Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Władza absolutna” – recenzja

Mój stosunek do twórczości Remigiusza Mroza znają już chyba wszyscy. Nie jest też tajemnicą, że serię „W kręgach władzy” ukochałam sobie od pierwszego tomu, twierdząc uparcie, że są to najlepsze książki pisarza. Możecie sobie mówić, co chcecie, wynosić na piedestał Chyłkę do spółki z Zordonem czy Forsta. Osobiście uważam, że Mróz nie popełnił lepszych książek niż Wotum Nieufności i Większość bezwzględna. A teraz mamy do tego istną wisienkę na torcie – trzeci tom serii political fiction, czyli Władzę absolutną.

Od pierwszego tomu seria reklamowana była jako „Polskie House of Cards” z czym nijak nie mogłam się zgodzić. Nie to, że były gorsze. Po prostu wydarzeniom przedstawionym w pierwszych dwóch tomach daleko było do amerykańskich intryg politycznych. Co innego Władza absolutna! Tutaj naprawdę dostajemy House of cards osadzone co prawda w polskich realiach, ale z paskudnymi i krwawymi intrygami niczym nie odbiegającymi od tych, które znamy z książek Michaela Dobbsa czy serialu Beau Willimona. Jest ohydnie, jest krwawo i brzydko. I nie są to bynajmniej wady.

Władza absolutna – fabuła

W zamachu, który miał miejsce na końcu drugiego tomu, ginie nie tylko prezydent Daria Seyda, ale także wszystkie osoby, które potencjalnie mogłyby stanąć na czele państwa. Polskie prawo nie przewiduje takiej sytuacji. Nie ma w zanadrzu listy swoich designed survivors, jak ma to miejsce np. w Ameryce. Ciągłość władzy nie tyle została zachwiana, co zwyczajnie przerwana. Polska stoi na skraju anarchii, pojawiają się pogłoski o planowanych atakach obcych wojsk na terytorium kraju, a zdezorientowani ministrowie zdają się nie wiedzieć, co począć.

Rozpoczyna się więc walka o władzę. Rozpoczyna się najbardziej krwawa kampania wyborcza, jaką widział ten kraj. Politycy nie mają żadnych zahamowań w walce o swój kawałek tortu. Żadnych. Co więcej, pojawiają się doniesienia, jakoby zamach pod sejmem był tylko małą częścią ogromnego spisku. Kto odkryje prawdę? Jaką cenę przyjdzie zapłacić tym, którzy faktycznie będą tego próbowali? Kim jest tajemniczy Ivan, który stara się zniszczyć Patryka Hauera?

Kłamanie stanowiło nawóz, dzięki któremu można było uprawiać politykę – klucz tkwił w tym, by nikt nie wiedział, z jakiego gnoju składa się mieszanka użyźniająca grunt

Patryk Hauer, jak wszyscy, w zaistniałej sytuacji widzi okazję do osiągnięcia celu, do którego dążył przez całe życie. Problem jednak w tym, że bardziej niż samo zdobycie władzy, zacznie interesować go… odkrycie prawdy.

Władza absolutna – recenzja

Po skończonej lekturze drugiego tomu byłam nieco zaskoczona, że autor postanowił uśmiercić swoją główną bohaterkę. Byłam wręcz rozczarowana i przekonana o tym, że nic dobrego z tego nie wyniknie. A jednak! Mróz po raz kolejny mnie zaskoczył, udowadniając, że było to celowe zagranie, preludium do tego, na co naprawdę go stać.

We Władzy absolutnej głównymi bohaterami stali się więc Patryk Hauer i jego małżonka oraz chorąży Kitlińska, która była bezpośrednio odpowiedzialna za bezpieczeństwo byłej prezydent. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, ponieważ bardzo polubiłam tę postać i miałam nadzieję na poznanie jej dalszych losów.

Co takiego wyjątkowego jest w tej części serii? Wszystko! Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz wziął ze swoich pisarskich umiejętności wszystko to, co najlepsze, wycisnął esencję ze swojej twórczości i wszystko to wrzucił do jednego worka, który zatytułował Władza absolutna. Stworzył w ten sposób naprawdę przejmujący i dojrzały thriller, stworzył nieoczywistą fabułę pełną śmiertelnych intryg i, w końcu, stworzył historię o dążeniu do prawdy, która nie tylko zaskakuje. Prawda okazuje się bowiem być tak ohydna, brudna i bezwzględna, że aż ciężko się na nią patrzy.

Jeśli kiedykolwiek potrzebowała potwierdzenia, że polityka zdecydowanie nie była światem dla niej, to właśnie je otrzymała. Brud, jaki osadzał się na wszystkim, co z nią związane, przesłaniał prawdziwy obraz. Ale teraz doskonale go widziała. I była przerażona.
Nie miało znaczenia, w jakiej partii ci wszyscy ludzie się znajdowali. Mogli nazywać się Hauer, Korodecki lub Chronowski. Nie istniała między nimi żadna różnica.

Remigiusz Mróz w końcu przestał bać się przekleństw! Albo może po prostu nauczył się używać ich tam, gdzie ich miejsce (niczym Stephen King, co mówię z pełną świadomością i odpowiedzialnością!). Ponadto Władza absolutna całkowicie pozbawiona jest sztucznych, encyklopedycznych dialogów, które często się autorowi zarzuca. Tutaj nie ma na to miejsca. Nie ma na to czasu. Akcja pędzi na złamanie karku, wciąż się dzieje, dzieje i dzieje. I to całe „dzianie się” wbrew pozorom nie jest męczące. Autor nie pozwolił sobie na żadne łatwe rozwiązania. Żaden element fabuły nie został pozostawiony przypadkowi. Wszystko było przemyślane (mam wrażenie, że od samego początku cyklu), a każdy wątek domknięto.

Jednak aktualność i prawdopodobieństwo przedstawionego scenariusza jest tak przerażająca, że aż, nomen omen, mrozi krew w żyłach. Każdy, kto ma chociaż najmniejsze pojęcie o sytuacji politycznej w Polsce to zauważy.

Kolejna rzecz, która mnie ucieszyła to pojawienie się Gerarda Edlinga znanego z Behawiorysty – kolejnej pozycji, którą uważam za wybitną w dorobku Mroza. Tym razem pojawił się on jednak na dłużej i odegrał całkiem ważną rolę. Miód na moje serce!

Do czegoś jednak doczepić się muszę. To nie jest tak, że postaci kreowane przez Mroza są papierowe i bez wyrazu. Nie, one mają swój charakter. Ale w konstrukcji postaci wciąż mi czegoś brakuje – tego jednego elektronu, który sprawiłby, że one naprawdę by ożyły. Tak, jak żył Edling w Behawioryście.

– Swoją drogą, jak rehabilitacja?
– Całkiem nieźle – odparł Patryk obojętnie. – A twoja?
– Mnie nic nie dolega.
– Racja. Skurwysyństwo to nie choroba, tylko cecha wrodzona.

Władza absolutna – podsumowanie

Władza absolutna to doskonałe zakończenie serii „W kręgach władzy”. Autor jednak nie zamyka sobie furtki, twierdząc, że może jeszcze kiedyś coś w jego głowie się zrodzi. Podobnie z resztą sytuacja miała się w przypadku serii z Chyłką czy Forstem. Wiele razy słyszeliśmy o tym, że „to już ostatni tom”, a po jakimś czasie pojawiał się jednak kolejny.

Jakkolwiek by nie było, uważam, że „W kręgach władzy” doczekało się wspaniałego domknięcia. Kompletnego. Jest to jedna z najlepiej skończonych serii, jakie dane mi było czytać, obok m.in. Pana Mercedesa Stephena Kinga.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że żadna osoba znajdująca się w prawdziwym polskim rządzie, się Władzą absolutną nie zainspiruje. To byłaby istna katastrofa!


Moja ocena: 9/10

Wydawnictwo FILIA, 2018

Cykl „W kręgach władzy”:

  1. Wotum nieufności
  2. Większość bezwzględna
  3. Władza absolutna

Kolejna książka, która swoje na półce odstała, abym w końcu sięgnęła po nią w ramach wyzwania Trójka e-pik organizowanego na blogu Książki Sardegny.

Kategoria: z polityką za pan brat.

Mam wrażenie, że w lipcu nic mnie nie powstrzyma. Na podorędziu mam jeszcze jedną gotową recenzję, kolejna książka już kończy się czytać, a następne przebierają nóżkami ze zniecierpliwienia. Lipiec na Białych Mebelkach zapowiada się bardzo gorąco. I jeżeli dobrze pójdzie, to w tym miesiącu rozpocznę nowy cykl recenzencki! Nie, nie mam za dużo czasu. Po prostu mało śpię. Lato rządzi się swoimi prawami!

Remigiusz Mróz – „Większość bezwzględna” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Większość bezwzględna” – recenzja

Z Mrozem tak już jest, że albo się jego książki wielbi bez wyjątku, albo nienawidzi za sam fakt, że wyszła spod pióra tegoż autora. Ja należę do tego nielicznego grona osób, które zarówno go nie znoszą, jak i uwielbiają. O ile serie z Forstem czy Chyłką, Czarna Madonna i Hashtag to książki, z czytania których nie czerpałam zbyt wiele przyjemności, o tyle Behawiorystę, dwie pierwsze części Parabellum i serię W kręgach władzy uwielbiam.

W drugim tomie serii W kręgach władzy Remigiusz Mróz pokazuje nam politykę właśnie odrażającą i fascynującą zarazem. I nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że Większość bezwzględna to tom o wiele lepszy od swojego poprzednika (Wotum nieufności). Ba! Możliwe, że jest to nawet jedna z najlepszych książek w dorobku autora (choć potężną konkurencję stanowi tutaj właśnie Behawiorysta). A pierwsze, co przyszło mi do głowy po przeczytaniu tej książki to pytanie: „Dlaczego tego tomu nie reklamuje się już jako polskie House of Cards?”. Przecież Większości bezwzględnej dużo bliżej do serialowych (i książkowych) realiów amerykańskiej polityki niż Wotum nieufności!

Czasem odnoszę wrażenie, że polityka polega na nieustannym dodawaniu kolejnych nazwisk do listy ludzi, którzy ci podpadli.

 

Polska pogrążona jest w kryzysie politycznym. Nie udało ustalić się wotum nieufności, a Patryk Hauer wylądował w szpitalu. Prezydent Daria Seyda planuje międzynarodowy szczyt w Malborku lecz docierają do niej informacje o planowanym w tym czasie zamachu terrorystycznym. Czy można ufać temu, kto te informacje dostarczył? Czy w tym okropnym świecie w ogóle można komukolwiek ufać? Tym bardziej, że kłody pod nogi podkłada Darii ktoś z jej najbliższego otoczenia… A zakończenie tej historii szokuje i pozostawia czytelnika z nutką niedowierzania. A sam autor zdaje się pytać: „a co z nami? co z Polakami?”
Większość bezwzględna to książka, którą możemy traktować, jak powieść z kluczem. Autor zdaje się puszczać oko do każdego uważnego czytelnika, który bez problemu dopasuje fikcyjne postaci do prawdziwych polityków, a wymyślone sytuacje do tych, które faktycznie miały miejsce. Prawdziwa gratka dla fanów i obserwatorów polityki.

– Ale ten świat odchodzi. I zaczyna się…
– Co? Era rządów prawa? I sprawiedliwości?
– Nie miałem zamiaru używać tak górnolotnych określeń.
– Stwarzałeś takie wrażenie. Poza tym brzmi nieźle, może któraś partia powinna się tak nazwać.
 
Nie trzeba jednak być na bieżąco z sytuacją polityczną (mnie też zwykle odechciewa się oglądać jakiekolwiek wiadomości), aby świetnie bawić się, czytając tę książkę.
W Większości bezwzględnej Remigiusz Mróz przedstawia politykę jako grę i dla nikogo ten fakt raczej zaskakujący nie jest. Zasmucające jest jednak, że nie jest to gra o dobro państwa. Nie jest to nawet gra o dobro obywateli. Jest to zwykła, okropna i pełna obłudy gra o tron, oszukańczy hazard znaczonymi kartami. Autor przedstawia scenariusz najzwyczajniej przerażający i o tyle straszniejszy, że prawdopodobny.
Drugi tom serii W kręgach władzy to swoista zaduma nad kondycją i ustrojem państwa, z której, niestety, nic dobrego nie wynika. Odnajdziemy tutaj też analizę parlamentaryzmu i rządzącej nim arytmetyki oraz teoretyczną i praktyczną analizę mikrotargetingu, który we współczesnej polityce odgrywa ogromną rolę.
Przy okazji tej serii autorowi często zarzuca się encyklopedyzowanie. Mówi się o dialogach wyciągniętych żywcem z podręczników do prawa czy politologii, a nawet wiedzy o społeczeństwie. I nie da się tym głosom zaprzeczyć. Przez to właśnie teoretyzowanie dialogi znacząco tracą na wiarygodności. Nie mogę jednak nie zauważyć jednego faktu. Ilu wśród czytelników Mroza jest osób, które znają teorię politologii, którzy posiadają szeroki zakres wiedzy o konstytucji i którzy potrafią wyjaśnić wszystkie te typowo prawne sformułowania? Kto tak naprawdę wiedział przed lekturą tej powieści czym w istocie jest większość bezwzględna? Właśnie… Remigiusz Mróz miejscami encyklopedyzuje, ale robi to po to, aby jego książka była zrozumiana przez szersze grono odbiorców. Bez czytania jej z Wikipedią pod ręką.
Ludzie zapomną, co powiedziałeś. Ludzie zapomną, co zrobiłeś. Ale nigdy nie zapomną, jak się dzięki tobie poczuli.
To, co zdecydowanie mi się w Większości bezwzględnej nie podobało, to relacja Patryka Hauera i jego żony Mileny. Poważnie, mdliło mnie już od opisów tego, jacy oni są niezwykli, jacy nietuzinkowi, jak bardzo inni od wszystkich innych. W pierwszej części relacja ta była dla mnie czymś intrygującym. W drugim tomie stała się czym nader irytującym. Tej hauerowej sztampowej oryginalności było dużo za dużo.
Mimo wszystko uważam, że Większość bezwzględna to popis pisarskich możliwości Remigiusza Mroza. To dowód na to, że jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a dodatkowo potrafi być tak bardzo blisko rzeczywistości. Remigiusz Mróz pozostaje aktualnym i bystrym obserwatorem otaczającego świata, wyciąga z niego to, co najciekawsze i na kanwie obecnych problemów snuje swoje opowieści (i jest to cecha charakterystyczna większości książek Mroza). Jak dla mnie Mróz w szczytowej formie.
A ja czekam na Władzę Absolutną, jak dziecko na pierwszą gwiazdkę.
Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Większość bezwzględna
Seria: W kręgach władzy
Tom: II
Strony: 496
Wydawnictwo: FILIA
Moja ocena: 7+/10
Remigiusz Mróz – „Wotum nieufności” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Wotum nieufności” – recenzja

Remigiusz Mróz – pisarz, którego chyba już nikomu przedstawiać nie trzeba. Pisarz, który ma wiele imion. Okrzyknięty bowiem został już Leonardem Da Vinci polskiego kryminału (seria z Komisarzem Forstem), Johnem Grishamem na gruncie literatury sądowej (seria z Chyłką) czy polskim Stephenem Kingiem (Czarna Madonna). Dziwi mnie niemal, że jeszcze nie spotkałam się z określeniem go współczesnym Lemem czy Sienkiewiczem, bo przecież w tych gatunkach też zaistniał. Niewątpliwie jednak wszystko, czego dotknie się ten młody prawnik z Opola, zamienia się niemal w złoto. Tłumy blogerów podnoszą swoje ochy i achy, wciąż chwaląc i adorując Mroza, a książki znikają z księgarnianych półek w zastraszającym tempie.
Niektórzy go lubią, inni odnoszą się w stosunku do jego prozy raczej neutralnie, inni natomiast, nie rozumiejąc do końca fenomenu pisarza, otwarcie go krytykują. A ja? Po lekturze serii z Forstem i Kasacji byłam nastawiona raczej sceptycznie. Nie porwały mnie też inne książki Mroza, wciąż pozostawiając mnie w głębokim niezrozumieniu jego popularności – pisarz jak pisarz, książka, jak książka. Ot co. Aż do momentu, gdy w moje ręce wpadł Behawiorysta – thriller, który naprawdę mnie wciągnął, pochłonął, zachwycił i porwał jak ogromny rollercoaster, o którym wspominała Katarzyna Bonda przy okazji lektury Kasacji (choć w przypadku tej książki porwana się nie czułam).
A teraz to. Bum! Wielkie Buum! W moje ręce przypadkowo wpada rzekome „polskie House Of Cards” (Remigiusz, zawsze! porównują Cię z najlepszymi) – pierwsza część serii W kręgach władzy, czyli Wotum nieufności, czyli absolutnie genialne political fiction. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ta powieść to swoiste novum na polskiej scenie literackiej.

Wotum nieufności otwiera pozornie niewinna scena, w której Daria Seyda, marszałek sejmu, budzi się w hotelowym pokoju, nie wiedząc, gdzie się właściwie znajduje i jak tu trafiła. Nie pamięta w ogóle wydarzeń minionej nocy. Jednak to, co wydarzy się w przeciągu najbliższych kilku godzin, nie pozostawi kobiecie czasu na przeprowadzenie śledztwa i przewróci jej życie do góry nogami.  Tym czasem wschodząca gwiazda polskiej polityki Patryk Hauer trafia na trop ogromnego spisku, w który najprawdopodobniej zaplątane są osoby z najwyższych kręgów władzy.

Remigiusz Mróz po raz kolejny sięgnął po gatunek, którym wcześniej się nie parał i po raz kolejny odniósł sukces. Stworzył genialny świat pełen brudnej polityki, intryg i różnorodnych, pełnokrwistych i ambitnych bohaterów. Co ciekawe, żaden z nich nie jest tak naprawdę ani zły, ani dobry, a cały polityczny świat jest pełen szarości. Na początku lektury można pogubić się w licznych nazwiskach czy nazwach partii, jednak czytając uważnie, po chwili wszystko ułoży się w logiczną całość. I choć Wotum nieufności osadzone jest w świecie literackiej fikcji, łatwo możemy zaobserwować mechanizmy rządzące prawdziwą polską sceną polityczną. Mało tego! Remigiusz Mróz stworzył mnóstwo nawiązań do prawdziwych postaci oraz sytuacji. Pozostał więc, jak zawsze, niesamowicie spostrzegawczy i dotknął wielu aktualnych problemów naszego kraju. Prawdziwy rarytas dla czytelników, którzy pozostają na bieżąco z sytuacją polityczną Polski. I nie tylko… 

Nie ma się jednak co dziwić mistrzowsko odwzorowanemu porządkowi politycznemu, bowiem pisarz jest przecież specjalistą od prawa konstytucyjnego, co fantastycznie wykorzystał. Przede wszystkim powieść ta idealnie prezentuje, jak faktycznie wyglądają kompetencje Prezydenta RP, ile w rzeczywistości leży w jego rękach, a ile zależy od całej reszty politycznego zaplecza. 

W książce nie brakuje także licznych odniesień do popkultury czy pokazania realnej potęgi social mediów. Autor uświadamia także, jak bardzo klasyczne media manipulują informacją i nami – zwykłymi, niczego nieświadomymi obywatelami.

Nie do końca przekonały mnie jednak dialogi, które miejscami wydają się sztuczne i naciągane. Jednak jest to jedyny minus tej świetnej powieści.

Historię zakańcza doskonały plot twist, który sprawił, że niemal odliczałam dni do premiery drugiego tomu, który aktualnie kończę czytać. Recenzja za tydzień!

Po skończonej lekturze  nie jestem jednak w stanie zgodzić się, jakoby Wotum nieufności jest polskim House of Cards. Niby gatunek ten sam, jednak książki w moim odczuciu były całkowicie inne – żadna z nich nie była lepsza od drugiej. Nie znając rekomendacji wydawnictwa, na pewno nigdy bym w ten sposób nie pomyślała. Nie ulega jednak wątpliwości, że po tę pozycje warto sięgnąć, nawet jeżeli do prozy tego autora nie jesteście przekonani. Może zmienicie zdanie?

Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Wotum nieufności
Seria: W kręgach władzy
Tom: I
Strony: 600
Wydawnictwo: FILIA
Moja ocena: 6/10
Remigiusz Mróz – „Behawiorysta” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Behawiorysta” – recenzja



Wyobraź sobie, że stoisz przy zwrotnicy i widzisz wagonik kolejki, który pędzi w dół po torach, a na jego drodze przywiązano pięć obcych ci osób. Obok ciebie stoi nieznany ci, otyły człowiek. Jeżeli zepchniesz go na tory, jego masa zatrzyma wagonik i uratuje ludzi. Masz tylko te dwie możliwości, co robisz?

Sprawdzenie radykalnych zachowań zwyczajnych ludzi, gdy stają się oni anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo, było założeniem słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego, którym kierował profesor Phillip Zimbardo. Chyba każdy wie, jak ów eksperyment się zakończył. Stanley Milgram natomiast w swoim eksperymencie rażenia prądem sprawdzał wpływ autorytetu  i otoczenia na działania jednostek. Wyniki obu badań są przerażające, a dla kogoś, kto nie brał w nich udziału wręcz niemożliwe. A jak Ty byś się zachował? Co byś zrobił, mając władzę i możliwość podjęcia decyzji?
Jaka tak naprawdę jest ta mroczna część ludzkiej natury? Do jakich rzeczy jesteśmy zdolni, gdy tylko mamy możliwości? Remigiusz Mróz w powieści Behawiorysta nie tylko stawia czytelnika przed bardzo złożonym dylematem wagonika, ale także formułuje niezwykle trafną diagnozę współczesnego społeczeństwa i ludzkiej natury, która potwierdza poniekąd badania zarówno Zimbardo, jak i Milgrama.

Zamachowiec zajmuje przedszkole, grożąc, że zabije dzieci i wychowawców. Nie przedstawia żadnych żądań, nikt nie wie, co chce osiągnąć, a to wcale nie ułatwia pracy policji. Podobnie jak fakt, że całe zdarzenie transmitowane jest na żywo w Internecie – na stronie Koncertu Krwi, której wyłączenie okazuje się niemożliwe nawet dla najlepszych informatyków i hakerów. Sytuacja staje się bardziej skomplikowana, gdy zamachowiec, mianujący siebie Kompozytorem, każe swoim widzom wybierać, którą z dwóch ofiar ma zabić. Czas ucieka, ludzie głosują…
Gerard Edling to posiadający mroczną przeszłość specjalista od kinezyki – nauki zajmującej się badaniem komunikacji niewerbalnej, z powodu tej właśnie przeszłości został odsunięty od pracy w policji i prokuraturze. Jego obecność w tej sprawie okaże się jednak konieczna. Kompozytor bowiem najbardziej pragnie konfrontacji z legendarnym Edlingiem i to jemu rzuca wyzwanie.
Akcja Behawiorysty wręcz pędzi na złamanie karku, nie pozwalając biednemu czytelnikowi złapać oddechu. Następuje atak za atakiem, giną kolejni ludzie, a śledztwo stoi w miejscu. 

Behawiorysta posiada wiele zalet, jednak za największą z nich uważam odpowiednie dozowanie emocji i trzymające w napięciu tempo akcji. Jest to bez wątpienia genialnie skonstruowany thriller psychologiczny, który poza pogłębianiem portretów głównych bohaterów, emocjonalnie angażuje czytelnika. Autor pogrywa na naszych uczuciach, manipuluje nami i w sadystyczny (tak, sadystyczny!) sposób zmusza nas do wzięcia udziału w Koncercie Krwi.

Osobiście zaliczyłam już kilka spotkań z Remigiuszem Mrozem. Jednak dopiero dzięki Behawioryście pojęłam fenomen tego młodego pisarza. To jest naprawdę powieść na poziomie światowym, jaka jeszcze w Polsce nie powstała. Mocna, krwawa, drastyczna, brutalna, bestialska wręcz i pełna drakońskich scen nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Nie jest to jednak powieść dla każdego i niektórzy czytelnicy zarzucają jej nadmierny sadyzm. Ja natomiast uważam ten fakt za atut, który nadaje opowieści autentyczności. Mróz przestał się z nami patyczkować, podsyłając nam ciekawe opowiastki o wrednej pani adwokat. Tym razem serwuje nam historię autentyczną. Behawiorysta napisany jest w sposób iście mistrzowski, a jego formę porównałabym nawet do reportażu, który może stać się całkiem solidną podstawą do instruktarzu terrorystycznego (oby nie!).

Kolejny ważny aspekt powieści to jej nieprzewidywalność. I to nie tylko w zakończeniu, ale także w konstrukcji akcji i jej zwrotach, które całkowicie wymykają się kanonom i podążają swoimi, niekonwencjonalnymi ścieżkami. Dzięki temu w pewnym momencie nie tylko nie wiemy, kto tak naprawdę jest winny i ścigany, ale także bierzemy pełną odpowiedzialność za głównego bohatera. Zaczynamy siłą rzeczy zastanawiać się, jakiego wyboru dokonalibyśmy, znajdując się w takiej sytuacji. Autor nie ma dla nas, czytelników litości, bez skrupułów zmuszając nas do refleksji i zastanowienia się nad naszą moralnością, do brania udziału w tych bestialskich wydarzeniach, wyciągania na światło dzienne naszych mrocznych stron. Mistrzowsko pobudza do działania tę naszą drugą naturę, którą skutecznie ukrywamy pod płaszczem codziennej normalności. Ponadto jak zwykle pozostaje na bieżąco z aktualnymi tematami społecznymi i problemami politycznymi. Istny majstersztyk!

I nie napiszę wiele o języku (jak to?!), konstrukcji zdań czy dialogów. To jest w tej książce najmniej ważne, jednak, biorąc pod uwagę moje upodobanie tej kwestii, czuję się zobowiązana, aby wspomnieć, że nie mam się do czego doczepić. Pomimo to język całkowicie schodzi na drugi plan ustępując miejsca wartkiej akcji i emocjom. I to jest tutaj najważniejsze.

Choć o Remigiuszu Mrozie i samym Behawioryście napisano już sporo, sama też postanowiłam dodać coś od siebie (a długo ta recenzja leżała w poczekalni). Ta powieść bowiem jest niezwykle angażująca i targa emocjami. Inna niż wszystkie (a trochę ich było), które do tej pory napisał Remigiusz Mróz, nie pozwala się od siebie oderwać, na długo pozostawiając czytelnika w niemej refleksji. Po jej przeczytaniu uważam (uwaga, uwaga!), że autor całkowicie zasłużył sobie na miano Króla Polskiego Kryminału. I nie tylko kryminału. Widać, że zmiana wydawnictwa wyszła pisarzowi na dobre. A ponieważ już dawno nie zdarzyło mi się rzucić absolutem – proszę: ABSOLUTNIE każdy powinien tę książkę przeczytać. Absolutnie! 

Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Behawiorysta
Strony: 488
Wydawca: Filia
Moja ocena: 10/10
Remigiusz Mróz – „Kasacja” – recenzja

Remigiusz Mróz – „Kasacja” – recenzja

Na świecie jest właśnie taka sprawiedliwość, jaką dostaliśmy. Każdy ma swoją rolę do odegrania. Prokurator wyolbrzymia, my pomniejszamy, a sędzia szuka czegoś pośrodku. A przedtem ktoś układa normę prawną, wokół której wszyscy tańczymy jak pieprzeni Indianie, odpychając się wzajemnie i podkładając sobie nogi. To jest sprawiedliwość w demokratycznym wydaniu.
 
Wszechobecne poruszenie spowodowane twórczością Remigiusza Mroza trwa w najlepsze od dłuższego czasu. Wiele razy miałam już przyjemność czytać recenzje, w których jego umiejętności i zdolności pisarskie zostały wyniesione wręcz na ołtarze. Ochy i achy nie ustają, Internet huczy po każdej premierze, a co śmielsi recenzenci pozwalają sobie na porównania pana Mroza do Johna Grishama czy nazywanie go Leonardem da Vinci polskiego kryminału. Tym bardziej rozczarowana byłam, gdy podjęłam się Kasacji.
Od początku autor zabiera nas na paradę schematów – typowa sytuacja, w której znajdą się podręcznikowe modele postaci. Czymże byłby bowiem kryminał bez ekscentrycznej głównej bohaterki, która doprowadza czytelnika do szału, aby na koniec obudzić w nim rozrzewnienie i myśl: Och! Ona jednak nie jest taka zła! Poznajcie więc Joannę Chyłkę – pewną siebie, arogancką i sarkastyczną do szpiku kości panią adwokat w jednej z największych warszawskich kancelarii. Ku jej nieszczęściu pod jej skrzydła trafia Kordian Oryński – aplikant, świeżo upieczony absolwent prawa. Chłopak, który szybko zostaje ochrzczony Zordonem, jest ciapą, nieudacznikiem, a jego bystrość bywa raczej wątpliwa. Ponadto Joanna szybko uświadamia mu, że o życiu to on nic nie wie, na muzyce i jedzeniu też się nie zna, gdyż delektuje się łososiem, podczas gdy jego przełożona pochłania ilości mięsa, które wystarczyłyby do wyżywienia całej hordy drwali.
 
– Nie – powiedziała. – Absolutnie nie.
– Co „nie”?
– Nie słuchasz żadnego Willa Smitha – wyjaśniła. – Po pierwsze, ten gość jest gwiazdą Hollywood, nie muzykiem. Po drugie, jest czarny, a czarni robią imitację muzyki zwaną rapem albo hip-hopem, nigdy nie wiem, jaka jest różnica. Po czwarte jeśli już musisz, to słuchaj jakiegoś Eminema czy innego Donatana… albo nie, zapomnij o nich. Tutaj się słucha tylko i wyłącznie Iron Maiden.
Zatem niesamowicie zdolna pani adwokat, tytan polskiej sceny prawniczej posiada inteligencję emocjonalną na poziomie zbuntowanej nastolatki, a swoje staropanieńskie frustracje wyładowuje na bogu ducha winnym Kordianie i, co gorsze, na czytelnikach. W dialogach w ogóle wirtuozerii nie dostrzegłam, ale wypowiedzi Chyłki to już ekstremum kiepskiego żartu i siermiężnego sarkazmu.
Ale idźmy dalej, bo przecież mamy więcej niż dwoje bohaterów. Jeden z imiennych partnerów kancelarii Żelazny&McVay, Artur Żelazny, również jest postacią całkiem tuzinkową. Typowy szef, który zrobi wszystko dla pieniędzy, swojego biznesu i reputacji firmy, stanie między Chyłką a Zordonem i ich dążeniem do sprawiedliwości. Jest więc standardowo zły i ogranicza działania swojego najlepszego pracownika, a na końcu okazuje się, że nie miał racji. A potem, że jednak miał… Ale się, skubany, wymknął kanonom!
I jeszcze Siwowłosy – szef wszystkich szefów, mafioso groźny jakich mało. Postać nader tajemnicza i nieprawa. Zło otaczające tego człowieka pokazane jest wręcz z pewną nutką karykatury i do złudzenia przypomina mi kreację niegodziwych bohaterów w japońskich dramach lub brazylijskich telenowelach. Może nie spał w trumnie i nie chodził w pelerynie, ale te rekwizyty znakomicie zastąpiła jego prawa ręka – Gorzym. Siwowłosy jest po prostu zły, Gorzym odznacza się odrażającą osobowością i nadmiarem agresji. Razem tworzą duet z otchłani mroku i łajdactwa, któremu oczywiście postawi się dzielna Joanna z fajtłapą Zordonem.
Kogo jeszcze ta recenzja nie zdziwiła, tego zapewne zaskoczy, że przeczytanie tej książki zajęło mi ponad dwa tygodnie. Nie wciągnął mnie ten rollercoaster wydarzeń, nie traciłam tchu, czytając. Wręcz odechciewało się czytać, gdy z biurka łypała na mnie szykowna okładka Kasacji… do czasu. I tutaj nasuwa mi się taka teoria: być może Remigiusz Mróz zaczął pisać tę powieść, gdy jeszcze tak nie do końca umiał, a później odłożył ją na dłuższy czas. Gdy nabrał warsztatu, postanowił dokończyć, ale bez poprawienia tej pierwszej połowy. Przecież drugą część książki czyta się rewelacyjnie! Jakby pisał ją ktoś inny! Panie Autorze, było tak?
Tutaj zakończę więc swoją krytyczną tyradę i zajmę się tym, co w lekturze sprawiło mi przyjemność i co w moim odczuciu zdecydowanie się Mrozowi udało. Wbrew pozorom takich elementów jest bardzo dużo. Zacznę więc od samej fabuły, która (od połowy) została poprowadzona w sposób mistrzowski!
Klientem kancelarii zostaje oskarżony o podwójne morderstwo Piotr Langer – syn znanego biznesmana o tym samym imieniu. Sprawa jest z góry przegrana, dowody bezsprzecznie wskazują na winę oskarżonego, a proces ma być tylko formalnością. Winny czy nie, klient to klient, więc Chyłka robi wszystko, aby swoją pracę wykonać wzorowo. Tym bardziej, że coś podpowiada jej niewinność Piotra. Sam zainteresowany niestety nie przyznaje się do winy ani nie potwierdza, że zabił. W ogóle mówi całkiem niewiele. Na domiar złego wszyscy wydają się zamieszani w próbę wrobienia Langera w zbrodnię.
Zamiast orzekać na podstawie tego, jak być powinno, sądy kotłują się w wąskim wachlarzu możliwości, jaki dają im ustawy. Prawo zostało odrealnione, oderwane od rzeczywistości. Nie chodzi już o to, by się na coś przydało. Nie jest instrumentem poprawiającym życie obywateli. Stało się narzędziem w rękach prawników, za pomocą którego możemy zapłacić za nasze chaty i samochody. A przy tym zapominamy, że żadna ustawa nie ma monopolu na sprawiedliwość… tym bardziej żaden sędzia.
To, co autorowi wyszło bezsprzecznie, to synkretyzm gatunkowy. Mamy do czynienia z tradycyjnym kryminałem, którego urozmaiceniem są elementy sądowego thrillera. Oprócz kiepskiego żartu znalazła się też dawka dobrego humoru i ciętego dowcipu, więc Kasację możemy rozpatrywać również w kategoriach komedii. Remigiusz Mróz stosuje różnego rodzaju stylizacje językowe. Jako że bezwzględny, brudny i niebezpieczny światek prawniczy nie jest mu obcy, posługuje się środowiskowym żargonem z lekkością, a nawet pewną nutką autentyczności, co stanowi atut powieści.
Gdy Kordian zostaje pobity i trafia do szpitala, zaczyna się ta jazda bez trzymanki, o której pisała Katarzyna Bonda. Twist goni twist, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Ja nie byłam w stanie oderwać się od lektury i drugą jej część przeczytałam w jeden wieczór!
Tłem wydarzeń stała się muzyka i polska popkultura. Zdecydowaną zaletą książki jest amerykański klimat, który stworzył autor. Często zapominałam, że czytam polską powieść, a do rzeczywistości sprowadzały mnie przywołania T.Love, Kuby Wojewódzkiego czy Złotych Tarasów. W polskich kryminałach jest coś tendencyjnego, co zawsze podczas czytania nie daje o sobie zapomnieć. Mrozowi zdecydowanie udało się od tego czegoś odciąć. Brawo!
Kasacja to naprawdę przyjemne czytadło, ale nie tylko. To kawał solidnej w warstwie stylistycznej literatury. Czyta się to bardzo płynnie (poza niektórymi dialogami), język jest po prostu bardzo ładny i poprawny, a ja prostotę i zwyczajną ładność nad wyraz sobie cenię.
Było to moje pierwsze spotkanie z Remigiuszem Mrozem, ale na pewno nie ostatnie. Gdyby jednak ktoś nie do końca zrozumiał mój tok myślenia, to wyjaśniam: Kasacja mi się podobała. Irytowały mnie tylko niektóre elementy, ale w efekcie fabuła się wybroniła. Mężczyznę poznaje się jednak po tym, jak kończy, a nie po tym, jak zaczyna! Poznajcie więc Remigiusza Mroza (o ile jeszcze jest ktoś, kto nie zna)!

9 lutego w Częstochowie, w takim miłym miejscu, w Klubokawiarni Pestka odbędzie spotkanie ze mną i z Secrusem z Tramwaju nr 4! Będziemy sobie siedzieć i rozmawiać o książkach, blogowaniu i o życiu pewnie też. Zapraszam więc wszystkich serdecznie! Tutaj możecie sobie posłuchać krótkiego wywiadu z nami w Radio FIAT. Łapcie jeszcze video z zapowiedzią, na którym widać, jacy jesteśmy fajni i śmieszni!