z takich opowiadań jest Gambino (przeczytane przeze mnie trzykrotnie), nafaszerowane wręcz symboliką, metaforyką i mnóstwem tropów, a wszystkie je zrozumieć może chyba tylko sam autor. Tę opowieść o dziwnej relacji tajemniczego, starszego mężczyzny z dzieckiem (które nie jest jego wnukiem) autor skonstruował i napisał tak, aby jak najbardziej skołować czytelnika. Ta historia pozostawia najwięcej niedopowiedzeń ze wszystkich, będąc przez to niemal nie do zrozumienia, a każda kolejna jej lektura zwraca uwagę na inne aspekty. To coś mrocznego, coś niesamowitego i enigmatycznego, co towarzyszy tej osobliwej parze od początku ich wędrówki sprawia, że w to opowiadanie nie da się nie „wsiąknąć”.
Warto zwrócić także uwagę na Przypadek Brzydala – opowiadanie, którego nie powstydziłby się sam Edgar Allan Poe. W tej historii narracja jest stylizowana na romantyczną prozę i prowadzona przez głównego bohatera – zdeformowanego człowieka, życiem którego rządzi niepohamowana zazdrość o swoją przepiękną żonę. Tutaj również nie zabraknie wielu tropów i nawiązań, chociażby do popularnego w literaturze motywu sobowtóra, Doppelgängera (którego znać możemy m.in. z Twin Peaks, serialu wspomnianego w blurbie).
Choć opowiadanie Ściana było tym, które wstrząsnęło mną chyba najbardziej – zarówno ze względu na fabułę, jak i jego naprawdę głębokie przesłanie – to Stodołę uważam za najlepsze opowiadanie zbioru i to ono właśnie najbardziej emanuje klimatem Twin PeaksIle tutaj jest niepokoju, ile mroku, nadziei, śmierci, marzeń! Ile tutaj jest wszystkiego, co najbardziej lubię – subtelnego ocierania się o realizm magiczny, absurdu, tajemnicy i naprawdę nietuzinkowej narracji, która w jakiś sposób delikatnie dotyka mimetyzmu. To finałowe opowiadanie jest doskonałym (doskonałym!) zamknięciem tego skończonego zbioru.

Jeżeli chodzi o opowiadania realistyczne, niczym nie odstają one od tych fantastycznych. Tytułowa historia szokuje podejściem głównego bohatera do śmierci swojej matki. Nie ma tu miejsca na żal, tęsknotę i żałobę. Jest suche rachowanie i kombinowanie, jak skutecznie dobrać się do pozostawionych przez denatkę pieniędzy, zanim zrobi to reszta rodzeństwa. Brzmi znajomo? Właśnie…
Absurd zawarty w Trupie w piwnicy też zdaje się mieć odzwierciedlenie w codziennym życiu. Pismo urzędowe wysłane do głównego bohatera przez pomyłkę, całkowicie odmienia jego życie, powoduje narastającą w głowie paranoję. Opowiadanie nasuwa na myśl Proces Kafki, a cała sytuacja nieco przypomina tę z Zabicia ciotki Bursy.
Jak my byśmy się zachowali w takich okolicznościach? Czy naprawdę zdarzenia przedstawione przez Niemczyka są takie nieprawdopodobne? Czy może autor chce nam w nieco wyolbrzymiony sposób pokazać, że to jest właśnie codzienność, że tacy jesteśmy? 

Nie można też nie wspomnieć o minimalistycznych, ale jakże wymownych ilustracjach autorstwa Katarzyny Michałkiewicz-Hansen. Oszczędne w formie i treści obrazy są idealnym dopełnieniem historii, wnoszą do nich jeszcze więcej niepokoju.
Mama umiera w sobotę pokazuje, że Rafał Niemczyk nie jest kolejnym pisarzem, który zamierza zawojować polską scenę literacką jakimiś napompowanymi, wydumanymi i pseudoszokującymi historyjkami. Książka ta pokazuje, że autor jest człowiekiem niezwykle oczytanym i tymi swoimi przeczytanymi książkami jawnie się inspiruje. Jego opowiadania nie są jednak kalką tego, co już znamy. Znane motywy są tutaj tylko kanwą, na której Niemczyk stworzył swoje historie, na której zaznaczył swoją obecność. Intertekstualność w Mamie…, choć jest obszerna, jest całkowicie nienachalna, rzekłabym nawet, że aluzyjna, taktowna. Odnaleźć w niej możemy wspomnianego wcześniej Poego, Andrzeja Bursę, Franza Kafkę, J.L. Borgesa, trochę popkultury. Każdy coś odnajdzie, każdemu gdzieś coś w duszy zagra podczas lektury. I to zagra bardzo przyjemnie.
Takiego kaca jak po Niemczyku nie miałam nawet po sylwestrze. Mama umiera w sobotę szokuje, zmusza do refleksji, pobudza te rzadko poruszane struny podświadomości, których poruszać może się boimy. Jest przy tym zbiorem przenikliwym i owianym tajemnicą, niepokojem, lękiem. Jest zbiorem absolutnie doskonałym.
Podsumowanie:
Autor: Rafał Niemczyk
Tytuł: Mama umiera w sobotę
Ilustracje: Katarzyna Michałkiewicz-Hansen
Strony: 224
Wydawnictwo: Afera
Moja ocena: 11/10

Chciałabym z tego miejsca podziękować Adrianowi za polecenie i pożyczenie mi tej książki. I za korektę recenzji, choć ma poważniejszej roboty pełno. Dziękuję!